
Autor: Cristian Perfumo
Tytuł: Gdzie pochowałem Fabianę Orquerę
Data premiery: 11.08.2025
Wydawnictwo: Autornia
Liczba stron: 230
Gatunek: kryminał, sensacja, thriller
Tłumaczenie: Piotr Jarco
„Przez prawie szesnaście lat milczałem… Postanowiłem więc wyjawić, kim jestem i gdzie pochowałem Fabianę Orquerę”.
Nie każda historia zaczyna się od trupa, nie każda od huku strzału, czasem zaczyna się od kawałka papieru – pożółkłego, pachnącego kurzem i wilgocią, wyjętego z koperty ze złamaną czerwoną pieczęcią, gdzie atrament rozlał się jakby piszącemu trzęsła się ręka.
„Przez prawie szesnaście lat milczałem. To szmat czasu. Nie ma już powodu, by to ukrywać: Raúl nie żyje od roku, a mnie samemu pewnie niewiele dni pozostało. Postanowiłem więc wyjawić, kim jestem i gdzie pochowałem Fabianę Orquerę”.
I w tym momencie, zanim przewrócisz stronę, wiesz, że nic tu nie będzie czyste ani proste, a już na pewno nie sprawiedliwe.
„Gdzie pochowałem Fabianę Orquerę” Cristiana Perfumo to opowieść o śledztwie, które staje się chorobą, o prawdzie, która wcale nie jest czysta, i o tym, że czas w Patagonii płynie inaczej: wolniej, ciężej, z tym charakterystycznym przeciągiem, który trzaska drzwiami i gasi świece, gdy akurat chcesz coś zobaczyć.
Patagonia u Perfumo nie jest widokówką. To nie zdjęcie w folderze biura podróży, gdzie lama z uśmiechem patrzy w obiektyw, a wiatr łagodnie rozwiewa włosy turystki. To miejsce, w którym wiatr jest bohaterem drugiego planu – bezlitosny, zimny, z tym charakterystycznym świstem w szczelinach drzwi, pustynny kurz mieszający się z solą z oceanu. To przestrzeń, w której człowiek jest tylko punktem na mapie, a jego sprawy, choćby były największe, znikają w tym krajobrazie jak ślad stóp na kamienistej plaży. To Las Maras – estancia, w której trzydzieści lat temu zniknęła Fabiana Orquera, a winnego wyznaczyła nie ława przysięgłych, tylko języki w małym miasteczku. Raúl Báez – dla jednych morderca, dla innych kozioł ofiarny, a dla autora – pretekst, by opowiedzieć historię, w której prawda jest jak patagoński wiatr: zmienia kierunek, kiedy tylko zaczynasz iść w jej stronę.
I Nahuel – dziennikarz z krwi i kości (czytaj: uparty, wścibski, gotowy grzebać tam, gdzie inni wolą nie patrzeć), któremu ktoś wrzuca przynętę – list od tajemniczego NN – i od tego momentu wszystko, co robi, wszystko, co myśli, kręci się wokół tej kobiety, która trzy dekady wcześniej zniknęła z powierzchni ziemi. „Odpowiedź jest na wyciągnięcie ręki – ukryłem ją na stronach, których nikt już nie czyta” – i wierz mi, chciałabyś mieć taki list w dłoni, bo jest w nim coś z obietnicy i coś z groźby.
Nahuel nie jest tu po to, żeby brylować w sali sądowej czy rzucać błyskotliwymi ripostami. On szuka. Brnie. Czasem po omacku, czasem idzie w złą stronę, ale idzie. I to właśnie jego upór, podszyty czymś, co można by nazwać lokalnym uporem gaucho, trzyma cię w tej historii, nawet kiedy akcja zwalnia.
Jest w tej książce coś, co bardzo lubię – ten rodzaj narracji, w której każdy list, każdy fragment gazety, każdy podsłuchany dialog może być kluczem, ale równie dobrze może być ślepą uliczką. I to nie jest tani chwyt. Perfumo konstruuje te tropy z chirurgiczną precyzją. Nie ma tu przypadkowych szczegółów, nawet jeśli czasem wydaje ci się, że autor prowadzi cię na manowce. On chce, żebyś się zgubił razem z Nahuelem. Żebyś poczuł tę frustrację, gdy kolejne drzwi trzaskają przed nosem, a jedyny, który wydaje się znać odpowiedzi, zostawia ci tylko lakoniczne notatki i znikające ślady butów na piasku.
Autor prowadzi nas przez tę historię jak przez labirynt zrobiony z piasku, starych map i szeptów sąsiadów. Każda wskazówka jest jednocześnie drogowskazem i ślepą uliczką. Jest latarnia w Cabo Blanco, jest sześćdziesiąt pięć schodów, cień, który o określonej porze dnia wskazuje kierunek. Jest jaskinia, w której czeka rozbita butelka po whisky z listem, a ten list jest jak nóż w żebra – niby daje wiedzę, ale odbiera spokój.
To śledztwo nie jest eleganckie. Nie ma tu białych rękawiczek ani detektywistycznych olśnień przy filiżance espresso. Jest brud pod paznokciami, siniaki, spuchnięte wargi po bójkach, zakurzone drogi, które prowadzą do ludzi, co potrafią kłamać tak gładko, że sam zaczynasz wątpić w fakty. Nahuel dostaje ciosy – fizyczne i metaforyczne – ale idzie dalej, bo coś w nim wie, że odpuszczenie byłoby gorsze niż przegrana.
Fabiana przez większą część książki jest cieniem – zdjęciem o wyblakłych barwach, historią opowiadaną z drugiej ręki. Ale potem… potem Perfumo robi to, co kocham: odwraca karty. I w tym momencie historia przestaje być tylko o rozwiązaniu zagadki – staje się opowieścią o tym, jak bardzo można zmienić siebie, żeby przetrwać, i jak długo można uciekać przed tym, co się wydarzyło.
Są w tej książce momenty, które pachną jak stary film noir – listy z lakową pieczęcią, rozmowy w półmroku, milczenie, które mówi więcej niż słowa. Są też sceny, w których Perfumo przyciska pedał gazu i goni bohatera przez pampę, przez strzały, przez kurz w ustach, przez strach, który nie pozwala obejrzeć się za siebie. A potem – znów zwalnia, każe ci patrzeć, jak cień przesuwa się po ścianie, jak wiatr wyje w szczelinach okna, jak rozmowa o niczym nagle staje się rozmową o wszystkim.
I tak, są momenty, w których chciałoby się autora lekko szturchnąć i powiedzieć: „Cristian, no już, wiem, że kochasz te opisy, ale idźmy dalej”. Bywa, że ten patagoński krajobraz, choć piękny, przykrywa fabułę niczym kurz pokrywający niedawne ślady. Ale kiedy już Perfumo wraca na trop – to wchodzisz w to znowu, bez reszty.
Finał? Nie będę udawać – jest gorzki. Nie ma tu hollywoodzkiego katharsis. Jest prawda, ale prawda tak poplamiona, że nie ma jak jej powiesić na ścianie. I to jest największa siła tej książki. Bo w życiu – i w dobrej literaturze – nie chodzi o to, żeby dostać czyste zakończenie. Chodzi o to, żeby po zamknięciu ostatniej strony w głowie dalej dudnił ci ten wiatr, a pod paznokciami została ziemia z miejsca, gdzie być może ktoś pochował Fabianę Orquerę.
Nie będę udawać, że to jest historia idealna. Momentami jest za wolno, momentami chciałabym więcej ostrości w dialogach, mniej ugrzecznienia w postaciach drugoplanowych. Ale mimo to, kiedy zamknęłam ostatnią stronę, siedziałam jeszcze chwilę, patrząc w ścianę, z tym dziwnym uczuciem, że coś ze mną zostanie. Może to wiatr, może ten list, może to, że gdzieś tam, w tej Patagonii, są miejsca, o których lepiej nie mówić.
I wiesz co? To jest właśnie siła tej książki. Że kiedy o niej opowiadam, nie zaczynam od „dobre tempo” albo „ciekawa intryga”. Zaczynam od listu. Od tego zdania, które wżera się w Ciebie jak sól w skórę: „Postanowiłem więc wyjawić, kim jestem i gdzie pochowałem Fabianę Orquerę”.
A na koniec powiem Ci, dlaczego zgodziłam się zostać patronką tej książki.
Kiedy zamknęłam ostatnią stronę, wiedziałam, że ta historia ze mną zostanie. Nie dlatego, że dostałam ładnie zapakowaną odpowiedź. Ale dlatego, że pokazała, co się dzieje, kiedy przez trzydzieści lat żyjesz z pytaniem, na które nikt nie chce znać odpowiedzieć. Bo poczułam wiatr z Las Maras na własnej skórze, bo słyszałam trzask tej pieczęci, bo smakowałam gorzką prawdę, która na końcu nie jest nagrodą, tylko ciężarem.
Bo prawda jest taka, że „…Nigdy nie wiadomo, ile nici zostało jeszcze na szpuli…” – ile tajemnic czeka, by je wyciągnąć, ile ran otworzy się przy okazji, ile historii będzie trzeba opowiedzieć do końca. I może właśnie dlatego zostałam patronką tej książki. Bo niektóre opowieści nie pozwalają się odłożyć na półkę, dopóki ostatnia nić nie zniknie w palcach.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

❤️