
Autor: Marlena Męcka
Tytuł: Zagubiona w pamięci
Data premiery: 11.12.2023
Wydawnictwo: Residport Sp z o. o.
Liczba stron: 260
Gatunek: kryminał, thriller
„Mam na imię Alicja. Mam 39 lat. Dwadzieścia lat temu zabiłam człowieka.”
No i dobra.
Jak ktoś zaczyna książkę w ten sposób, to ja już wiem, że albo będzie bardzo źle, albo bardzo dobrze. Bez półśrodków. I w przypadku „Zagubionej w pamięci” Marlena Męcka poszła va banque – bez pytania, bez przepraszania, bez tego całego literackiego: „czy mogę?”. Nie pyta. Oświadcza. A potem patrzy, czy masz odwagę czytać dalej.
No i co ja miałam począć z tą książką?
Uśmiechnąć się pod nosem, że „o, odważnie”? Zamknąć książkę, bo to tani chwyt? A może zrobić to, co zrobiłam: usiąść wygodnie i pomyśleć: dobra, skoro tak zaczynasz, to teraz pokaż jak to poprowadzisz dalej.
„Zagubiona w pamięci” to nie jest książka, którą się „czyta z przyjemnością”. To jest książka, którą się czyta w napięciu psychicznym, z rosnącym poczuciem, że coś tu jest bardzo nie w porządku, a ty, jako czytelnik, jesteś w to wciągana bez pytania o zgodę.
Czytałam ją z narastającym dyskomfortem. I to nie tym fajnym, thrillerowym „o, ale akcja”, tylko tym gorszym: emocjonalnym, takim, który sprawia, że co jakiś czas odkładasz książkę i myślisz: dlaczego ja w ogóle jej kibicuję?.
Bo niestety – kibicujesz.
I to jest pierwsze mentalne policzkowanie, jakie dostajesz.
Na papierze wszystko wygląda „klasycznie”: powrót do małej miejscowości, rodzinne demony, stara sprawa, która nigdy nie została domknięta, i teraźniejszość, która nagle traci stabilność jak stół z jedną krótszą nogą. Tyle że ta książka nie jest grzecznym kryminałem, który prowadzi czytelnika za rękę od tropu do tropu, a na koniec rozdaje medal za poprawne odgadnięcie winnego. Ona robi coś bardziej podstępnego: zamiast pytać „kto zabił?”, pyta „kto tu w ogóle opowiada prawdę?”, a potem dorzuca drugie, jeszcze bardziej niekomfortowe: „czy prawda to na pewno to, czego chcesz?”.
Alicja nie jest bohaterką do lubienia. Nie jest też bohaterką, którą łatwo znienawidzić. Ona jest czymś znacznie bardziej niewygodnym: kobietą skuteczną. Taką, która przetrwała. Która z chaosu zrobiła porządek. Która swoje życie poukładała tak szczelnie, że przeszłość nie miała prawa się przecisnąć. A jeśli już to, tylko w formie kontrolowanej. Ma na sobie wszystkie kostiumy, które zwykle mają gwarantować kontrolę: dorosłość, sukces zawodowy, małżeństwo, dzieci, społeczny status. Jest prawniczką, a więc kimś, kto z definicji powinien rozumieć, że słowa ważą, dokumenty ważą, a fakty – jeśli nie ważą – to przynajmniej udają, że są istotne. Tyle że ta historia natychmiast pokazuje, jak cienka jest granica między „porządkiem” a „pozorem porządku”. Kiedy w jej życiu zaczyna się sypać coś, co nie powinno się sypać – bo przecież było dawno, bo przecież minęły lata, bo przecież „to już nie ma znaczenia” – okazuje się, że najbardziej zdradliwe nie są cudze kłamstwa, tylko te, które człowiek latami opowiadał sam sobie, aż stały się wygodnym meblem w salonie.
I tu wchodzi najmocniejszy element tej książki: narracja, która działa jak lustro w łazience po gorącym prysznicu. Z początku widzisz ogólny zarys, potem kontury, a potem nagle ktoś dłonią ściera parę w jednym miejscu – i to, co się pokazuje, niekoniecznie jest tym, na co miałaś ochotę. Autorka gra w bardzo konkretną grę: prowadzi cię przez emocje, przez obrazy, przez „teraz” i „wtedy”, miesza realne z wyobrażonym, buduje sny, wspomnienia, retrospekcje – i robi to tak, żebyś co chwilę musiała zadawać sobie pytanie: czy to jest opis świata, czy opis stanu psychicznego? A jeśli jedno i drugie, to które jest bardziej wiarygodne?
Sny w tej książce nie są ozdobą, nie są „ładnym zabiegiem”, który ma dodać klimatu. To jest pełnoprawny język opowieści, równie ważny jak dialogi i zdarzenia. Las, błoto, krew, oczy w ciemności, twarze bliskich – to nie jest poetycka impresja, tylko sygnał alarmowy. Alicja nie śni „o niczym”. Ona śni wprost o tym, przed czym ucieka na jawie: o winie, o strachu, o tym, że każdy krok zostawia ślad, nawet jeśli udajesz, że idziesz po suchym.
I kiedy książka przechodzi z intymnej, niemal romantycznej sceny bliskości małżeńskiej do pytania rzuconego niby żartem („co byś zrobił, gdybym to ja zabiła…?”), robi się jasne, że tu nie będzie bezpiecznie. Bo to pytanie jest jak test: nie tyle dla męża, ile dla czytelnika. Ono ma cię ustawić w pozycji kogoś, kto już wie, że miłość może być wymówką, a „chroniłbym cię” może znaczyć coś zupełnie innego, niż chciałoby się wierzyć. Ta książka świetnie rozumie, że najciekawsze dramaty nie dzieją się wtedy, gdy ktoś krzyczy. Najciekawsze dzieją się wtedy, gdy ktoś mówi spokojnie, poprawnie, prawie ciepło – i właśnie dlatego jest groźnie.
Wątek rodzinny Alicji jest poprowadzony tak, jak powinien być poprowadzony w porządnym psychologicznym thrillerze: bez taniej sensacji, za to z poczuciem, że przeszłość nie jest „wspomnieniem”, tylko strukturą, która ustawia całe dorosłe życie. Świetna jest tu warstwa obyczajowa: komisariat „sprzed lat”, ludzie przyzwyczajeni do tego, że lepiej nie wychylać się z oceną, bo jutro spotkasz winnego w sklepie, a pojutrze w kościele. I to wszystko jest napisane tak, że czuć w tym lepką mieszaninę bliskości i przemocy: niby wszyscy się znają, a jednocześnie każdy potrafi zostawić kogoś samego w najgorszym momencie, bo „to nie nasza sprawa”.
Jednocześnie ta książka ma też momenty, w których autorka wyraźnie za bardzo lubi własne opisy. Są fragmenty, gdzie atmosfera jest już gęsta i gotowa, a tekst jeszcze ją doprawia, jeszcze ją miesza, jeszcze dorzuca „kapsułę czasu” i „domowe ciepło”, jakby bał się, że czytelnik nie zauważy. Zauważy. Naprawdę. I to jest ten moment, w którym warto byłoby czasem odpuścić ozdobniki i pozwolić scenie oddychać, bo najlepsze napięcie w tej historii bierze się nie z ilości przymiotników, tylko z samej sytuacji. Alicja wchodzi do gabinetu męża, zaczyna szukać, znajduje rzeczy, których nie powinna znaleźć – to już jest silne. Nie trzeba temu robić literackiego manicure.
To, co jednak autorka robi bardzo dobrze, to konsekwentne budowanie motywu „podwójności”: dwóch wersji tej samej osoby, dwóch wersji przeszłości, dwóch wersji miłości. Ta książka kręci się wokół pytania, czy można być jednocześnie porządnym człowiekiem i kimś, kto zrobił rzecz niewybaczalną – i czy społeczne maski naprawdę maskują, czy tylko robią zło bardziej eleganckim. Ta książka miejscami balansuje na granicy – i uczciwie: są chwile, gdy czuć, że autorka chce, żeby to była jednocześnie opowieść o winie i mechanizm wyjaśniający winę. To ryzykowne. Ale jednocześnie – w najlepszych fragmentach – działa. Bo pokazuje, że największy horror nie polega na tym, że „coś się stało”, tylko na tym, że bohaterka sama nie ma pewności, co jest wspomnieniem, co wyparciem, a co sprytną narracją, która ma uratować jej życie.
Ostatnie partie tej historii są celowo zbudowane na kontrastach. Ciepło domu kontra chłód tego, co pod spodem. Rodzinność kontra ceny, jakie się za nią płaci. Miłość kontra kontrola. Wina kontra narracja o niewinności. I to jest bardzo sprawne, bo zostawia czytelnika z pytaniem, które nie daje prostego komfortu: czy ta opowieść jest o winie, czy o tym, jak skutecznie można winę zamienić w „spokój”?
Jeśli miałabym wskazać, co w tej książce działa najmocniej, to właśnie ta konsekwencja w budowaniu moralnego zamglenia. Nikt tu nie jest krystaliczny. Nawet jeśli ktoś mówi piękne rzeczy, w tle słychać zgrzyt. Nawet jeśli ktoś przeprasza, pojawia się pytanie, czy to przeprosiny, czy kontrola szkód. Nawet jeśli ktoś mówi „dla twojego dobra”, to w tej książce natychmiast zapala się lampka: czyje dobro? i na jakich warunkach?
A co nie działa? Oprócz wspomnianej skłonności do nadmiaru opisów – powtórzenia i pewna redakcyjna niechlujność w niektórych fragmentach potrafią wybić z rytmu. Są momenty, które proszą się o cięcie, o skrócenie, o zostawienie niedopowiedzianego. To jest paradoks tej historii: ona ma największą siłę wtedy, gdy mówi mniej. Gdy daje obraz, a nie tłumaczenie. Gdy pozwala, żeby czytelnik sam poczuł, że coś jest nie tak, zamiast mu to podkreślać neonem.
Mimo to: to jest książka, która zostaje w głowie, bo nie próbuje być „ładna”. Próbuje być skuteczna. Próbuje wejść w miejsca, gdzie człowiek nie lubi zaglądać: w wstyd, w wyparcie, w mechanizmy miłości, które potrafią wyglądać jak klatka, jeśli ktoś trzyma klucz. I robi to w sposób, który – kiedy już złapie tempo – potrafi być naprawdę hipnotyczny.
To nie jest lektura dla osób, które chcą wyłącznie zagadki i jednego, czystego rozwiązania. To jest lektura dla tych, którzy lubią, kiedy thriller ma drugie dno, a „prawda” nie jest nagrodą, tylko problemem. I dla tych, którzy rozumieją, że najstraszniejsza ciemność nie zawsze jest w lesie. Czasem jest w domu, w pięknie urządzonym gabinecie, w folderze nazwanym datą, w mapie z zieloną kropką – i w zdaniu wypowiedzianym z uśmiechem: „Będzie dobrze”.
Bo bywa, że „dobrze” oznacza tylko jedno: że ktoś lepiej od ciebie zadbał, żebyś już nie zadawała pytań.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
