
Autor: Sandrone Dazieri
Tytuł: Zabić ojca
Data premiery: 06.04.2022
Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 626
Gatunek: kryminał, thriller
Tłumaczenie: Aneta Banasik
„Świat jest skośną ścianą z szarego cementu. Świat to stłumione dźwięki i echa.”
Pomyślcie przez chwilę, jak mały musi być świat, żeby dało się go zmierzyć rozpiętością dziecięcych ramion. Żeby klapka w ścianie decydowała o tym, czy dziś dostaniecie jedzenie, czy karę. Żebyście nie wiedzieli, co jest za betonem, dopóki pewnego dnia nie zauważycie w nim szpary.
Chłopiec stoi na palcach i zagląda przez szczelinę w betonowej ścianie. Po drugiej stronie po raz pierwszy od dawna widzi kolory: zieleń, błękit, czerwony dach. Przez krótką chwilę świat okazuje się większy niż miejsce, w którym został zamknięty. Potem na łące pojawia się mężczyzna, którego chłopiec musi nazywać „Ojcem”.
Tak Sandrone Dazieri otwiera „Zabić ojca”. Nie daje nam na początek trupa, policyjnego raportu ani nazwiska podejrzanego. Zamyka nas z przerażonym chłopcem w silosie i pozwala spojrzeć na świat przez szczelinę w ścianie. Ten widok trwa krótko, ale zostaje pod powiekami na długo.
Wystarczyło mi tych kilka stron, żeby przypomnieć sobie, dlaczego kocham Sandrone Dazieriego. Dwa lata temu czytałam „Zabić ojca” po raz pierwszy. Mam jednak pewną przypadłość: fabuły potrafią mi ulecieć z pamięci niemal doszczętnie. Bywa to irytujące, zwłaszcza kiedy próbuję komuś opowiedzieć o książce, którą podobno uwielbiam, a w głowie mam kilka obrazów i wielkie, wymowne nic. Przy dobrych książkach moja dziurawa pamięć bywa całkiem przyzwoitym prezentem. A ja naprawdę potrzebowałam takiego prezentu. Ostatnie lektury mocno mnie intelektualnie zmęczyły. Miałam ochotę usiąść z kryminałem, który porwie mnie od pierwszych stron i pozwoli myśleć dlatego, że jestem ciekawa, a nie dlatego, że próbuję z mozołem ustalić, co autor właściwie chciał mi powiedzieć. Dazieri podał mi dokładnie to, czego szukałam. Tyle że zamiast spokojnego wieczoru dostałam chłopca w silosie, zaginione dziecko i własne serce tłukące się gdzieś w okolicach gardła.
Na obrzeżach Rzymu podczas rodzinnego pikniku znika chłopiec. Jego matka zostaje odnaleziona martwa. Do sprawy włącza się Colomba Caselli, policjantka, która sama próbuje pozbierać się po tragedii. Pomaga jej Dante Torre, niegdyś „chłopiec z silosu”, dziś dorosły mężczyzna żyjący z pamięcią o latach odebranych mu przez człowieka, którego nazywał „Ojcem”. Pewien ślad sprawia, że dawna historia zaczyna niepokojąco przypominać tę obecną.
Tyle powinniście wiedzieć przed lekturą. Cała reszta smakuje najlepiej wtedy, kiedy odkrywa się ją samemu.
Wiecie, co u Dazieriego działa na mnie najmocniej? To, że pod ogromną, misternie rozpiętą intrygą ani na chwilę nie gubi człowieka. Dante mógłby zostać efektownym bohaterem z niezwykłą przeszłością, kimś, kto pojawia się, wypowiada błyskotliwą uwagę i rozwiązuje zagadkę, zanim policjanci zdążą zaparzyć kawę. Ale ten człowiek niesie swoją przeszłość w ciele. W oddechu, który nagle się urywa. W lęku przed zamknięciem. W potrzebie kontrolowania przestrzeni, której kiedyś nie mógł opuścić. Kiedy przypominasz sobie chłopca wspinającego się do szpary w betonie, inaczej patrzysz na dorosłego Dantego stojącego przed zwykłymi drzwiami.
Colomba także ma za sobą coś, czego nie da się zostawić w pracy razem ze służbową legitymacją. Podoba mi się, że Dazieri pozwala jej być jednocześnie silną, upartą, wściekłą i przerażoną. Nie wygładza jej, żeby łatwiej było ją polubić. Daje jej za to Dantego, który potrafi doprowadzić ją do szału, a potem zobaczyć w niej coś, czego ona sama nie chce już oglądać. Ich rozmowy mają pazur. Ich wzajemna troska pojawia się ostrożnie, czasem niemal wbrew nim. Im dalej idą razem, tym bardziej zależy mi na nich obojgu, niezależnie od tego, jak bardzo chcę poznać odpowiedź na pytanie, kto stoi za porwaniem.
Przy tej książce naprawdę można poczuć, jak zmienia się powietrze. Dazieri potrafi zacisnąć scenę do rozmiaru zamkniętego pomieszczenia, by za chwilę otworzyć ją na głośny, brudny Rzym, pełen ludzi zajętych własnym życiem. Potrafi zatrzymać wzrok na drobiazgu, który budzi niepokój, choć jeszcze nie rozumiesz dlaczego. A kiedy przyspiesza, robi to tak, że łapiesz się na czytaniu coraz szybciej, jakby od tempa przewracania stron zależał czyjś los.
Podoba mi się również sposób, w jaki układa tę opowieść. Wraca do wydarzeń sprzed lat, zmienia perspektywy, pokazuje fragmenty historii, których znaczenia jeszcze nie znamy. Czytasz, zapamiętujesz obraz albo gest, idziesz dalej. Dopiero później rozumiesz, dlaczego autor kazał ci się przy nim zatrzymać. Właśnie za takie chwile uwielbiam kryminały: za moment, kiedy coś nagle trafia na swoje miejsce i jednocześnie odsłania pytanie, którego wcześniej nawet nie umiałaś zadać.
Jest tu przemoc. Są sceny, które potrafią zaboleć. Najmocniej zapamiętałam jednak dziecięcą próbę zobaczenia nieba. Dazieri nie potrzebuje w tej chwili wielkich słów o wolności. Wystarcza szpara w ścianie i chłopiec, który na czubkach palców próbuje dosięgnąć świata. To jeden z tych obrazów, które wracają do mnie już po odłożeniu książki. Myślę wtedy o tym, jak łatwo odebrać komuś poczucie bezpieczeństwa i jak długo człowiek musi potem uczyć się, że drzwi mogą prowadzić także na zewnątrz.
Lubię Sandronego Dazieriego. Wiedziałam o tym, zanim ponownie otworzyłam „Zabić ojca”. Po tej lekturze przypomniałam sobie dokładnie dlaczego. Dał mi świetnie poprowadzony kryminał, bohaterów, o których się martwiłam, i historię, która nie kończy się w mojej głowie wraz z ostatnią stroną. Dał mi też coś, czego ostatnio bardzo mi brakowało: tę niecierpliwą radość z czytania.
Jeśli więc zapytacie mnie, czy warto wrócić do książki, której zakończenie być może kiedyś się znało, odpowiem bez wahania. Warto. Zwłaszcza do tej. Moja herbata znowu wystygła. Chłopiec przy betonowej ścianie znowu został ze mną.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

