
Autor: Kalina Jaszczur
Tytuł: Ukojenie
Data premiery: 17.09.2025
Wydawnictwo:Crime Books
Liczba stron: 348
Gatunek: kryminał, sensacja, thriller
„Czasem zbrodnia nie zostawia krwi, tylko milczenie.”
I to właśnie w tym milczeniu, w zawieszeniu pomiędzy krzykiem a ciszą, kryje się serce tej powieści. Kiedy brałam ją do ręki, spodziewałam się mocnego kryminału – śledztwa, twardych dowodów, przesłuchań, intrygi rozpisanej na chłodno jak w policyjnych raportach.
Wydawca zapowiadał „psychologiczny kryminał” i przyznaję, że właśnie tego się spodziewałam. Tymczasem dostałam opowieść, która od kryminału odchodzi dość szybko, by stać się thrillerem psychologicznym, a chwilami wręcz obyczajową opowieścią o stracie, miłości i samotności.
To nie jest książka, która obiecuje trupy ścielące się gęsto i wyrafinowaną układankę logiczną. To jest raczej opowieść o tym, co zostaje w człowieku, gdy życie rozsypuje się na kawałki – o traumie, która nie daje o sobie zapomnieć, o winie, która wgryza się pod skórę, o strachu, którego nie da się przegadać.
Od pierwszych stron towarzyszyło mi poczucie, że autorka zamiast prowadzić śledztwo w tradycyjnym sensie, prowadzi czytelnika przez labirynt emocji swoich bohaterów. Tu zbrodnia nie ma zapachu prochu, tylko smak nieprzespanej nocy i echo wewnętrznego krzyku. I to trzeba powiedzieć wprost – kto liczy na klasyczny kryminał, może poczuć się oszukany. Ale kto potrafi docenić opowieść o psychice człowieka w kryzysie, ten znajdzie tu sporo materiału do rozmyślań.
I tutaj przyznaję: autorka potrafi pisać obrazowo. Krajobrazy, szczegóły codzienności, gesty bohaterów – to wszystko rozgrywa się przed oczami czytelnika jak dobrze skomponowana scena. Na początku miałam poczucie, że czuję zapach jeziora, że słyszę trzask gałęzi pod butami, że uczestniczę w tej ciszy, która powinna zwiastować coś mrocznego. I to naprawdę działało.
Jednak im dalej, tym bardziej zaczynałam się łapać na tym, że napięcie nie rośnie. Opisy, które początkowo robiły wrażenie, z czasem zaczęły nużyć. Było ich po prostu za dużo – zamiast podbijać rytm i dramaturgię, zatrzymywały historię. Kryminał wymaga tempa, stopniowego odsłaniania kolejnych warstw, a tutaj momentami miałam wrażenie, że śledztwo znika w tle, ustępując miejsca psychologicznym rozterkom i obyczajowym obrazkom.
Główną osią fabuły jest śledztwo, które wisi w powietrzu niczym niewidzialna sieć. Ale zamiast mocnych zwrotów akcji, dostajemy powolne odsłanianie emocjonalnych ran bohaterów. Policjant nie jest tu bezbłędnym supergliną, a kobieta, która miała być tylko partnerką w pracy, staje się jego lustrem – odbiciem własnych lęków i wątpliwości. Każde ich spotkanie to bardziej walka z samym sobą niż pogoń za sprawcą.
Autorka świetnie uchwyciła momenty zawieszenia – te chwile, kiedy czas jakby się rozciągał, tracił spójność. W scenach nad jeziorem, we mgle, w rozmowach półgłosem, miałam wrażenie, że rzeczywistość się zaciera, że granica między tym, co dzieje się naprawdę, a tym, co rozgrywa się tylko w głowie bohaterów, jest cieniutka jak włos. To właśnie te fragmenty najmocniej oddziałują – bo zamiast akcji dostajemy duszny klimat niepewności.
To, co mnie poruszyło najbardziej, to wyznania Stefy – jej straty, samotność, pamięć o dziecku, którego nie zdążyła przytulić. To nie są wątki wplecione przypadkowo, one budują całą tkankę emocjonalną powieści. W tle przewija się śledztwo, mafijne porachunki, gra interesów, ale to właśnie jej osobista historia nadaje sens wszystkiemu. Dzięki temu książka nabiera wymiaru intymnego, niemal obnażającego – a ja, jako czytelniczka, poczułam się nie tyle świadkiem zbrodni, ile świadkiem ludzkiego bólu.
Romans? Tak, pojawia się, ale nie dominuje. Jest jak dodatkowa nuta w partyturze – raz subtelna, raz wyraźniejsza – ale nie staje się melodią przewodnią. I dobrze, bo w przeciwnym razie historia straciłaby ciężar, jaki niesie ze sobą thrillerowy fundament. Między bohaterami iskrzy, ale bardziej w cieniu niż w świetle reflektorów. To napięcie emocjonalne, a nie erotyczne, trzyma tutaj w ryzach fabułę.
Czytałam tę książkę z poczuciem, że balansuję na granicy – między rozczarowaniem a zrozumieniem, między tym, czego oczekiwałam, a tym, co faktycznie dostałam. Kryminał, którego szukałam, rozpłynął się gdzieś w mgle. Thriller psychologiczny – owszem, został. A obyczajowa opowieść o samotności, winie i strachu? To właśnie ona wybrzmiała najmocniej.
Dlatego trudno mi oceniać tę powieść według kryteriów gatunkowych. Jeśli weźmiemy ją za kryminał – nie spełnia obietnicy. Jeśli potraktujemy ją jako thriller psychologiczny – wypada solidnie, choć miejscami zbyt rozwlekle. A jeśli uznamy, że to przede wszystkim opowieść o człowieku zmagającym się ze stratą i demonami przeszłości – wtedy robi wrażenie.
Nie ukrywam, że momentami czułam frustrację. Że akcja powinna być gęstsza, że napięcie mogłoby szybciej narastać. Ale były też fragmenty, kiedy odkładałam książkę tylko po to, by złapać oddech, bo emocje stawały się aż nazbyt gęste. To chyba najlepszy dowód, że autorka potrafi uderzyć w czułą strunę.
Na koniec pozostaje pytanie: co zostaje po tej lekturze? U mnie – nie obraz zbrodni, nie scena pościgu, ale echo głosu bohaterki, jej zmęczenie, jej samotność. I to dziwne poczucie, że prawdziwą zbrodnią wcale nie musi być morderstwo.
To nie jest książka dla wszystkich. Nie jest lekka, nie jest typowym kryminałem na weekend. Ale jeśli ktoś ma w sobie cierpliwość, by dać się wciągnąć w świat pełen emocjonalnych zakrętów, jeśli lubi, kiedy fabuła bardziej dotyka serca niż logicznych kalkulacji – znajdzie tu coś dla siebie. I choć mnie samą rozczarowało, że autorka nie dała mi kryminału, na który czekałam, to nie mogę odmówić jej odwagi w pisaniu o tym, co w ludziach najbardziej kruche i bolesne.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
