Recenzje

„Kolekcjoner strzał” – Cristian Perfumo

Autor: Cristian Perfumo
Tytuł: Kolekcjoner strzał

Data premiery: 15.04.2024
Wydawnictwo: Autornia
Liczba stron: 232
Gatunek: kryminał, sensacja, thriller

 Tłumaczenie: Piotr Jarco

 

„…W kwestii niewinności pozory często mylą…”

 

Już się nauczyłam, że nazwisko Perfumo na okładce oznacza jedno – Argentynę tak namacalną, że czujesz na języku kurz Patagonii, i kryminał tak nietypowy, że nawet nie próbuj zgadywać, o co tu chodzi, bo i tak się pomylisz. Ale też wiem, że nie każdy jego tytuł odpala z miejsca jak silnik odrzutowca. Czasem trzeba przebrnąć przez kilka stron nieśpiesznego dreptania, zanim pojawi się moment, w którym wciąga cię po uszy. I tak właśnie było z „Kolekcjonerem strzał”.

Tempo śledztwa na początku książki przypominało bardziej audyt księgowy niż dynamiczne dochodzenie w sprawie brutalnego morderstwa. Laura Badía – znana z późniejszego tomu „Zbrodnie na lodowcu” ( tutaj możesz przeczytać recenzję – https://www.zbrodnienawidelcu.pl/zbrodnie-na-lodowcu-cristian-perfumo/  ) tu jeszcze nie jest tą bohaterką, którą pokochałam. Trochę błądzi, trochę się miota, a trochę po prostu siedzi i rozważa nad sensem istnienia.

Ale. I tu wjeżdża to moje ulubione ALE z literacką smugą światła.

Bo wystarczy, że Laura znajdzie pod szafką grot strzały – niepozorny, błyszczący, jakby spadł z czyśćca między historią a legendą – i nagle w tej ospałej narracji otwiera się zupełnie inna książka. Archeologia. Tehuelczowie. Opale z Amazonii. Groty, które wyglądają jak krople skondensowanego światła. I wtedy wszystko, co dotąd było przykurzoną narracją, staje się absolutnie fascynujące.

Perfumo robi tu coś, co bardzo cenię – nie traktuje przeszłości jako tła, ale jako głównego bohatera. Nie chodzi tylko o to, że strzały mają pięć tysięcy lat i były rzeźbione w kamieniu przewleczonym przez kontynent jak relikwie po apokalipsie. Chodzi o to, jaką aurę wokół nich zbudowano. Jednym zdaniem: „Strzały przyciągają śmierć.” I już jesteś w połowie przekonana, że to nie są zwykłe przedmioty. To niemal artefakty z uniwersum Indiany Jonesa, tylko że opisane tak sensualnie, że zamiast śmiechu pojawia się dreszcz.

Grot znaleziony na miejscu zbrodni „miał kształt łzy, a padające na niego światło tworzyło opalizujące refleksy”. Dziękuję, dobranoc – literatura, nie broszura muzealna.

No i nie zapominajmy o profesorze Castro – archeologu tak zakorzenionym w pasji, że gdy mówi o grotach, masz wrażenie, jakby referował swoje największe życiowe namiętności. Nie kobiety, nie whisky, nie futbol – kamień – i to taki! Kamień, który mówi więcej niż niejeden świadek koronny. Castro to postać, która idealnie balansuje między uczonym a mistykiem. Ma w sobie coś z Indiany Jonesa, ale z duszą stypendysty z Buenos Aires i zmęczeniem człowieka, który zbyt długo wpatruje się w przeszłość i wie, że nikt za nią nie zapłaci tyle, ile naprawdę jest warta.

A skoro już o pieniądzach mowa – w tej książce kolekcja Panasiuka (czyli zestaw piętnastu mistycznych strzał z opalu, zbieranych przez pokolenia) staje się czymś na pograniczu mitu i waluty. To trochę jak Mona Lisa świata litycznego – każdy słyszał, nikt nie widział, a jak już ktoś ma jedną strzałę, to zachowuje się, jakby wygrał życie. I choć Perfumo nie mówi tego wprost, między wersami aż krzyczy pytanie: Co jesteś w stanie poświęcić dla rzeczy, które mają wartość tylko dlatego, że ktoś kiedyś im ją nadał?

I tu pojawia się temat, który u Perfumo uwielbiam – moralna nieoczywistość. Niby masz zbrodnię, niby śledztwo, niby winnych. Ale żaden z nich nie pasuje do stereotypu mordercy czy złodzieja. Wszystko jest rozmazane jak odcisk buta w błocie. A największy emocjonalny ciężar nie leży w krwi, tylko w tym, kto i dlaczego przekroczył granicę między pasją a obsesją.

Warto też zatrzymać się na chwilę przy jednym z najbardziej malowniczych momentów tej książki – wyprawie Laury i Castro do lodowca Perito Moreno. Wiele rzeczy Perfumo robi dobrze, ale gdy pisze o lodzie, skale i pustce, jest jak rzeźbiarz słów. Widzisz tę sinusoidalną ścianę lodu, czujesz zapach zimna, słyszysz trzask pękającej bryły. A kiedy pada zdanie: „Ten lodowiec to jeden z nielicznych na świecie, które się nie cofają” – to nie jest tylko informacja geograficzna. To symbol. I metafora. Bo w tym świecie, w którym wszystko się rozpada, ten jeden kawałek lodu idzie pod prąd. Twardo. Jak Laura. Jak prawda.

Nie mam wątpliwości, że dla wielu czytelników ta książka może być mniej efektowna niż „Zbrodnie na lodowcu”. Bo tu nie dostajesz fajerwerków na dzień dobry. Dostajesz śledztwo rozkręcające się jak silnik diesla w mroźny poranek i bohaterkę, która więcej analizuje niż działa. Ale w zamian dostajesz archeologiczną perłę, soczystą mitologię, legendę przekutą w napięcie i świat, który wymyka się z ramy klasycznego kryminału.

I może dlatego to książka, która nie musi być szybka, by była ważna. Nie musi wciągać na każdej stronie, by zostawić ślad głęboko w głowie. To powieść o tym, jak łatwo można się zatracić, kiedy granica między wiedzą a pożądaniem staje się zbyt cienka. O tym, że przeszłość, jeśli się ją zbyt natarczywie wydobywa, potrafi ugryźć. A czasem ukłuć – grotem, który nie powinien nigdy trafić do cudzej ręki.

I jeszcze jedno. „Kolekcjoner strzał” to nie tylko kryminał, to kapsuła z czasem, która spadła w środek współczesnego śledztwa. Przecinasz współczesność laserami i plikami PDF-ów, a nagle wpadasz na kawałek historii sprzed pięciu tysięcy lat i musisz zadać sobie pytanie: co naprawdę ma znaczenie – dowód w sprawie, czy legenda, którą w sobie nosi?

Nie wiem jak Ty, ale ja nie mogłam przestać googlać Tehuelczów i ich liticzną sztukę. A to znaczy, że Perfumo zrobił swoje. 🙂

 

 


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

1 komentarz

  1. Karolina says:

    ❤️

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *