
Autor: Anna M.Wan
Tytuł: Nieznajoma z parku
Data premiery: 25.08.2026
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 529
Gatunek: literatura obyczajowa
„Bo obiecałeś, że teraz już nie będzie między nami tajemnic…”
Zazwyczaj w książkach szukam sprawcy, motywu i odpowiedzi na pytanie, kto kłamie. Przy „Nieznajomej z parku” Anny M. Wan też nie zabrakło przemilczeń, ale tym razem mogłam odłożyć podejrzliwość i wygodniej usiąść w fotelu. Miałam ochotę na odpoczynek od kryminalnych zagadek, na historię, przy której można się uśmiechnąć i przez kilka wieczorów przejmować cudzym życiem zamiast własnym. Ta książka sprawdziła się w tej roli, choć chwilami bohaterowie tak długo rozmawiali o swoich uczuciach, że zdążyłam zrozumieć je wcześniej niż oni o co chodzi.
Jack T. Gordon po rozstaniu z partnerką odnajduje w swoim dniu chwilę, na którą zaczyna czekać z coraz większą niecierpliwością, a wszystko za sprawą młodej kobiety pojawiającej się w parku widocznym z okna jego gabinetu. Nie zna jej imienia, nie wie, skąd wraca ani o czym myśli, kiedy przysiada na ławce, jednak jej obecność stopniowo oswaja jego samotność, aż zwyczajne patrzenie przez okno przestaje być zwyczajne. Dziewczyna staje się kimś wyczekiwanym, choć nadal pozostaje nieznajomą, a kiedy przychodzi coraz rzadziej, Jack odkrywa, że wraz z nią z jego codzienności znika coś, do czego zdążył się przywiązać, zanim w ogóle zrozumiał, jak wiele to dla niego znaczy.
Los postanawia jednak wykazać się pewną uprzejmością i sprowadza Liz Blackley prosto do agencji ochrony, której właścicielem jest Jack, pozwalając mu wreszcie usłyszeć głos kobiety dotąd oglądanej wyłącznie z daleka. Liz przychodzi z prośbą nietypową, ponieważ potrzebuje mężczyzny, który na pewien czas odegra rolę jej partnera, a Jack podejmuje się zadania z gotowością wykraczającą daleko poza zawodową sumienność. Ona nie wie, że już wcześniej zajmowała jego myśli, nie zna również prawdy o jego pozycji w firmie, więc wchodzi w tę znajomość z przekonaniem, że znalazła pomoc, podczas gdy on zaczyna widzieć w niej możliwość spełnienia pragnienia, do którego długo nie miał odwagi się przyznać.
Motyw udawanego związku od początku pozwala domyślać się kierunku tej znajomości. Nie przeszkadzało mi to, bo sięgając po taki romans, nie oczekuję, że autorka za wszelką cenę zaskoczy mnie zakończeniem. Chcę raczej uwierzyć, że bohaterowie naprawdę mają powód, by się do siebie zbliżyć. Tutaj tę więź najlepiej widać we wspólnych wieczorach, rozmowach i przekomarzaniu. Przy jedzeniu i zwyczajnych zajęciach Jack i Liz wypadają bardziej przekonująco niż podczas najbardziej intensywnych wyznań.
Właśnie te fragmenty sprawiały, że zostawałam z książką dłużej, niż planowałam. Lubiłam obserwować, jak bohaterowie nabierają swobody i zaczynają cieszyć się swoją obecnością. Jest między nimi chemia, ale jest też humor, który pozwala odpocząć od kolejnych wątpliwości. Nie każda scena musi kończyć się wielką deklaracją, żeby czytelniczka poczuła rodzącą się bliskość. Czasami wystarczy rozmowa, której żadne z nich nie chce jeszcze kończyć.
Liz wzbudzała we mnie czułość, choć zdarzało mi się również westchnąć nad jej uporczywym niedowierzaniem. Wcześniejsze rozczarowania sprawiły, że trudno jej uwierzyć w szczere zainteresowanie mężczyzny. Szybko zauważa własne niedoskonałości, porównuje się z innymi kobietami i znajduje powody, dla których Jack zapewne nie mógłby wybrać właśnie jej. Rozumiałam jej ostrożność, ale z czasem chciałam zobaczyć również zmianę. Kolejne powroty do podobnych obaw nie zawsze pogłębiały postać, czasem tylko zatrzymywały historię. Liz potrafi być sympatyczna, wrażliwa i zabawna, dlatego szkoda, że tak często oglądamy ją przez pryzmat przekonania o własnej niewystarczalności.
On z kolei został wyposażony w pokaźny zestaw romansowych zalet. Jest przystojny, zamożny, zaradny i skuteczny, a ludzie z jego otoczenia wypowiadają się o nim z uznaniem. Chwilami miałam ochotę zapytać, czy istnieje coś, w czym ten mężczyzna zwyczajnie sobie nie radzi. Na szczęście potrafi rozbroić żartem i pokazać bardziej ludzką stronę. W takich momentach łatwiej było mi go polubić niż wtedy, gdy cała scena służyła przypomnieniu, jaki jest niezwykły.
Wokół głównej pary autorka stworzyła serdeczne, zaangażowane towarzystwo. Tess i James wnoszą do historii humor, a pracownicy agencji sprawiają wrażenie ludzi, którzy są dla siebie kimś więcej niż współpracownikami. Ich zainteresowanie życiem Jacka bywa imponujące. Gdyby równie sprawnie organizowali wszystkim szczere rozmowy, część komplikacji zapewne skończyłaby się znacznie wcześniej. Mimo tego lubiłam atmosferę tych spotkań i poczucie, że bohaterowie mają do kogo zwrócić się po pomoc.
Obok romansu rozwija się wątek zagrożenia. Początkowo pozostaje w tle, później coraz mocniej wpływa na wydarzenia i przyspiesza akcję. Wtedy moja kryminalna czujność jednak się odzywała, szczególnie gdy wcześniejsze szczegóły zaczynały nabierać znaczenia. Autorka pamięta o elementach wprowadzonych wcześniej i wykorzystuje je w dalszej historii. To daje poczucie ciągłości, nawet jeśli najważniejsze pozostają uczucia Jacka i Liz.
Po trudniejszych wydarzeniach brakowało mi tylko odrobiny czasu na spokojne odzyskanie równowagi. Rozumiem, że romans zmierza ku spełnieniu, ale chciałam pozwolić bohaterce przez chwilę być zmęczoną i niegotową na kolejne intensywne emocje. Bliskość może przynieść ulgę, jednak nie musi natychmiast rozwiązywać wszystkiego. Więcej przestrzeni na reakcje Liz nadałoby tej części opowieści większą wiarygodność.
Największym zastrzeżeniem pozostaje dla mnie przegadanie. Anna M. Wan często pokazuje uczucia bohaterów, a następnie jeszcze je wyjaśnia. Wracają podobne obawy, opisy spojrzeń i rozważania nad intencjami drugiej osoby. Bywało, że miałam ochotę wtrącić: dobrze, już wiem, naprawdę możecie przejść dalej. Skrócenie części tych fragmentów pomogłoby historii zachować tempo i pozwoliłoby mocniej wybrzmieć scenom, które już same w sobie są czytelne.
Język jest przystępny, a książkę czyta się bez wysiłku. Dialogi mają momenty naturalnej lekkości, szczególnie kiedy bohaterowie się droczą. W scenach namiętności autorka sięga po bardziej konwencjonalne opisy, pełne zachwytu i gwałtownych doznań. Mnie bliższa była ich codzienność. To przy niej najłatwiej zapominałam o romansowych schematach i po prostu chciałam dowiedzieć się, jak spędzą następny wieczór.
Z ciekawością myślałam też o samej autorce. Chciałam dowiedzieć się o niej więcej, lecz w sieci trafiałam przede wszystkim na informacje o książce. Przy debiucie naturalnie zastanawiam się, jakie jeszcze historie ma do opowiedzenia i jak będzie rozwijać swój warsztat. Chętnie sięgnęłabym po kolejną powieść Anny M. Wan, zwłaszcza gdyby zachowała humor i serdeczność tej opowieści, a odważniej skracała powtarzające się rozważania.
„Nieznajoma z parku” jest sympatyczną, lekką książką, przy której dobrze spędziłam czas. Nie wszystkie zachowania bohaterów mnie przekonały, a niektóre opisy mogłyby być krótsze, ale zostały ze mną również uśmiech, przywiązanie do postaci i przyjemność obserwowania ich wspólnych chwil. Na długie jesienne wieczory w fotelu, pod kocykiem i z kubkiem gorącej czekolady to dobra alternatywa dla historii wymagających nieustannej uwagi. Czasami mam ochotę odpocząć od szukania mordercy i poczytać o ludziach, którzy muszą wreszcie odważyć się powiedzieć sobie prawdę.
Egzemplarz książki otrzymałam w ramach współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem Novae Res, co nie miało wpływu na treść mojej opinii.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

