
Autor: Robert Ziębiński
Tytuł: Czarny staw
Data premiery: 16.04.2025
Wydawnictwo: Wydawnictwo Mięta
Liczba stron: 288
Gatunek: literatura młodzieżowa
„…Ona po prostu za nim tęskni. Cały czas tęskniła. I chyba w ten sposób chciała pozbyć się bólu.”
I to jest moment, w którym „Czarny Staw” przestaje być dla mnie horrorem.
Przestaje być legendą, czarną wodą, uskokiem w ziemi i lasem, który – jakby od niechcenia – uśmiecha się szyderczo. Staje się opowieścią o tęsknocie. O milczeniu, które potrafi zabetonować relacje na długie lata. O bólu, który przybiera formę chłodu.
Kamil, po rozstaniu się rodziców, wraz z mamą przeprowadza się do babci, do Czarnego Stawu – miasteczka, które brzmi jak nazwa z lokalnej legendy, a nie miejsce na mapie. Zamiast luzu i wakacyjnej beztroski dostaje chłodny dom babci, napięcie między nią a jego mamą i aurę miejsca, o którym wszyscy mówią półgłosem. Jest staw – ciemny, niezmierzony, owiany historią, której nikt do końca nie chce badać.
Jest paczka przyjaciół. Jest młodzieńcza ciekawość. Jest to charakterystyczne „sprawdzimy sami”, które zawsze kończy się przekroczeniem granicy. Tajemnica stawu zaczyna wciągać coraz mocniej, a atmosfera gęstnieje z rozdziału na rozdział.
Nie ukrywam – ta książka mnie zachwyciła. I nie, nie tylko dlatego, że autor nie daje wytchnienia, że potrafi prowadzić tempo tak, iż kolejne rozdziały połykasz szybciej niż zdążysz zaparzyć herbatę. Zachwyciła mnie, bo pod powierzchnią mroku i tajemnicy pulsuje coś znacznie bardziej niebezpiecznego niż legenda o czarnej wodzie – pulsują emocje.
Ziębiński pisze tak, że nie można przestać czytać. To nie jest sztucznie napompowane napięcie, to nie jest tani trik. To jest opowieść snuta z wyczuciem, z rytmem, z pełną świadomością, kiedy przyspieszyć, a kiedy przytrzymać czytelnika w pół kroku. Wciąga jak wir. A ja, kobieta dorosła, rozsądna, z listą rzeczy do zrobienia i obowiązkami, siedziałam jak zaczarowana i mówiłam sobie „jeszcze jeden rozdział”, po czym orientowałam się, że minęła godzina.
Ale to nie groza była dla mnie najważniejsza.
Najmocniej uderzył mnie wątek babci Kamila. Hanna Jura – kobieta lodowata, zdystansowana, z pozoru niezdolna do czułości. Taka, która zamiast przytulić, lodowatym tonem informuje o zakazach. Zamiast wyjaśnić – ucina rozmowę. Zamiast powiedzieć „bolało mnie”, wybiera milczenie. I przez pół książki czytasz ją jak antagonistkę domowej skali, jak Królową Śniegu, która zamroziła wszystko, co żywe.
A potem pojawia się pamiętnik.
I wszystko zaczyna się kruszyć.
Czytając fragmenty dziennika, czułam autentyczne dławienie w gardle. Nie metaforyczne. Fizyczne. To uczucie, kiedy próbujesz przełknąć ślinę, a ona nagle waży tonę. Bo nagle okazuje się, że chłód nie jest brakiem miłości. Jest jej zdeformowaną, zbyt długo tłumioną formą. Że za dystansem stoi tęsknota. Że za twardością stoi strach przed rozpadem.
Kiedy pada „kłamiesz” – to nie jest tylko oskarżenie. To jest pęknięcie. To jest chwila, w której wieloletnie tłumienie emocji wybucha. I nie ma w tym melodramatu. Jest surowość. Jest prawda. Łzy babci odbite w lustrze – to dla mnie jeden z najmocniejszych momentów tej książki.
„Ona po prostu za nim tęskni. Cały czas tęskniła.”
To zdanie rozłożyło mnie bardziej niż jakakolwiek scena grozy. Bo tęsknota w tej książce nie jest sentymentalna. Ona jest niszcząca. Jest czymś, co zmienia ludzi w wersję siebie, której sami nie rozpoznają.
To nie jest tylko rodzinny konflikt. To jest rozpad mitu. To jest chwila, w której dziecko widzi, że dorośli nie są ze stali. Że są z krwi i lęku.
Najbardziej jednak uderzyło mnie oczyszczenie relacji między członkami rodziny – babcią, córką i wnukiem stojącym pomiędzy nimi. Ten proces nie jest spektakularny. Nie ma tu patetycznych przemówień ani teatralnych przeprosin. Jest rozmowa. Niedokończona. Zawieszona. Odłożona na „kiedyś”.
I to „kiedyś” boli najmocniej.
Jest coś niezwykle prawdziwego w tym, jak Ziębiński pokazuje międzyludzkie reakcje. Nie idealizuje. Nie wygładza. Mama Kamila jest rozdarta między lojalnością wobec syna a nierozliczoną historią z matką. Babcia jest dumna, ale pęknięta. Kamil – jeszcze chłopiec, ale już wystarczająco dojrzały, by widzieć więcej, niż powinien.
I ja, czytając to wszystko, przestałam być recenzentką. Zostałam córką. Zostałam wnuczką. Zostałam dorosłą kobietą, która wie, jak długo potrafi się nosić w sobie niewypowiedziane słowa.
„Dorośli dziwnie podchodzą do tego, co nienazwane” – pada w pewnym momencie.
I dokładnie tak jest. Zamiatamy pod dywan. Milczymy. Udajemy, że przeszłość się zatarła. A ona nie znika. Ona tylko zmienia formę.
Czarny Staw jako miejsce jest symbolem – czarnym, nieprzeniknionym, przyciągającym. Ale prawdziwa czerń tej historii jest w tym, co latami przykryte. W decyzjach podejmowanych „dla dobra wszystkich”. W milczeniu, które miało chronić. Dla mnie prawdziwą czernią była cisza między tymi kobietami. Ta wieloletnia, gęsta jak smoła, niewyjaśniona.
I dlatego wzruszyłam się bardziej, niż bym chciała przyznać. Ja, która czyta thrillery i horrory z chłodną głową, nagle siedziałam z wilgotnymi oczami nad sceną, w której mama trzyma czarno-białe zdjęcie i mówi przez łzy: „To ja. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj.”
To nie jest strach. To jest pamięć.
A pamięć bywa groźniejsza niż jakakolwiek legenda.
Oczywiście – warstwa przygodowa działa znakomicie. Paczka przyjaciół, napięcie, atmosfera wakacji podszytych czymś więcej niż nudą. To wszystko ma tempo, ma energię, ma świeżość. Czuć w tym hołd dla opowieści o dzieciakach kontra tajemnica, ale bez kopiowania, bez kalki. To żyje własnym rytmem.
Jednak dla mnie sercem tej książki nie był staw. Była relacja. Była próba zrozumienia. Było oczyszczenie.
Nie będę spojlerować, nie będę rozkładać finału na czynniki pierwsze. Powiem tylko tyle: zamykając książkę, nie czułam adrenaliny. Czułam ulgę. Taką cichą, intymną ulgę, że coś zostało nazwane. Że coś się przesunęło. Że trzy pokolenia przestały mówić obok siebie, a zaczęły – choćby nieporadnie – mówić do siebie.
I wiesz co? To mnie rozwaliło.
Bo można pisać o demonach. Można pisać o czarnej wodzie. Można budować napięcie do granic.
Ale pokazać tęsknotę tak, by dorosła kobieta zamknęła książkę i przez chwilę siedziała w ciszy – to już jest sztuka.
Dlatego tak niecierpliwie zerkam w stronę „Wiłej”. Bo chcę wrócić do Kamila i jego paczki. Chcę zobaczyć, jak dorastają. Chcę sprawdzić, czy relacje, które zaczęły się tu oczyszczać, wytrzymają próbę czasu. Bo „Czarny Staw” to nie tylko zamknięta historia. To początek czegoś większego.
I jeśli kontynuacja utrzyma ten poziom emocji, to ja wchodzę w to bez wahania.
Bo mrok mrokiem, legenda legendą – ale to ludzkie serce bije w tej książce najgłośniej.
„Czarny Staw” mnie wciągnął. Porwał. Nie pozwolił odłożyć książki.
Ale przede wszystkim – wzruszył mnie w miejscu, w którym wcale nie spodziewałam się wzruszenia.
I to jest największa siła tej historii.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
