Recenzje

„Kamienne miasto” – Mariolina Venezia

 

Autor: Mariolina Venezia
Tytuł: Kamienne miasto

Data premiery: 28.06.2024
Wydawnictwo: Noir sur Blanc
Liczba stron: 211
Gatunek: kryminał

Tłumaczenie: Krzysztof Żaboklicki

„Czasem najwięcej mówi ten, kto nie odezwał się ani razu.”

Kamienne miasto, czyli jak bardzo trzeba mieć dość, żeby w końcu coś zrozumieć

 

Jest coś obrzydliwie fascynującego w prowincjonalnym spokoju. Ten niby-święty, niby-sielski spokój to w gruncie rzeczy doskonale wypracowana umiejętność trzymania języka za zębami – nie z kultury, tylko z rozsądku. Z lęku. Z przyzwyczajenia. A potem przyjeżdża ona. Imma Tataranni. I wszystko zaczyna brzęczeć, jakby ktoś włożył widelec do gniazdka.

„Kamienne miasto” to nie kryminał z checklisty, tylko reportaż emocjonalny z Bazylikaty, tyle że z ciałem w rowie i bohaterką, która nie znosi żadnej z dwóch rzeczy: ignorancji i obcasów niższych niż siedem centymetrów.

Nie ma tu klasycznego napięcia – jest napięcie miejsca. Nie ma niespodziewanych zwrotów akcji – ale są nieoczekiwane westchnięcia, znaczące spojrzenia i układy tak ciasno splecione, że Matera mogłaby nimi oplatać stada owiec. A jednak czytasz to z zaangażowaniem większym niż przy niejednym amerykańskim thrillerze – bo w tej książce każde słowo niesie ciężar kamienia, a każda cisza brzmi jak akt oskarżenia.

Imma, lat 43, kobieta niewysoka, z burzą kędzierzawych włosów, szpilkami wbitymi w bruk i pamięcią, która nie pozwala nikomu się wywinąć. Nie buduje relacji – ona je demontuje. Nie pyta, tylko domaga się.

Imma nie jest bohaterką, którą się bezwarunkowo lubi. Jest impulsywna, złośliwa, potrafi krzyczeć i przeklinać. Ale jednocześnie jest boleśnie prawdziwa – w swoich obawach, w frustracji wobec układów i nierówności, w uporze, który pozwala jej drążyć aż do samego jądra sprawy. „Krzyczy, klnie i pamięta WSZYSTKO” – i to właśnie dzięki niej historia ma moc. Nie ma czasu na konwenanse, na kawę z dwoma uśmiechami – w jednej dłoni niesie akta, w drugiej espresso, a trzecią ręką (która istnieje tylko metaforycznie, ale bardzo skutecznie) pokazuje światu środkowy palec. Ona wchodzi na scenę nie jak ktoś, kto przeprasza za swoje istnienie, ale jak kobieta, która doskonale wie, że będzie nie do zniesienia. I wcale jej to nie przeszkadza.

Kiedy pierwszy raz ją spotykamy, stoi na palcach w urzędzie, próbując wyjrzeć przez za wysoko zamontowane okno i w myślach przeklina architektów. To jedno zdanie wystarczy, żeby wiedzieć, że nie mamy do czynienia z klasyczną bohaterką kryminału. Bo Imma nie wygląda jak detektyw ani nie zachowuje się jak urzędniczka. Ona przypomina bardziej sycylijską matkę chrzestną i włoską nauczycielkę w jednym, z przewagą tej drugiej. Ubrana jak z paryskiej witryny, ale z energią rozgrzaną do czerwoności. Chuda jak natchnienie, ostry nos, mocno zarysowana szczęka, wysokie obcasy, czerwone paznokcie i spojrzenie, które wbija się w rozmówcę jak skalpel. Zimna, dopóki nie zacznie mówić. A potem już nie przestaje.

Bo Imma mówi. Za dużo. Za głośno. Za ostro. I nigdy nie mówi tego, co wypada. Mówi to, co trzeba. Albo to, czego nikt nie chce usłyszeć. W świecie południowych Włoch, gdzie elegancja oznacza milczenie, a savoir-vivre to sztuka udawania, że się nie widzi, Imma działa jak słoń w sklepie z porcelaną – który zna katalog produktów lepiej niż właściciel.

To ona zostaje wezwana, gdy w prowincji Nova Siri ktoś znajduje ciało młodego chłopaka porzuconego w przydrożnym rowie jak bezużyteczny przedmiot. Z pozoru: banalna, może nawet przypadkowa śmierć. Ale nie dla niej. Dla Immy to ktoś, kto mógłby być jej dzieckiem, nastoletnią córką, która właśnie kończy zajęcia w szkole, gdzie młodzi przeżywają swoje pierwsze tragedie, pierwsze nienawiści, pierwsze momenty nieśmiertelności. I właśnie w tej chwili ten trup przestaje być tylko materiałem dowodowym. Staje się lustrem. Strachem. Hipotetyczną przyszłością.

Tym bardziej istotne staje się to, że Imma nie działa jak typowy prokurator z zimnym nosem do faktów. Ona działa przez emocje. Przez złość. Przez lęk o córkę, której dorastanie niepokojąco przypomina jej samej dojrzewanie do świata zbyt brutalnego, by ufać komukolwiek. Relacja Immy z nastoletnią córką to w tej powieści emocjonalny rdzeń – napięcie między „wiem, co dla ciebie dobre”, a „muszę cię puścić wolno, chociaż mnie to rozdziera”. Czuć tam irytację, wzajemne niezrozumienie, tę codzienną frustrację każdej matki, która jednocześnie chce chronić i udusić.

Nie ma tu ckliwości. Nie ma rozdzierania szat. Jest konkret: pytanie, zniecierpliwienie, cichy gest, którego nikt nie zauważa. Imma wie, że nie ochroni córki przed światem. Ale może chociaż dowiedzieć się, co tak naprawdę ten świat robi z młodymi, kiedy przestajemy patrzeć.

Nieprzypadkowo najlepsze sceny powieści rozgrywają się właśnie w tej napiętej przestrzeni pomiędzy byciem urzędniczką a byciem matką. Między zebraniem faktów a próbą zrozumienia własnego dziecka, które dorasta na granicy świata niewinności i przemocy.

A jednak w tym wszystkim nie ma ani grama fałszu. Bo Imma nie jest twarda dlatego, że taka się urodziła. Jest twarda, bo taka musiała się stać.

Bazylikata, szczególnie Matera – to nie Neapol, Rzym czy Mediolan. To miejsce, które pamięta ubóstwo, przesiedlenia, choroby, gdzie pamięć o hańbie narodowej – Sassi – jest żywa i niewypowiedziana. Miejsce, gdzie nic nie mówi się wprost, a wszystko dzieje się po cichu: zdrady, układy, milczenie. Gdzie każdy zna każdego, ale nikt nikomu nie ufa. I tylko Imma, jak z innej gliny, wbija się w ten pejzaż jak błąd systemu. I właśnie dlatego jest skuteczna. Nie pasuje – i nie chce pasować. Dlatego widzi. I dlatego wszyscy woleliby, żeby zamilkła. Ale ona uparcie prowadzi swoje śledztwo, powoli, czasem wbrew logice, czasem tylko po nitce intuicji. Bo to nie jest thriller z pościgami. To kryminał, w którym najważniejsze dzieje się przy stole – w rozmowie, w spojrzeniu, w niedopowiedzianym „no wiesz…”.

Nie nosi się pod linijkę, nie mówi jak z sądowego podręcznika, za to potrafi zagonić do roboty całe policyjne miasteczko i wywlec na światło dzienne to, co inni woleliby zakopać – najlepiej razem z kilkoma beczkami niemieckiego toksycznego dziadostwa.

I nie żartuję z tymi beczkami.

Bo śledztwo, które zaczyna się od śmierci chłopaka i paru dziwnych telefonów, prowadzi w głąb ziemi – tej ziemi, co miała rodzić rukolę i sałatę, a rodzi strach.

Venezia pisze o południowych Włoszech tak, że czuć sól i piach między zębami. Pisze o kraju, który wygląda jak z folderu, ale od środka rozkłada go chciwość, strach i przekonanie, że lepiej się nie wychylać. W tym sensie „Kamienne miasto” to nie tylko kryminał – to list miłosny do Matery, ale taki, który nie idealizuje, tylko kocha mimo wszystko. Z całym tym brudem, z polityką jak z kabaretu i ludźmi, którzy potrafią sprzedać swoje wartości za bezcen.

Tak, dobrze przeczytaliście.

Wątek Rosario Festy jest jednym z tych, które rozrywają czytelnika od środka. Ojciec chłopaka, który zostaje zamordowany. Facet, który nie wie, jak się mówi „kocham cię”, za to umie przełknąć kamień winy i iść dalej. I nie, to nie jest tania emocjonalna zagrywka. To się dzieje powoli, w cieniu tych wszystkich zależności i układów, aż w końcu Imma słyszy od niego: „Niektórym łatwiej przyznać się do zabójstwa, niż powiedzieć: kocham cię.”

Zaciska się wtedy gardło.

A zaraz potem znowu słyszysz stukot jej szpilek. Bo Imma nie stoi w miejscu, nawet jeśli całe miasteczko by chciało. „Obcasy pani wiceprokurator stukały jak kastaniety.” I kiedy dochodzenie zaczyna przeszkadzać zbyt wielu ludziom, a prokurator Malatesta dzwoni z tonem, który zna już na pamięć – wiadomo, że trzeba wyciągnąć pazury. Nawet jeśli ktoś właśnie kluczem porysował jej twingo i napisał na nim „kolej na Twoją twarz”.

A teraz najlepsze.

Imma, ta cała ascetyczna, zapracowana, zmęczona światową głupotą kobieta, raz w miesiącu idzie z mężem na obiad do teściów. I tam, na stole, pojawiają się calzoni – słodkie i słone, z twarogiem i szpinakiem, z twarogiem i cynamonem, posypane skórką z cytryny. Czytasz to i czujesz, że to TEN moment, że to nie tylko jedzenie. To tlen, jedyny luksus w jej życiu, który nie mierzy się kontem w banku. Ten kontrast – pomiędzy śledztwem pełnym trupów i skażonej ziemi, a ciepłymi calzoni parującymi na talerzu – to majstersztyk.

Bo tu o to właśnie chodzi: życie nie składa się tylko z akt sprawy. Składa się też z tego, że przez chwilę możesz zapomnieć, że jesteś w miejscu, które było „piekielnym kręgiem”, potem „wstydem narodowym”, a teraz atrakcją z folderu UNESCO. Możesz zjeść coś, co nie pochodzi z toksycznej ziemi, możesz posłuchać ciszy, zanim znowu zadzwoni telefon.

Styl Marioliny Venezii w tej powieści przypomina smak oliwy: z początku niepozorny, lekko cierpki, ale zostający długo na języku. Pisze oszczędnie, bez wodotrysków, ale z ogromnym wyczuciem rytmu narracyjnego. Świetnie oddaje mentalność miejsca, gdzie nawet pogoda ma swoje układy, a kamienie Matery pamiętają więcej niż ludzie. Venezia wie, że czasami najgłośniejszy krzyk to ten, który nigdy nie wybrzmiał. I daje Immie prawo, by wreszcie go wykrzyczeć.

„Kamienne miasto” nie zadowoli tych, którzy lubią strzelaniny co 10 stron. Ale da czytelnikowi coś, co zostaje w środku: kobietę z krwi, potu i rozczarowania. Morderstwo, które boli realnie, nie tylko jako zagadka. I miasto – nie jako tło, ale jako partner, przeciwnik i świadek.

To powieść o zbrodni, która rani bardziej, gdy dotyczy nas samych.

O tym, że czasem, żeby dojść do prawdy, trzeba mieć więcej odwagi niż empatii.

I o tym, że są kobiety, które nie pytają, czy mogą mówić głośno.

One po prostu mówią.

I nie da się ich nie słyszeć.

A najważniejsze: Imma Tataranni zostaje z tobą długo po ostatniej stronie. Nie dlatego, że jest idealna. Właśnie dlatego, że nie jest. Bo kiedy patrzy na mężczyznę, który nie potrafił przyznać się do miłości, ty wiesz, że ta historia jest o czymś więcej niż śmierć i prawo.

To historia o tym, jak cholernie trudno być człowiekiem.

 


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *