
Autor: Karin Fossum
Tytuł: Zaćmienie
Data premiery: 17.07.2024
Wydawnictwo: World Audio Publishing International
Liczba stron: 339
Gatunek: kryminał, sensacja, thriller
Tłumaczenie: Joanna Barbara Bernat
„…Mówią, że tylko Ci, którzy ośmielają się łamać zasady, są w stanie coś osiągnąć…”
Wyobraź sobie, że budzisz się rano, czując na dłoni ciepło małej stópki. Twoje dziecko leży obok, wciąż śpi, pachnie snem i bezpieczeństwem. Jest między tobą a twoim mężem, jeszcze chwilę temu byliście rodziną – może nie idealną, może poranioną, ale przecież jednak rodziną. A potem patrzysz na balkon. I widzisz jego – ojca twojego dziecka – trzymającego wasze dziecko nad barierką. I już wiesz, że nigdy więcej nie obudzisz się w tym samym życiu.
„Zaćmienie” Karin Fossum nie zaczyna się jak klasyczny kryminał, bo to nie jest kryminał, to jest piekło w trzech aktach:
Akt pierwszy – Zbrodnia,
Akt drugi – Zaćmienie,
Akt trzeci – Cudowne nic.
W samym środku – niemowlę, Elias, czternastomiesięczny chłopiec, który spada z balkonu siódmego piętra hotelu. Nie wiemy, czy został zrzucony, nie wiemy, czy wypadł sam, ale wiemy jedno: nie żyje. A jego rodzice, Sylvi i Mile, żyją dalej i to ich życie po – niekoniecznie życie z – jest osią całej tej książki.
Fossum nie oferuje nam sensacji, nie daje rozwiązań, nie wręcza czytelnikowi szkła powiększającego, by bawić się w detektywa. Zamiast tego wrzuca nas w środek tragedii, która nie ma jednoznacznej przyczyny i nie prowadzi do żadnego oczyszczenia. Obserwujemy ludzi, którzy stają przed największym możliwym bólem i nie są w stanie go udźwignąć, więc zaczynają go rozrzucać wokół siebie, niszcząc wszystko, co jeszcze zostało. Oboje – matka i ojciec – zostają przesłuchani. Oboje składają wyjaśnienia. Oboje są przekonani, że to drugie jest winne. I oboje – jak się okazuje – nie są postaciami, które można łatwo pokochać ani łatwo potępić.
Sylvi, zbyt pewna siebie, zbyt dobrze skonstruowana w swoim bólu, opowiada historię, która brzmi aż nazbyt logicznie. Łzy spływają jej po twarzy, drżą jej dłonie, ale każde słowo wypowiada jak dobrze nauczoną lekcję. Jej wersja wydarzeń – emocjonalna, obrazowa, niemal literacka – przekonuje. Do czasu. Bo potem pojawiają się szczegóły, które zmieniają ton: alkohol, nieobecność, zaniechanie, wcześniejsze wybuchy. I wtedy w głowie czytelnika coś się przesuwa. Przestajesz wiedzieć, co myślisz. Przestajesz ufać.
Mile natomiast to milczenie. To chłód. To wycofanie tak skrajne, że aż podejrzane. Ale to również smutek, który nie zna słów. Mężczyzna, który być może nigdy nie potrafił powiedzieć „kocham”, teraz nie potrafi powiedzieć „żałuję”. Albo „rozumiem”. Albo „byłem tam”. Albo w ogóle cokolwiek. Sejer, inspektor prowadzący sprawę, nie ocenia – tylko obserwuje. I widzi, że w tym mężczyźnie coś się zapadło. Że być może nie jest winny, ale na pewno jest złamany.
I wtedy dzieje się coś, czego nie spodziewa się nikt – ani postaci, ani czytelnik. Śledztwo zostaje umorzone. Brak dowodów. Brak świadków. Brak możliwości jednoznacznego ustalenia przebiegu zdarzeń. I tak oto mamy trupa, mamy dwoje podejrzanych, mamy dziesiątki wersji wydarzeń i… brak winnego. Elias umarł, a jego śmierć nie zostaje nikomu przypisana. Sprawiedliwość, której być może nigdy nie było, na pewno się tu nie objawi.
Ale to dopiero połowa historii.
Bo Fossum nie zostawia nas w momencie zakończenia sprawy. Nie zamyka powieści aktem sądowym i wyrokiem. Zamiast tego pokazuje, co się dzieje potem. Kiedy człowiek zostaje sam ze sobą. Kiedy prawo nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, ale sumienie nadal je zadaje. Pokazuje nam Sylvi i Milego po umorzeniu. Dwoje ludzi, którzy wracają do swoich codzienności – ale nie potrafią już w nich zamieszkać. Sylvi, pozornie silniejsza, pozornie pogodzona, próbuje dalej żyć. Mile – coraz bardziej zamknięty, coraz bardziej gorzki, coraz bardziej pogrążony w czymś, co trudno już nazwać żałobą, a łatwiej – obsesją. Nie potrafi zrozumieć, jak ona mogła się tak szybko pozbierać. Jak mogła żyć dalej, jak mogła się śmiać, jak mogła… zapomnieć.
I wtedy w tej dusznej przestrzeni między dwojgiem ludzi zaczyna narastać coś niepokojącego. Fossum nie musi niczego mówić wprost – wystarczy spojrzenie, scena z fotografią, jedno pytanie zadane półgłosem. Czy ona naprawdę cierpi? Czy naprawdę żałuje? A może coś ukrywa? A może to on ukrywa coś przed sobą?
Recenzując „Zaćmienie”, nie sposób mówić o tej książce bez emocji. To nie jest powieść, którą się czyta – to opowieść, którą się przeżywa. Fossum nie pozwala się zdystansować. Każde jej zdanie jest jak pęknięcie szkła: ciche, ale nieodwracalne. W tej historii nie ma czerni i bieli. Są tylko odcienie szarości. Ludzie zranieni, pokręceni, oszukani przez własne emocje. Matka, która może nie była wystarczająco uważna. Ojciec, który może nie był wystarczająco obecny. I dziecko, które po prostu przestało istnieć.
Komisarz Sejer – cichy, doświadczony, wycofany – staje się tu lustrem, w którym odbija się cała nasza niepewność. Bo on sam nie wie. Nie wie, komu wierzyć. Nie wie, czy w ogóle jeszcze można wierzyć. Jedyne, co wie, to że prawda niekoniecznie zapisana jest w aktach. Czasem prawda leży głęboko pod skórą, w oddechu, w błysku w oku, w geście zbyt szybkim albo zbyt późnym. I że czasem prawdy nie da się odzyskać.
Nie opowiem Ci, co dzieje się dalej – bo Fossum nie po to prowadzi nas przez ten mrok, żeby oświetlać go reflektorem. Powiem tylko, że końcówka tej książki – nie zdradzając nic – wchodzi pod skórę. I zostaje tam jak drzazga.
Fossum napisała rozprawę o miłości, która gubi się w alkoholu i chorobie, O dzieciach, które stają się kartami przetargowymi w rozpadającej się rodzinie.
„Zaćmienie” to nie jest historia o zbrodni. To historia o tym, co się dzieje, kiedy nikt nie potrafi przyjąć odpowiedzialności. O tym, że najgorsze cierpienie nie zawsze przychodzi z ręki oprawcy – czasem przychodzi z naszej własnej bezsilności.
I że czasem największym dramatem nie jest to, że ktoś zginął, ale że nikt nie został ukarany.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
