
Autor: Cristian Perfumo
Tytuł: Niezwykły grób Soledad i inne opowiadania
Data premiery: 25.07.2023
Wydawnictwo: Autornia
Liczba stron: 51
Gatunek: kryminał, sensacja, thriller
Tłumaczenie: Piotr Jarco
” To była śmierć przez zionące chłodem milczenie.”
Patagonia – miejsce, które większości kojarzy się z odległą pustką, wiatrem i przestrzenią. U Perfumo to sceneria emocjonalnych kataklizmów. Zapomnij o widoczkach. Tutaj krew wsiąka w ziemię, pot ścieka po karku, a każdy krok może cię kosztować więcej niż ci się wydaje.
Cristian Perfumo – mistrz surowej narracji i brutalnych point – w „Niezwykłym grobie Soledad i innych opowiadaniach” funduje nam trzy historie, które mają długość espresso i moc podwójnego ginu. Nie rozwleka się, nie tłumaczy. Wchodzi w fabułę z buta i zostawia po sobie huk. A my to wszystko łykamy, jakbyśmy nie wiedzieli, że na końcu czeka zimny trup, albo dwa.
„Hotel na końcu świata” – pierwsze z trzech opowiadań Cristiana Perfumo. Wystarczy rzut oka na tekst, by wiedzieć, że nie mamy tu do czynienia z klasyczną nowelą, którą można sączyć do poduszki. To raczej szybki zastrzyk adrenaliny i lekki moralny dreszcz – tak, jakby ktoś po cichu szepnął ci do ucha: „Zobacz, jak łatwo przejść na drugą stronę lustra, nie brudząc sobie rąk”.
Cristian Perfumo zaczyna z przytupem. Bohaterowie? Z pozoru niewinni pracownicy hotelu – Palito i narrator (nienazwany), którzy zamiast dorabiać się napiwków i składania ręczników w łabędzie, wolą w czasie lunchu podglądać przez kamery, co wyprawiają goście. Szczególnie ci, którzy meldują się pod fałszywym nazwiskiem, zamawiają szampana i wchodzą do pokoju z kobietą, która raczej nie wygląda na ich żonę.
Całość rozgrywa się w przestrzeni zaledwie kilku stron, ale Perfumo upycha w tej mikroskali więcej napięcia niż niejeden autor w całej powieści. Tempo? Błyskawiczne. Styl? Zwięzły, ironiczny, pełen nerwowego mrugania okiem do czytelnika – bo przecież wszyscy wiemy, że tak się nie powinno robić, a mimo to podglądamy razem z nimi. A potem, kiedy sprawy wymykają się spod kontroli, pozostaje pytanie: czy to jeszcze tylko zabawa, czy już przestępstwo?
To opowiadanie nie jest tylko wstępem do kolejnych dwóch – ono ustawia ton całego zbioru. Pokazuje, że Perfumo potrafi napisać historię, która bawi, niepokoi i zostawia moralnego kaca. Niby miniaturka, a działa jak kieliszek z za mocnym trunkiem – rozgrzewa szybko i zostaje w gardle.
Jeśli to Twój pierwszy kontakt z autorem – dobry wybór. A jeśli znasz już jego styl – tym lepiej, bo wiesz, że nawet na pięciu stronach potrafi odpalić bombę.
„Niezwykły grób Soledad” – jest już czystą melancholią — ale nie tą egzaltowaną, przesiąkniętą metaforami o przemijaniu. Nie. Tu Perfumo sięga po zupełnie inny rejestr – bolesny, cielesny, brudny i… bardzo ludzki. To opowiadanie nie jest o śmierci. Ono jest o miłości, która nie zna granic – nawet tych najbardziej absurdalnych, logistycznych i… biologicznych.
Zaczyna się jak tragikomiczna scena z czarnej komedii: mężczyzna wiezie ciało kobiety na taczce, przez pole, przez błoto, przez krzaki. Koło klinuje się o kamienie, pot leje się po plecach, a trup – Soledad – choć martwa, nadal „emanuje zmysłowością”. Brzmi jak absurd? I tak właśnie ma brzmieć. Bo to opowiadanie miesza fizyczność z emocjami w sposób tak intensywny, że człowiek sam nie wie, czy śmiać się z trzonka łopaty uderzającego w taczkę, czy płakać, gdy bohater wspomina twarz zmarłej partnerki, mieszkanko w Epujén i życie, które właśnie się rozpadło. To opowiadanie to literacki teatr jednego aktora – narrator mówi w pierwszej osobie, a jego monolog to mieszanka żałoby, rozpaczy, miłosnych uniesień i… fizjologii. Tak, fizjologii, bo ciało Soledad rozkłada się, cuchnie, krwawi, gnije – i mimo to narrator nadal je pieści spojrzeniem, wspomina smak skóry, zapach włosów, wspólne chwile.
„Niezwykły grób Soledad” to opowiadanie, które wbija się w głowę jak zapach, który znasz, ale nie potrafisz nazwać. Zostaje na długo, nie daje spokoju. Jest jak krótki sen o kimś, kogo straciłeś – sen, po którym budzisz się z ciężarem w klatce piersiowej i pytaniem, czy to był tylko sen, czy może coś więcej.
Cristian Perfumo nie daje gotowych odpowiedzi. Nie mówi, co jest normalne, a co już nie. Pokazuje człowieka w rozpadzie – fizycznym, psychicznym, emocjonalnym – i nie komentuje. I właśnie dlatego to działa. Bez patosu, bez wielkich słów. Tylko facet, który wiezie na taczce kobietę, którą kochał.
I która – choć martwa – mówi więcej niż niejeden żywy.
Zostaje ostatnie opowiadanie. Ale po tym, co zaserwował Perfumo w „Soledad”, warto na nie czekać. Choćby z duszą na ramieniu.
Jeśli dwa pierwsze teksty Perfumo to była jazda bez trzymanki – raz podszyta humorem, raz melancholią – to w „Skarbie Cavendisha” autor wrzuca nas na zupełnie inną trajektorię: głębiny. Dosłownie i w przenośni, bo to opowiadanie pachnie wodą, chlupotem mokrego sprzętu, ciszą pod powierzchnią i klaustrofobią moralnych dylematów. A wszystko to sklejone z historią o chciwości, zdradzie i tym jednym pytaniu: ile jesteś w stanie poświęcić, by odkryć coś wielkiego?
Historia zaczyna się z pozoru jak notka z jakiegoś bloga nurkowego: dwóch doświadczonych nurków – narrator i Sebastian – wyrusza, by zlokalizować wrak El Orden, statku, który zatonął w latach 50. Razem z nimi: Ramírez, doktor archeologii, człowiek z obsesją na punkcie tytułowego skarbu Cavendisha. Wierzy, że w zatopionym kadłubie leży coś więcej niż tylko historia. Może złoto. Może dokumenty. Może dowód na coś, co zmieni bieg wiedzy o Ameryce Południowej.
Brzmi jak setup do przygodówki? I tak, i nie. Bo Perfumo nie idzie w stronę sensacyjnych akcji. Zamiast tego zamyka nas pod wodą, w ciszy i lodowatej ciemności, gdzie każdy oddech to decyzja. A potem robi coś jeszcze bardziej perfidnego – wprowadza śmierć.
„Skarb Cavendisha” to zimna, precyzyjna historia, która zamiast wybuchów i pościgów daje nam jedną, ale za to brutalną emocję: niepewność. Nie wiesz, co się wydarzyło. I chyba o to chodziło. To opowiadanie przypomina zejście pod wodę: najpierw jest spokojnie, potem zaczynasz czuć ciśnienie w płucach, aż w końcu robi się ciemno i ciasno. I nie wiesz, czy wypłyniesz.
Trzy opowiadania. Trzy ciosy. Trzy wersje piekła
Perfumo w tym zbiorku nie pozwala ci się rozsiąść. Tu nie ma miękkich poduszek. Tu są emocje surowe jak asfalt pod kołami gokarta. Najpierw podglądasz. Potem płaczesz nad martwą kobietą. A na końcu dryfujesz pod wodą, szukając odpowiedzi, które lepiej było zostawić w spokoju.
To literatura skondensowana, brutalna i szczera. Bez pierdół. Bez zbędnych metafor. Perfumo wie, że jak masz tylko 30 stron, to nie możesz sobie pozwolić na gadanie. Musisz jechać. I on jedzie. Z czytelnikiem na kolanach.
Czytać? Jak najbardziej.
Zastanawiać się, czy sam byś zrobił to, co oni? Lepiej nie.
Idealna na raz, na torze, między kolejnym startem a finiszem. Adrenalina gwarantowana – i to nie z prędkości, tylko z tekstu.
Chcesz więcej? Wpadnij na YouTube – „Million Dollar Room” i zobacz ekranizację w polskiej wersji językowej ” Hotel na końcu świata”. Albo jeszcze lepiej – złap cały zbiór, zanim wyparuje z półek. Bo ten hotel warto odwiedzić. Choćby na chwilę. Choćby z zamkniętym laptopem.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

❤️