
Autor: Dr. Łukasz Wroński
Tytuł: W umyśłe mordercy. Cień bestii
Data premiery: 24.04.2024
Wydawnictwo: Skarpa Warszawska
Liczba stron: 368
Gatunek: psychologia sądowa, kryminologia, reportaż kryminalny
„Nie bójcie się, bo przecież nic wam nie grozi. Przecież jesteście bezpieczni. W swoim domu. W biały dzień… Prawda…?”
Wiesz, co zrobiłam? Otworzyłam Legimi, zupełnie bez planu. Ot, klasyczny wieczór: „zobaczę, co tam mają” – i nagle wpadł mi w oko tytuł, który pachniał chłodem piwnic, szorstkością sznura i wilgocią starych gazet z relacjami o zbrodniach. „Cień bestii”.
Brzmi pretensjonalnie? Może. Ale weszłam w to bezwiednie – i przepadłam. Na całą noc. Bez przerw, bez przewracania oczami, bez ziewnięć. A teraz? Teraz siedzę i próbuję wyciągnąć z siebie coś więcej niż: „weź to przeczytaj, bo naprawdę warto”.
Dr Łukasz Wroński zrobił coś, co – nie ukrywajmy – jest sztuką. Wziął temat wielokrotnie wałkowany, wyeksploatowany i podany na tysiąc sposobów, i ułożył go tak, że chciałam jeszcze. Ba, ja potrzebowałam jeszcze. To nie jest typowa literatura faktu, w której musisz się przedzierać przez paragrafy jak przez gąszcz, a autor wyziera zza każdej linijki, żeby pochwalić się cytatem z podręcznika DSM. Tu jest inaczej: mamy strukturę, mamy narrację, mamy pomysł.
Trzy bloki tematyczne – seryjni mordercy seksualni, mordercy emocjonalni i psychopatyczni zabójcy bez żadnych hamulców.
I między nimi? Ty. Czytelniczka, która próbuje pojąć, jak można jednocześnie podziwiać intelekt autora i wstrzymywać oddech przy opisie profanacji zwłok.
Brzmi strasznie? I dobrze. Ma tak brzmieć.
Cień niejednej bestii.
Najpierw dostajesz nekrofilów, kanibali, wampiry i sadystów, którzy dawno temu zrezygnowali z człowieczeństwa, choć z zewnątrz wyglądali, jakby mogli sąsiadowi kosiarkę pożyczyć. Edmund Kolanowski, Karol Kot, Denke, rzeźnik z Nabuszewa – wchodzą jeden po drugim i rozsiadają się w Twojej głowie. Nie ma tu zbyt rozwlekłych opisów, nie ma analiz jak z doktoratu, ale jest wystarczająco dużo, by ci zjeżyły się włoski na karku.
A może to tylko przeciąg?
Pewnie tak.
Potem przychodzą ci, których motywacja nie wynika z popędu, tylko z emocji – albo raczej z ich braku. Zemsta, obsesja, krzywda wyniesiona z dzieciństwa – to już mniej spektakularne, mniej seksualne, ale nie mniej przerażające. I tak, może jest tu mniej szczegółów, może autor nie grzebie aż tak głęboko w ich dziecięcych lękach, ale zarys? Jest. Wystarczający, by poczuć niepokój.
I właśnie wtedy, kiedy myślisz, że już wszystko przeczytałaś, że teraz możesz wrócić do świata, że żadna kolejna historia cię nie ruszy – autor odpala epilog.
O, epilog to już zupełnie inna rozmowa.
Bo ten tekst, niby spokojny, niby refleksyjny, niby „podsumowujący”, zamienia się w coś w rodzaju literackiego sabotażu psychicznego. Najpierw łagodnie, niemal czule pyta, gdzie jesteś. Czy czujesz się bezpiecznie. Czy możesz już zgasić światło. A potem powoli, bez ostrzeżenia, zaczyna przesuwać granice twojej percepcji. Opowiada o mężczyźnie w parku, który mógł robić zdjęcia ptakom. A może nie ptakom. Może tobie. O szmerze na dole, o klamce, o samochodzie, który zwalnia obok ciebie, o ręce, która się wyciąga. O dwóch dziewczynkach, których nigdy nie odnaleziono. O rodzinach, które spały spokojnie, zanim młotek wyciszył wszystko na zawsze.
I wtedy naprawdę się boisz.
Bo nie jesteś już w książce. Jesteś u siebie. Na swojej ulicy. W swoim łóżku. Ze świadomością, że świat nie jest bezpieczny. Że zło nie ma śladu po sobie. Że może właśnie teraz ktoś, o kim myślisz, że jest „w porządku”, planuje coś, czego nie da się później cofnąć.
I jeśli po takiej końcówce nadal myślisz, że jesteś bezpieczna – wróć na początek. Bo Twoja lekcja rzeczywiście się jeszcze nie skończyła.
„Gdy będziecie już zasypiać, nic nie zmąci waszego spokoju, bo przecież nic wam nie zagraża, racja? Tylko… tylko to skrobanie w szybę na dole.”
To nie jest epilog. To osobna historia. Cicha, szeptana groźba. Sugestia, że zło, o którym czytałaś, nie zamknęło się w książce. Ono właśnie spojrzało ci przez okno.
Dobrze, ale nie idealnie
No to teraz moment dla marudzenia, bo nie byłabym sobą. Czy wszystko tu zagrało? Nie. Momentami jest zbyt skrótowo, jakby autor chciał zmieścić za dużo w zbyt małej przestrzeni. Niektóre opisy brzmią znajomo, bo pewne frazy się powtarzają. A może to tylko echo tych samych zbrodni, schematów, lęków? Może. Ale miałam niedosyt. Chciałam więcej o ofiarach. Więcej o śledztwach. Więcej o tym, co naprawdę działo się w głowie kata.
Brakowało mi też głębszego profilu psychologicznego – poza wstępem i kilkoma momentami, gdzie Wroński tłumaczy różnice między seryjnym a wielokrotnym mordercą, czy wspomina o mechanizmach kontroli. Fajnie, że to jest, tylko dlaczego tak mało? Przecież autor zna się na tym jak mało kto. A jednak większość to fakty, relacje, skróty. Dobre skróty, ale jednak skróty.
Z jednej strony: świetnie, bo ta książka staje się przystępna, nawet dla tych, którzy dopiero wchodzą w temat. Z drugiej: jeśli zęby zjadłaś na „Mindhunterze”, „Rozmowach z mordercami” albo polskich sprawach z Archiwum X, to możesz poczuć, że to tylko przystawka.
Ale czy polecam? Nie tylko polecam. Namawiam.
„Cień bestii” to książka, która nie epatuje krwią dla samej krwi, ale nie unika jej, kiedy trzeba. Nie demonizuje sprawców, ale też ich nie tłumaczy. To nie jest wybielanie morderców, to pokazanie, że nie każdy potwór ma rogi. Czasem ma ładnie przycięty zarost i sączy kawę w tej samej kawiarni co ty. A czasem czyta książkę, siedząc cicho w tramwaju. A ty siedzisz obok.
„Władza. Władza to właśnie to, do czego zostałem powołany. Władza absolutna, władza nad życiem i śmiercią.”
I niech ci się ta władza przyśni, jeśli odważysz się zasnąć po tej lekturze.
Na koniec?
Zamknęłam książkę i przez chwilę słuchałam ciszy. Ale takiej naprawdę gęstej. Zdałam sobie sprawę, że niektóre z opisanych tu historii wydarzyły się nie w Stanach, nie w Rosji, tylko kilkaset kilometrów stąd. Albo jeszcze bliżej.
Polecam. Zrób sobie herbatę, zgaś światło. I spróbuj nie oglądać się za siebie.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
