Recenzje

„Wybór diabła” – Adrian Bednarek

Autor: Adrian Bednarek
Tytuł: Wybór diabła

Data premiery: 24.10.2025
Wydawnictwo: Zaczytani
Liczba stron: 462
Gatunek: thriller, kryminał

„Niedokończone sprawy. Na początku wydają się pilne (…). Człowiek zapomina, że niedokończone sprawy należy domknąć, inaczej wrócą w najmniej oczekiwanym momencie.”

Mam dziwne wrażenie, że Adrian Bednarek napisał to zdanie z szerokim uśmiechem człowieka, który doskonale wie, ilu czytelników właśnie westchnęło: „No pięknie, znowu będzie grubo”. I miał rację. Bo „Wybór diabła” nie zaczyna się od wybuchu, pościgu ani efektownego rozlewu krwi. Zaczyna się od czegoś znacznie gorszego. Od przeszłości. A z przeszłością jest ten kłopot, że można ją zakopać pod toną nowych zbrodni, drogich garniturów i jeszcze droższych samochodów, ale ona ma wyjątkowo paskudny zwyczaj wygrzebywania się z ziemi dokładnie wtedy, kiedy człowiek uzna, że wreszcie wszystko posprzątał.

Kuba Sobański najwyraźniej też w to uwierzył.
Naprawdę podziwiam jego optymizm.
Dziewięć tomów. Dziewięć.

Po tylu trupach, intrygach, manipulacjach i cudach logistycznych, dzięki którym krakowska policja powinna już dawno chodzić na terapię grupową, Kuba nadal potrafi spojrzeć w lustro z miną człowieka przekonanego, że świat funkcjonuje wyłącznie dlatego, iż on łaskawie pozwala mu istnieć. Gdyby narcyzm był dyscypliną olimpijską, nasz ulubiony były adwokat odbierałby złoty medal co cztery lata, przepraszając przy okazji, że pozostali zawodnicy w ogóle odważyli się przyjechać.

I właśnie dlatego tak dobrze ogląda się chwilę, w której ten misternie zbudowany pomnik własnej doskonałości zaczyna delikatnie pękać.
Nie spektakularnie.
Nie z hukiem.
Najpierw ledwie słyszalnie.
Jak szkło, na którym pojawia się pierwsza rysa.

Autor bardzo sprytnie unika powtarzania schematów. Mógł przecież zaserwować kolejną historię o tym, jak Kuba przechytrza policję, wszystkich dookoła i jeszcze zdąży wypić kawę, zanim ktokolwiek zorientuje się, że właśnie popełniono następne morderstwo. To byłoby łatwe. Bezpieczne. Przewidywalne. Tymczasem autor robi coś znacznie ciekawszego. Każe swojemu bohaterowi spojrzeć przez ramię.

A tam stoi Weronika.

Jeżeli poprzednie tomy czytaliście uważnie, już samo jej nazwisko wystarczy, żeby ciśnienie podskoczyło o kilka punktów. Jeżeli nie… cóż, powiem tylko tyle, że są ludzie, którzy rozwiązują problemy rozmową. Są tacy, którzy idą na terapię. Weronika również chodzi na terapię. Problem polega wyłącznie na tym, że po jej sesjach zostają zwłoki.

Brzmi okropnie?
Ma brzmieć.

I właśnie tutaj autor po raz kolejny pokazuje coś, co od początku było największą siłą tej serii. Nie próbuje zrobić z psychopatów gwiazd rocka ani romantycznych antybohaterów, których trzeba koniecznie usprawiedliwić tragicznym dzieciństwem. Owszem, daje swoim bohaterom przeszłość, tłumaczy ich mechanizmy, pozwala zajrzeć do głowy, ale nigdy nie oczekuje, że czytelnik nagle zacznie im kibicować z czystym sumieniem. Rozumienie nie oznacza przecież rozgrzeszenia.

I bardzo dobrze.

Bo nic mnie tak nie męczy jak thrillery, które na siłę próbują wmówić odbiorcy, że seryjny morderca właściwie jest całkiem sympatyczny, tylko świat go nie zrozumiał. Nie. Kuba jest potworem. Weronika również. Różnią się jedynie sposobem, w jaki oszukują samych siebie.

To fascynujące.

Jeszcze bardziej fascynujące okazuje się jednak obserwowanie Dony. Uwielbiam tę kobietę. Naprawdę. Wchodzi do sceny z papierosem, ciętą ripostą i pewnością siebie, której spokojnie wystarczyłoby dla połowy krakowskiej palestry. Relacja między nią a Kubą dawno przestała przypominać romans. To bardziej przeciąganie liny przez dwoje ludzi przekonanych, że zawsze muszą mieć ostatnie słowo. Czasami odnoszę wrażenie, że oni nie flirtują. Oni prowadzą negocjacje pokojowe przy użyciu złośliwości, seksu i wzajemnego podkopywania ego.

I ogląda się to znakomicie.
Nie dlatego, że jest romantycznie.
Dlatego, że jest niebezpiecznie.

Fabuła rozwija się błyskawicznie, ale nie zamierzam prowadzić was przez kolejne wydarzenia jak przewodnik wycieczki z chorągiewką. To byłaby zwyczajnie zbrodnia na tej książce. Wystarczy wiedzieć jedno. Kuba znowu musi improwizować. A Kuba nie znosi improwizacji. On lubi planować. Przewidywać. Ustawiać ludzi jak figury na szachownicy. Problem polega na tym, że tym razem pionki zaczynają poruszać się bez jego pozwolenia.

I robi się naprawdę ciekawie.

Muszę za to uczciwie przyznać, że Bednarek nadal pisze dokładnie tak, jak pisał od początku cyklu. Nie zamienia się nagle w Umberta Eco. Nie zaczyna budować wielopiętrowych metafor ani filozofować o kondycji współczesnego człowieka. Pisze szybko. Konkretnie. Czasami wręcz bezczelnie. Rozdziały urywają się dokładnie tam, gdzie powinny, dialogi przypominają wymianę ciosów, a napięcie budowane jest tak skutecznie, że człowiek regularnie oszukuje samego siebie słynnym: „Jeszcze tylko jeden rozdział”.
To najbezczelniejsze kłamstwo w historii czytelnictwa.
Bo po następnym rozdziale pojawia się kolejny.
I kolejny.

Aż nagle za oknem robi się jasno, kawa dawno wystygła, a człowiek zastanawia się, czy rozsądniej będzie iść spać na godzinę, czy od razu zrobić śniadanie.

I właśnie za to od dziewięciu tomów wracam do Kuby Sobańskiego. Nie dlatego, że każda część jest literackim objawieniem. Nie dlatego, że autor za każdym razem odkrywa Amerykę. Wracam, bo ten facet opanował do perfekcji sztukę opowiadania historii, przy których rozsądek próbuje protestować, a ciekawość zatyka mu usta poduszką.

Nie będę udawała, że wszystko kupuję bez mrugnięcia okiem. Nie kupuję. Zdarzają się momenty, kiedy przypadek pomaga bohaterom z gorliwością cioci przekonanej, że jeszcze jedna dokładka rosołu nikomu nie zaszkodzi. Bywają sceny, podczas których odruchowo unoszę brew i myślę: „No dobra, Adrian, trochę się rozpędziłeś”. Problem polega na tym, że zanim zdążę się obrazić, autor podrzuca następny rozdział, kolejną rozmowę albo nowy zwrot akcji i cała moja krytyczna postawa kończy żywot szybciej niż przeciętny bohater tej serii.

To jest właśnie największy atut Bednarka. On doskonale zna swoich czytelników. Wie, że nie przyszli na wykład o psychopatii. Nie oczekują rozprawy o etyce. Przyszli po historię, która ma ich połknąć.
I połknęła.
Po raz dziewiąty.

Ogromną robotę robią dialogi. Uwielbiam sposób, w jaki bohaterowie ze sobą rozmawiają. Tutaj niemal każde spotkanie przypomina pojedynek szermierzy, tyle że zamiast szpad mają języki ostrzejsze od noży, które tak chętnie pojawiają się w tej serii. Nie ma rozwlekłych dyskusji o uczuciach ani teatralnych monologów wygłaszanych pod księżycem. Jest złośliwość. Jest napięcie. Jest ciągłe sprawdzanie, kto pierwszy odsłoni gardę.

A Kuba? Cóż… Kuba pozostaje Kubą.

Momentami miałam ochotę potrząsnąć nim z całej siły. Nie dlatego, że jest źle napisany. Wręcz przeciwnie. Dlatego, że jest konsekwentny. Nadal wierzy, że jest najmądrzejszym człowiekiem w każdym pomieszczeniu, do którego wejdzie. Nadal patrzy na ludzi z pobłażaniem godnym cesarza odwiedzającego prowincję. Nadal uważa manipulację za najwygodniejszy język świata. I właśnie dlatego taką satysfakcję sprawiają chwile, kiedy rzeczywistość przypomina mu, że nie wszystko da się zaplanować.

 „Przepiękna blondynka jest jedyną słabością, którą chcę akceptować.”
To jedno zdanie mówi o Kubie więcej niż kilka stron analiz. Autor nie potrzebuje psychologicznych wykładów. Wystarczy kilka krótkich myśli bohatera, żeby czytelnik zrozumiał, że pod całą tą pewnością siebie kryje się człowiek panicznie bojący się utraty kontroli. I właśnie wtedy historia nabiera rumieńców, bo psychopata przekonany o własnej nieomylności jest groźny. Psychopata, któremu grunt usuwa się spod nóg, staje się nieprzewidywalny.

Nie sposób też nie docenić tego, jak autor prowadzi wątki z poprzednich części. To nie jest seria, w której każdy tom można potraktować jak osobną przygodę. Tutaj pamięć czytelnika zostaje nagrodzona. Dawne wydarzenia wracają, stare decyzje zaczynają ciążyć bohaterom, a rzeczy, które wydawały się dawno zamknięte, nagle okazują się początkiem kolejnych problemów. Tak właśnie powinno wyglądać budowanie wielotomowego cyklu.

Czy „Wybór diabła” jest brutalny?
Oczywiście.
Ale ta brutalność nigdy nie sprawiała wrażenia taniego epatowania przemocą. Ona jest wpisana w ten świat od pierwszego tomu. Czytając ksiązki Adriana Bednarka, doskonale wiadomo, że nie trafia się do eleganckiej restauracji z białymi obrusami. To bardziej bar, do którego rozsądny człowiek nie wszedłby po zmroku, ale skoro już przekroczył próg, to zostaje do zamknięcia.

Najbardziej podoba mi się jednak coś zupełnie innego.
Ta seria ma świadomość własnej konwencji.
Nie udaje ambitniejszej, niż jest.
Nie próbuje na siłę zdobywać literackich salonów.
Nie wciska czytelnikowi morałów.
Po prostu daje świetną rozrywkę.
I czasami naprawdę tyle wystarczy.

Po dziewięciu tomach można było spodziewać się zmęczenia materiału. Można było przypuszczać, że autor będzie odcinał kupony od popularności Kuby Sobańskiego. Tymczasem dostałam historię, która znowu przypomniała mi, dlaczego kilka lat temu wsiadłam do tego rozpędzonego pociągu i do dziś nie mam ochoty z niego wysiadać.

Bo Adrian Bednarek potrafi zrobić coś, co w thrillerach jest chyba najcenniejsze. Sprawia, że przewracanie kolejnych stron przestaje być decyzją. Staje się odruchem.
A kiedy zamknęłam książkę, zamiast poczuć ulgę, złapałam się na jednej myśli.
Nie o tym, kto przeżył.
Nie o tym, kto zginął.
Nie o tym, czy wszystkie elementy układanki do siebie pasowały.

Pomyślałam tylko, że Kuba Sobański jest jak wyjątkowo toksyczny znajomy. Rozsądny człowiek dawno powinien zerwać z nim kontakt. Tyle że za każdym razem, kiedy znowu dzwoni telefon, człowiek odbiera niemal odruchowo.
I chyba właśnie dlatego ta seria wciąż działa.
Nie dlatego, że jest idealna.
Dlatego, że cholernie trudno się od niej uwolnić.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *