
Autor: Tokuro Nukui
Tytuł: Krzyk
Data premiery: 12.11.2025
Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 384
Gatunek: kryminał, thriller
Tłumaczenie: Krzysztof Olszewski
„…w sprawach dotyczących córki staję się szaleńcem.”
Ten cytat wraca do mnie jak echo, jak coś, co człowiek niby rozumie w chwili, gdy pada, ale naprawdę zaczyna czuć dopiero wtedy, gdy przeczyta wszystko, co w tej historii wydarzy się później. Nie ma w nim efektowności, nie ma taniej grozy, jest za to coś znacznie gorszego: prawda. Prawda o tym, jak bardzo rodzicielstwo potrafi wypchnąć człowieka poza własne granice – a jeśli dodasz do tego śmierć dziecka, poczucie winy i system, który bardziej dba o pozory niż o ludzi, to otrzymujesz mieszankę wybuchową, w której szaleństwo przestaje być metaforą, a zaczyna być wyjściem awaryjnym, z którego bohater korzysta z tragiczną konsekwencją.
I od razu Wam powiem, że ta książka nie jest nastawiona na komfort czytelnika, nie pieści go zagadką do rozwiązania ani nie prowadzi za rękę ścieżką klasycznego śledztwa, w którym znasz zasady i możesz się bawić w detektywa. Ból w tej książce wypłukuje wszystko: moralność, rozum, godność i resztki przywiązania do świata żywych. Zostaje człowiek, który kiedyś był ojcem, a teraz jest już tylko pustą skorupą, gotową uwierzyć w kabałę, sektę i czarną magię, byleby ktoś mu obiecał, że można cofnąć czas i oddać mu pięcioletnią córkę z powrotem.
Fabuła prowadzona jest dwutorowo. W naprzemiennych rozdziałach poznajemy mężczyznę – początkowo anonimowego, zagubionego, pogrążonego w smutku po tragicznej stracie – oraz Saekiego, oficera wydziału śledczego, który próbuje rozwikłać serię porwań małych dziewczynek. Brzmi jak klasyczna konstrukcja kryminału: masz sprawcę i masz śledczego, a pomiędzy nimi sieć tropów, błędów, intuicji i napięć. Ale autor robi rzecz zaskakującą – nie prowadzi nas do linearnej prawdy. Zamiast tego, im dłużej czytamy, tym wyraźniej widzimy, że w tej opowieści ważniejsze od „kto” jest „dlaczego” i „jak daleko człowiek potrafi się posunąć, kiedy świat odbiera mu to, co kocha najmocniej”.
W tle tego wszystkiego – Tokio. Ale nie to widoczkowe Tokio z neonami i sushi na taśmie. Tu mamy Tokio duszne, nieco klaustrofobiczne, z osiedlami, gdzie ludzie udają, że się znają; z przedszkolami, których mikrospołeczności potrafią być okrutniejsze niż jakakolwiek sekta; z mediami, które karmią się strachem; z policją, która musi pokazywać twarz twardszą niż marmur, nawet wtedy, kiedy fundamenty tego marmuru zaczynają pękać.
Zresztą – sekty. To temat, który mnie w tej książce absolutnie zmiótł, bo autor nie robi z tego taniej sensacji, tylko pokazuje, jak niezwykle łatwo sekta potrafi wślizgnąć się w czyjeś życie, jeśli trafi na odpowiedni moment, odpowiednią ranę, odpowiedni brak. I wcale nie musi być egzotyczna, ubrana w pomarańczowe szaty czy karmiąca mantrami. Może być zwyczajna, cicha, obiecująca ukojone sumienia, odpowiedź na pytania, sens tam, gdzie zostaje tylko pustka. Może mieć w sobie kabałę, numerologię, czarną magię – ale przecież nie to jest najważniejsze. Najważniejsza jest wiara, że „można to odwrócić”, że śmierć nie musi być końcem, że istnieje rytuał, metoda, liczba, która otworzy drzwi do tego, co zostało utracone. I kiedy czytałam te rozdziały, przypominałam sobie rzeczywiste historie, gdzie sekty robią dokładnie to: zastępują rodzinę, instytucję, logikę i zdrowy rozsądek. Patrząc na to z europejskiej perspektywy, łatwo byłoby zbyć całą historię wzruszeniem ramion: kolejny „szaleniec z sekty”, kolejna egzotyka z Kraju Kwitnącej Wiśni, gdzie wszyscy grzecznie chodzą w garniturach, a potem nagle odjeżdżają w stronę apokaliptycznych wizji. Ale ta książka bardzo niegrzecznie odmawia dania nam tego komfortu. Bo im głębiej wchodzimy w motyw sekty, tym bardziej widać, że to nie jakiś potwór spoza systemu, to system wypluł tego człowieka, wyprał go z emocji, zwinął jego żałobę w ciasny kłębek winy i zostawił na progu byle jakiej religijnej fabryki cudów. W tym sensie sekta jest tu bardziej lustrem niż wrogiem: odbija wszystko, czego oficjalne struktury nie potrafią zrobić z ludzkim cierpieniem.
Właśnie to mnie w tej książce najbardziej poruszyło. Bo im dalej brniesz, tym bardziej widzisz, że tu nie ma dobrych i złych ludzi. Są tylko ludzie, którym świat odmówił pomocy albo zrobił to tak chłodno, że jedyne, co im zostało, to przylgnąć do czegokolwiek, co brzmi jak odpowiedź. Śledztwo prowadzone przez Saekiego w pewnym momencie przestaje być zawodowym obowiązkiem – staje się spiralą winy, strachu, paranoi i… desperacji.
Poruszyło mnie to, jak precyzyjnie autor pokazuje mechanizm japońskiego wstydu. Nie tego ładnego, z podręczników kulturoznawstwa, tylko tego codziennego, który przerabia dzieci w narzędzia ostracyzmu. Eriko wraca z przedszkola zapłakana, bo inne dzieci, karmione w domu medialną papką o „złym policjancie”, znęcają się nad nią z tą bezrefleksyjną okrutnością, na jaką stać tylko maluchy, którym dorośli podrzucili gotową etykietkę. Ojciec jest „tym złym”, więc córka staje się workiem treningowym.
I tu wracamy do kultury japońskiej, bo to też nie jest przypadek. W Japonii wstyd potrafi być bardziej dotkliwy niż kara. To, co mówią sąsiedzi, co myśli społeczność, co powtarzają dzieci – potrafi zniszczyć człowieka szybciej niż jakiekolwiek formalne postępowanie. W tej książce to czuć na każdym kroku: presję, żeby utrzymać pozory; presję, żeby nie wychylać się z emocjami; presję, żeby udawać, że „jest dobrze”, nawet kiedy wszystko wysypuje się z worka jak rozsypany ryż. I ta presja, choć z pozoru pięknie opakowana w japońską uprzejmość, jest jednym z tych niewidzialnych, a piekielnie ostrych noży, które przecinają ludzi od środka.
Czytając to, czułam narastającą bezsilność, bo każda decyzja Saekiego, każdy jego krok, każda próba racjonalizacji jest jak chodzenie po cienkim lodzie. A autor robi coś absolutnie genialnego: pozwala nam obserwować i śledczego, i mężczyznę „z tamtych rozdziałów”, ale nigdy nie mówi wprost, jak bardzo ich drogi się splatają. Zaczynasz się domyślać, podejrzewać, czuć, że prowadzi cię za rękę, ale nie dlatego, żebyś rozwiązała zagadkę, tylko żebyś weszła w umysł człowieka po stracie.
I gdybym miała ci powiedzieć, co jest największą siłą tej książki, to jest to sposób w jaki autor pokazuje, że człowiek nie pęka w chwili tragedii. On pęka długo po niej, krok po kroku, gest po geście, decyzja po decyzji. I kiedy już widzisz, dokąd to wszystko prowadzi, zaczynasz rozumieć, że to zdanie, w którym mężczyzna mówi o „staniu się szaleńcem”, nie jest ostrzeżeniem ani wyznaniem. To jest diagnoza. Ale wypowiedziana o kilka miesięcy za późno.
Okamoto, podkomisarz, który zaczyna łączyć kropki, wchodzi do tej historii jak spóźnione sumienie. On nie jest tym policjantem, który „wie”, on jest tym, który zaczyna podejrzewać, że logika kryminalna nie wystarczy, żeby wytłumaczyć, co się dzieje. Zaczyna badać sektę, kabałę, rytuały – nie dlatego, że sam wierzy w magię, tylko dlatego, że wie, że ktoś inny wierzy. I ta jego desperacka próba przedarcia się przez absurd do prawdy jest jedną z najbardziej ludzkich rzeczy w tej historii. Zresztą, to właśnie on powtarza, że „czasem Bóg musi być zły”, kiedy patrzy na zbieżność imion, liczb i rocznic. I wiesz co? W jego ustach to nie brzmi patetycznie. To brzmi jak zwykłe, ludzkie „nie ogarniam, jak świat może pozwolić na coś takiego”.
I tu wracamy do tego, o czym mówiłam na początku: ta książka nie daje ci niczego łatwego. Ani zakończenia, które domyka sprawę. Ani pocieszenia. Ani kary, która byłaby adekwatna. Ani bohatera, który może podnieść głowę i powiedzieć: „zrobiłem, co do mnie należało”. Ona zostawia cię dokładnie tam, gdzie zostawia Okamoto – z jednym pytaniem, które ciąży jak kamień: czy naprawdę można było to zatrzymać? I dlaczego nikt nie potrafił pomóc temu człowiekowi zanim… no właśnie. Zanim stał się szaleńcem.
To jedna z tych książek, które czytasz i czujesz, jak coś cię wewnętrznie drapie. A im bardziej próbujesz zdystansować się ironią, tym bardziej wchodzisz w tę historię jak w zimną wodę. Bo to nie jest thriller, który ma cię bawić. To jest thriller, który ma tobą wstrząsnąć – nie brutalnością scen, tylko tym, jak blisko ludzkich słabości trzyma się narracja. I jeśli miałabym ci doradzić coś na koniec, to tylko tyle: przeczytaj to powoli. Bo to nie jest historia o potworze. To jest historia o człowieku. A to, jak wiadomo, zawsze porusza bardziej.
Wiesz, czytając to wszystko, miałam wrażenie, że oglądam japoński teatr nō – ruchy są powolne, maski niezmienne, a każdy gest waży więcej niż słowa. I w tej oszczędności, w tej ciszy, w tym powstrzymywaniu emocji kryje się potężna siła. Bo emocje, kiedy w końcu wypływają, nie potrzebują krzyku. One bolą przez sam fakt, że były długo powstrzymywane.
Kiedy zamknęłam książkę, zostałam z jednym zdaniem, które autor nigdzie wprost nie napisał, ale które unosi się nad całą opowieścią:
„Nie ma potworności większej niż ból, którego nikt nie chciał wysłuchać na czas.”
I może właśnie to jest dla mnie najważniejsze: że ta historia jest jednocześnie potężna – bo dotyczy zbrodni, sekt, śledztwa, mediów, społecznej paniki – i intymna, bo sprowadza się do jednego człowieka, jednego dziecka, jednego momentu, w którym świat przestał być światem.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

[…] https://www.zbrodnienawidelcu.pl/krzyk-tokuro-nukui/ […]