
Autor: Piotr Kościelny
Tytuł: Zwierz
Data premiery: 22.11.2019
Wydawnictwo: Skarpa Warszawska
Liczba stron: 512
Gatunek: thriller, kryminał
„- Myślałem, że twój dzieciak jest w śpiączce. A jak zacząłem się nim bawić, otworzył oczy.”
Tak zaczynają się dreszcze. Takie prawdziwe, te zimne, które nie mają nic wspólnego z fikcją, bo fikcja nagle staje się zbyt bliska temu, czego boimy się naprawdę. I od razu wiesz, że nie masz do czynienia z kolejnym kryminałem na wieczór do herbaty, tylko z czymś, co wdziera się w ciebie brutalnie, zostawia ślady i nie pozwala ich zmyć nawet najgorętszym prysznicem. „Zwierz” Piotra Kościelnego nie jest lekturą lekką, nie jest też lekturą wygodną. To książka, która działa jak stalowy pręt – wali w brzuch, a ty zamiast odłożyć ją na bok, pochylasz się i przewracasz kolejne strony, jakby ból był jedyną rzeczą, która jeszcze utrzymuje cię w pionie.
Kościelny zaczyna od końca. To zabieg odważny, ryzykowny – ile razy zdarzyło się, że takie klamry fabularne psuły napięcie i zabierały całą frajdę? Tutaj dzieje się odwrotnie: otwierasz książkę i od razu znajdujesz się w pokoju przesłuchań, twarzą w twarz z potworem. On mówi, prowokuje, rzuca półsłówkami, które mają ugodzić najboleśniej. A potem czas nagle się cofa. Dwa miesiące wcześniej. I zaczyna się polowanie – długie, mroczne, pełne trupów, przypadków, które wcale przypadkowymi nie są. W ten sposób autor zamyka koło – prowadzi nas tak, że wracamy dokładnie do punktu wyjścia, ale już zupełnie inni, ciężsi o wiedzę, o obrazy, o ten rodzaj zmęczenia, które nie daje spać.
I to właśnie najbardziej mnie w tej książce ujęło – konsekwencja, z jaką autor prowadzi narrację. Każde przesunięcie w czasie ma sens, każda zmiana perspektywy coś wnosi. Raz patrzymy oczami policjanta, komisarza Marka Mikulskiego, człowieka, który coraz bardziej zatraca się w śledztwie, balansując na granicy obsesji, raz widzimy świat z wnętrza chorego umysłu psychopaty. Ten kontrast nie tylko buduje napięcie – on sprawia, że wchodzimy w obie strony konfliktu tak głęboko, że zaczynamy się bać, jak cienka jest granica między jednym a drugim.
„Zwierz” to powieść o mordercy – ale nie tylko. To także opowieść o codzienności ludzi, którzy muszą patrzeć na brutalne zbrodnie, a potem wracać do domu, do swoich dzieci, żon, drobnych problemów. To historia o tym, jak praca policjanta rozbija życie prywatne na kawałki, jak łatwo przenieść brud z ulicy do własnej kuchni. Kościelny nie pozwala nam zapomnieć, że jego bohaterowie to nie tylko narzędzia fabuły, ale i ludzie – zmęczeni, sfrustrowani, pełni wad. I właśnie w tym tkwi realizm tej książki.
Nie można jednak pisać o „Zwierzu”, nie wspominając o samej brutalności. Tutaj nie ma taryfy ulgowej. Kościelny nie uprawia literackiej cenzury, nie zamiata pod dywan tego, co niewygodne. Oczy wydłubane, stalowe pręty, agonia, krew – nie jako tania sensacja, ale jako dowód na to, że zło bywa wyrafinowane, systematyczne, okrutne. Czyta się to z bólem, ale i z fascynacją – bo autor wie, jak dozować obrazy, żeby nie były pustym szokiem, tylko elementem całości.
A jednak, paradoksalnie, właśnie tam, gdzie powinno być najciężej, pojawiają się momenty humoru. Scena ze starszą kobietą przekonaną, że jest podsłuchiwana przez tajne służby. Tekst o workach pod oczami wyglądających jakby właściciel przeszczepił sobie tam jądra. Takie fragmenty działają jak zawór bezpieczeństwa – pozwalają na moment odetchnąć, zanim znów zostaniemy wrzuceni w bagno. I to też jest znak firmowy Kościelnego – balansowanie na granicy makabry i absurdu, które sprawia, że jego proza jest tak autentyczna.
Im dalej wchodzimy w fabułę, tym mocniej czujemy, że to nie jest gra w kotka i myszkę, ale raczej walka o przetrwanie. Zwierz nie tylko zabija – on igra, pisze listy, atakuje tam, gdzie boli najbardziej. Chce pokazać, że to on rządzi miastem, że jest królem betonowej dżungli. A Mikulski? Mikulski nie chce już tylko złapać mordercy. On chce spojrzeć mu w oczy w chwili, kiedy w końcu się przestraszy. To nie jest zwykłe śledztwo, to jest osobista vendetta, która nie pozostawia złudzeń – policjant i morderca są związani ze sobą mocniej, niż którykolwiek z nich chciałby przyznać.
Czytałam „Zwierza” jednym tchem, choć to książka, którą teoretycznie powinnam była dawkować. Bo to proza ciężka, brutalna, pozbawiona ozdobników. A jednak – nie da się jej odłożyć. Napięcie nie spada ani na moment, a zakończenie, które prowadzi nas z powrotem do początku, sprawia, że odkładamy powieść z poczuciem, że właśnie przeszliśmy pełen, zamknięty krąg. Że historia mogła się potoczyć tylko w ten sposób – i że nie mogła skończyć się inaczej.
„Zwierz” nie jest dla każdego. To nie jest kryminał, który się czyta dla relaksu. To książka, która wymaga odporności i zgody na to, że literatura może boleć. Ale jeśli ktoś szuka thrillera, który nie tylko wciąga, ale i zostawia w człowieku ślad – mocny, brudny, nie do wymazania – to właśnie znalazł. Kościelny nie bawi się w półśrodki. Daje nam literaturę, która jest jak policzek. Brutalną, szczerą, inteligentną. Taką, która nie pozwala przejść obok obojętnie.
A kiedy zamkniesz ostatnią stronę, zrozumiesz, że ten tytuł – „Zwierz” – nie dotyczy tylko mordercy. Bo coś zwierzęcego budzi się też w każdym, kto wciągnie się w tę grę.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
