Recenzje

„Kuba”- Jacek Ostrowski

Autor: Jacek Ostrowski
Tytuł: Kuba

Data premiery: 08.11.2023
Wydawnictwo:Skarpa Warszawska
Liczba stron: 306
Gatunek: kryminał, sensacja

„To, co się wydarzyło na Kubie, pozostaje na Kubie”.

I bardzo dobrze, bo gdyby wszystko, co wydarzyło się podczas tej podróży, wróciło razem z Zuzą do Polski, kapitan Mariański musiałby napisać raport tak obszerny, że zabrakłoby mu nie tylko papieru, lecz również błędów ortograficznych. Chociaż akurat o to drugie jestem spokojna. Mariański dysponuje zasobami, przy których słownik języka polskiego może się spakować, oddać legitymację i wyjechać w Bieszczady.

Do „Kuby” podeszłam z bardzo prostym oczekiwaniem: chciałam lekkiej, zabawnej historii, która pozwoli mi na kilka godzin zapomnieć o świecie. Dostałam podróż do 1982 roku, w sam środek głębokiego PRL-u, gdzie obywatel bez zgody państwa mógł właściwie co najwyżej wyjechać windą na czwarte piętro, o ile budynek miał windę i akurat nie wyłączyli prądu.

Ten klimat uderza już od pierwszych stron. Szaro, mokro, zimno, mięso na kartki, papierosy spod lady, dolary kupowane od cinkciarza, pralka automatyczna zdobyta w okolicznościach, których lepiej nie wpisywać do zeznania podatkowego, i paszport będący nie dokumentem, ale nagrodą za dobre sprawowanie. Obywatel mógł go dostać, jeśli władza uznała, że zasłużył. Zuza Lewandowska nie zasłużyła. Ma niewłaściwe poglądy, niewłaściwy charakter, niewłaściwy język i tę irytującą przypadłość, że nie boi się ludzi, przed którymi zgodnie z planem systemu powinna drżeć jak galareta na zakładowym bankiecie.

A jednak pewnego dnia przychodzi wezwanie do odbioru paszportu.

Zuza czyta pismo raz, drugi, pewnie najchętniej sprawdziłaby jeszcze, czy milicji nie pomyliła się obywatelka, kontynent albo ustrój. Nie pomyliła się. Może lecieć na Kubę, gdzie czeka na nią Eduardo, jego rodzina i ślub, który ma być głównym punktem wyjazdu. W teorii. W praktyce już sam pomysł spokojnego urlopu z Zuzą Lewandowską brzmi jak kiepski dowcip. Ta kobieta nie potrafiłaby bez komplikacji pojechać na grzyby, a co dopiero przelecieć pół świata z walizką pełną towarów na wymianę i papugą, która zna więcej przekleństw niż niejeden pracownik budowy.

Władza również nie wierzy w turystyczne zamiary Zuzy. W jej ślad wysyła więc kapitana Mariańskiego i kaprala Oparę, dwóch funkcjonariuszy, którzy mają ją obserwować, pilnować oraz regularnie informować przełożonych o każdym podejrzanym ruchu. Problem polega na tym, że przy Marińskim podejrzany jest nawet przecinek, zwłaszcza że kapitan nie do końca wie, gdzie powinien go postawić.

Raporty Mariańskiego urzekły mnie bez reszty. Czekałam na nie jak na osobne rozdziały, bo za każdym razem dostawałam pokaz analfabetyzmu połączonego z głupotą tak potężną, a przy tym tak święcie przekonaną o własnej inteligencji, że nie sposób się nie śmiać. Mariański nie pisze źle. On dokonuje na języku polskim czynów, za które w cywilizowanym kraju groziłaby ekstradycja. Każde jego zdanie wygląda, jakby ortografia próbowała się bronić, ale została obezwładniona, skuta i przesłuchana bez obecności adwokata.

Najlepsze jest jednak to, że ta postać w całym swoim przerysowaniu pozostaje niepokojąco wiarygodna. Mariański jest głupi, prymitywny, zawistny i całkowicie oddany systemowi, który dał mu mundur, odrobinę władzy i przekonanie, że od tej chwili należy do elity intelektualnej narodu. Każdą porażkę potrafi przerobić na sukces operacyjny, każde upokorzenie na dowód imperialistycznego spisku, a własną niekompetencję na przejaw niezwykłej czujności. Nie musi rozumieć, co się dzieje. Wystarczy, że napisze o tym raport. Najlepiej ściśle tajny. I koniecznie z błędem już w tytule.

Kiedy cała ta wycieczka dociera na Kubę, szarość PRL-u zostaje zamieniona na słońce, palmy, rum, cygara i stare amerykańskie samochody. Człowiek przez moment mógłby pomyśleć, że wreszcie uciekł od komuny, ale komuna była sprytna. Ona dotarła tam wcześniej, rozsiadła się pod palmą, zapaliła cygaro przeznaczone na eksport i zaczęła tłumaczyć mieszkańcom, że braki w sklepach są kolejnym sukcesem rewolucji.

I właśnie to zderzenie dwóch światów bawiło mnie najbardziej. Polska jest zimna, ponura i szara, Kuba gorąca, kolorowa i roztańczona, ale pod spodem oba kraje działają według podobnej instrukcji obsługi. Tu i tam wszystkiego brakuje, tu i tam najlepsze towary trafiają do wybranych, tu i tam zwykły człowiek musi kombinować, handlować i wiedzieć, komu dać dolary, komu krem Nivea, a komu butelkę alkoholu. Różnica polega głównie na tym, że na Kubie człowiek stoi w kolejce w krótkim rękawie.

Zuza odnajduje się w tej rzeczywistości podejrzanie dobrze. Pali, pije, obraża przedstawicieli władzy, robi interesy, nawiązuje znajomości na samym szczycie i konsekwentnie zachowuje się tak, jakby całe państwo było tylko kolejnym urzędem, do którego weszła załatwić sprawę. Nie zachwyca się bezmyślnie egzotyką, bo szybko widzi, że za rumem, muzyką i pięknymi widokami kryje się bieda, kontrola oraz system pilnujący własnych obywateli równie gorliwie jak polska władza pilnuje jej.

Spokojnego pobytu oczywiście nie będzie. Jeden z uczestników wycieczki znika, w pobliżu grasują krokodyle, później pojawiają się kolejne zagadki, podejrzane spotkania, ludzie o niejasnych zamiarach i wydarzenia, których nawet Mariański nie potrafi opisać bez narażania języka polskiego na trwały uszczerbek. Zuza zaczyna węszyć, bo ma w sobie ten rodzaj ciekawości, przez który rozsądni ludzie dożywają emerytury, a ona regularnie pakuje się w sytuacje, po których rozsądni ludzie są identyfikowani po uzębieniu.

Ostrowski miesza kryminał, sensację, polityczną groteskę i przygodową farsę, nie próbując nawet udawać, że wszystko będzie tu prawdopodobne. I całe szczęście. Ta historia ma własne zasady, a najważniejsza brzmi: jeśli coś może pójść źle, pójdzie jeszcze gorzej, najlepiej w obecności Mariańskiego i zwierzęcia dysponującego bogatym słownictwem.

Bo skoro już mowa o zwierzętach, muszę przejść do mojej największej miłości tej książki.

Zgaga.

Papuga, która powinna otrzymać osobny paszport, order za działalność opozycyjną i własną teczkę w Instytucie Pamięci Narodowej. Zgaga nie uznaje dyplomacji, poprawności politycznej ani zasady, że w obecności ważnych ludzi wypada czasem zamknąć dziób. Mówi dokładnie to, czego Zuza w danej chwili powiedzieć nie powinna, a jeśli akurat nie zna odpowiedniego zdania, szybko się go uczy. Potrafi jednocześnie śpiewać „Międzynarodówkę” i krzyczeć „Precz z komuną”, dzięki czemu podsumowuje cały absurd epoki trafniej niż niejeden historyk w sześciusetstronicowej monografii.

Każde pojawienie się Zgagi natychmiast poprawiało mi humor. Ona nie jest uroczym dodatkiem siedzącym grzecznie w klatce. Jest pełnoprawną bohaterką, pierzastym ładunkiem wybuchowym i jedynym stworzeniem, które potrafi doprowadzić do politycznego kryzysu jednym zdaniem. Zuza może próbować ją wychować, uciszać albo przekupywać, ale Zgaga doskonale wie, kto tu naprawdę rządzi. I na pewno nie jest to Fidel Castro.

Czytając „Kubę”, autentycznie czułam się tak, jakbym cofnęła się do 1982 roku. Nie do wersji z podręcznika, w której wszyscy stoją smutni pod stocznią, a lektor poważnym głosem opowiada o sytuacji geopolitycznej. Cofnęłam się do codzienności pełnej kolejek, pokątnych interesów, towarów zdobywanych po znajomości, telefonów, przez które lepiej nie mówić za dużo, i ludzi, którzy potrafili przechytrzyć system, bo bez tego nie mieliby ani mięsa na obiad, ani papieru toaletowego w łazience.

Ten świat jest brudny, siermiężny i chwilami zwyczajnie podły, ale Ostrowski pokazuje go z humorem, który nie przykrywa prawdy, lecz pomaga ją przełknąć. Śmiałam się z dialogów, z raportów, z kolejnych nieszczęść Mariańskiego i ze Zgagi obrażającej ludzi bez względu na stanowisko, a jednocześnie ani przez chwilę nie zapominałam, że pod tym dowcipem znajduje się rzeczywistość, w której państwo decydowało, czy obywatel może wyjechać, co może kupić i kiedy powinien oddać paszport.

Nie przeszkadzało mi nawet to, że fabuła chwilami odrywa się od ziemi mocniej niż Ił lecący do Hawany. W tej książce realizm kończy się mniej więcej tam, gdzie zaczyna się wielka kubańska przygoda Zuzy, ale mnie to nie uwierało. Przyjęłam zasady tej zabawy i bawiłam się znakomicie. Nie potrzebowałam policyjnej procedury opisanej z dokładnością do numeru formularza. Chciałam zobaczyć Zuzę w kraju Fidela Castro, Mariańskiego walczącego z własną głupotą i Zgagę prowadzącą prywatną rewolucję. Dostałam wszystko, a nawet trochę więcej, bo zakończenie zafundowało mi takie pożegnanie z lekturą, że przez chwilę siedziałam z ksiązką w dłoni i próbowałam ustalić, czy autor właśnie skończył książkę, czy bezczelnie wyrwał z niej ostatni rozdział.

„Żyj tu tak, jakby życie miało się zaraz skończyć”.

To zdanie długo za mną chodziło, bo początkowo brzmi jak zachęta, żeby korzystać z kubańskiego słońca, rumu i każdej przyjemności, którą los podsuwa pod nos. Po zakończeniu nabiera jednak zupełnie innego ciężaru. Autor wiedział, co robi, umieszczając je w tej historii. Najpierw pozwala się z niego uśmiechnąć, a później obraca je w palcach i pokazuje ostrze.

„Kubę” przeczytałam szybko, lekko i z ogromną przyjemnością. To była jedna z tych podróży, podczas których człowiek wie, że rozsądek został na lotnisku, ale wcale za nim nie tęskni. Klimat głębokiego PRL-u, kubańskie słońce, zagadka, bezczelna Zuza, idiotycznie pewny siebie Mariański oraz Zgaga, której należy się pomnik, stworzyli historię pełną absurdu, czarnego humoru i swojskiego kombinowania.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *