
Autor: S.J. Lorenc
Tytuł: Koniec mapy
Data premiery: 26.02.2025
Wydawnictwo: Wydawnictwo Mięta
Liczba stron: 336
Gatunek: sensacja, thriller
„…Nazywam się Rajmund Jeskow i jestem doktorem paleobiologii. Co to takiego? Było uważać na lekcjach…”
Zaczynasz „Koniec mapy” i czujesz od razu, że nie będzie lekko. I chwała autorowi, że nie próbuje nas oszukiwać w tej mrocznej podróży. Od pierwszej strony książka wciąga jak wir – walizka, próbki biologiczne, ucieczka przed śmiercią, a tu jeszcze doktor Jeskow, który wydaje się wiedzieć za dużo. Co to za cholerna sprawa?
Po chwili nie masz wyjścia – musisz iść za tym wszystkim, nie ma opcji. I nie będzie łatwo.
To pozycja, która nie bierze jeńców. Wciąga w lodowate objęcia Arktyki, tasuje wątki niczym wytrawny szuler i dorzuca szczyptę naukowego horroru, który mógłby sprawić, że Stephen King popatrzyłby na nią z uznaniem. Ta książka jest jak ukryta pod wieczną zmarzliną bomba biologiczna – im dalej brniesz, tym większa szansa, że coś wybuchnie.
I to dosłownie.
Akcja dzieję się dwutorowo:
Z jednej strony mamy załogę jachtu „Moskwa” – polscy turyści, którzy w pogoni za ekstremalnymi emocjami przekraczają wszelkie granice zdrowego rozsądku. Zainwestowali w wyprawę, myśląc, że jacht i adrenalina wystarczą, by poczuć smak przygody.
A z drugiej zespół naukowy z Pyramiden – rosyjscy badacze zafascynowani głęboką zmarzliną, którzy grzebią tam, gdzie natura postanowiła zatrzymać czas. Ich zadaniem jest odkrywanie tajemnic arktycznej przeszłości, co czyni ich eksplorację równie ambitną, co niebezpieczną.
Jacht „Moskwa” nigdy nie powinien zbliżyć się do Pyramiden. Naukowcy nigdy nie powinni otwierać tego, co znaleźli. Ale los skrzyżował ich ścieżki i sprawił, że amatorzy ekstremalnych wakacji wpadli prosto w epicentrum koszmaru.
Już w pierwszych rozdziałach czuć, że to nie będzie powieść, która dba o twoje poczucie komfortu. Wręcz przeciwnie – to taki thrillerek, który nie boi się brutalnie rzucać cię w wir wydarzeń. Dramatyczne sytuacje, nieudolna załoga jachtu, kłótnie jak w „Big Brotherze”, a ty zastanawiasz się, co jeszcze może się spieprzyć, bo wiesz – jak coś ma się schrzanić, to się schrzani.
I tu przychodzi to, co autorowi wyszło naprawdę dobrze: bohaterowie. Są tak nieudolni, że aż prawdziwi. Bo kto nie zna tych typów, którzy w obliczu katastrofy zaczynają szukać winnych, zamiast działać? Każdy z nich zmienia się z biegiem wydarzeń, a niektóre te zmiany są tak naturalne, że aż człowiek ma ciarki. Chociaż przyznam, że przez długi czas nie byłam w stanie z żadnym się zżyć. Ale wtedy… potem… ta zmiana, ku*wa, ta zmiana!
No i mroczność tej historii – bo to nie tylko chaos na jachcie, ale i apokaliptyczna wizja. Epidemia, bakterie, które mogą zniszczyć świat – co za klimat! I to wszystko na śmierdzącym jachcie, z zagubionymi w gównianych( dosłownie) relacjach bohaterami. Nic nie jest łatwe, a z każdą stroną sytuacja robi się coraz bardziej beznadziejna. To nie jest książka, która cię głaszcze po głowie. Tu się nie ma co trzymać nadziei.
Mamy tu grupę nie do końca ogarniętych, ale za to ambitnych ludzi, którzy uparli się, by odkryć tajemnice jednego z najbardziej niegościnnych miejsc na Ziemi – Svalbardu. Wśród nich Rajmund Jeskow, doktor paleobiologii, który pewnie wolałby spokojnie dłubać w zmarzlinie, ale los (czytaj: autor) postanowił wrzucić go w wir wydarzeń przypominających “The Thing” Carpentera.
Wszystko zaczyna się stosunkowo niewinnie – badania nad mikroorganizmami, które przespały tysiące lat w lodzie. Ale jak to zwykle bywa, człowiek nie powinien grzebać w rzeczach, które natura zamknęła na cztery spusty. Bo kiedy już coś się obudzi, to nie po to, by żyć z nami w symbiozie.
Nie ma tu miejsca na nudę. Dialogi są ostre jak bryły lodu dryfujące po Oceanie Arktycznym. Wulgaryzmy? Są. Ale nie dla efektu – one podbijają autentyczność bohaterów. Autor nie oszczędza nikogo – ani postaci, ani czytelnika, ani nawet historii, bo mocno wplata wątki o nazistowskich stacjach meteorologicznych, zimnowojennych eksperymentach i Globalnym Banku Nasion.
Czy warto?
“Koniec Mapy” to dosłowny koniec mapy – moment, w którym zaczyna się terra incognita. Dla czytelnika oznacza to jedno: wchodzisz tu na własne ryzyko.
I gwarantuję – nie będziesz chciał wracać.
Svalbard. Ostatnia granica cywilizacji, miejsce, gdzie nawet misie polarne zastanawiają się, co je podkusiło, żeby się tu urodzić.
Nie ma tu heroicznych postaci z żelaza, są ludzie – głupi, mądrzy, przerażeni, wściekli, czasem zabawni, czasem tragiczni. Jak w życiu.
Czy polecam? Tak. Jeśli lubisz thrillery, które nie boją się być brudne, które rzucają cię w mroczne zakamarki ludzkich zachowań i apokaliptyczne wizje, to jest to książka dla ciebie. Jeśli oczekujesz jednak gładko napisanej powieści z cukierkowymi bohaterami, lepiej idź szukać gdzie indziej. „Koniec mapy” to kawałek porządnej rozrywki, pełnej adrenaliny, mroku i bezkompromisowego realizmu.
A ta scena z niedźwiedziem polarnym na pomoście w Pyramiden?
Serio? Kto pisze takie rzeczy?
Po prostu ciary.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
