
Autor: Marcin Firmanty
Tytuł: Szeptem o nas
Data premiery: 22.07.2026
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 306
Gatunek: literatura obyczajowa
„Nie wszystko, co zostało powiedziane, zostało usłyszane”.
To zdanie mogłoby unieść całą tę opowieść, ponieważ w „Szeptem o nas” najważniejsze jest właśnie to, co przez lata nie zostało nazwane, czego nie umiano przyjąć albo czego zwyczajnie nie chciano usłyszeć, choć padało między ludźmi wystarczająco wyraźnie. Tomek wraca do rodzinnego Bukowca na pogrzeb babci Marii, a wraz z nim wracają sprawy, które miały pozostać bezpiecznie oddalone o setki kilometrów: chłód rodziców, wspomnienie odrzucenia, tęsknota za jedyną osobą, przy której nie musiał niczego udowadniać, oraz dom, w którym po śmierci właścicielki nadal czuje się jej obecność, jakby dopiero wyszła do ogrodu i za chwilę miała wrócić z naręczem ziół.
Początek naprawdę ma w sobie obietnicę historii, w której realizm niepostrzeżenie odsunie się o krok, pozwalając wejść czemuś starszemu, ciemniejszemu i wymykającemu się rozsądkowi, ponieważ Maria nie była jedynie kobietą znającą właściwości roślin, lecz szeptuchą, strażniczką wiedzy przekazywanej półgłosem i osobą pozostawiającą po sobie znacznie więcej niż pożółkły zielnik. W jej zapiskach Tomek odnajduje ślady cierniowca, niezwykłej rośliny otwierającej przejście ku temu, co powinno pozostać po drugiej stronie. Pojawia się również tajemnicza Strażniczka, a dom zaczyna przechowywać nie tylko rzeczy po zmarłej, lecz także pytania, których nie da się już zamknąć w szufladzie razem z jej notatkami.
Gdyby ta opowieść odważyła się pójść za własną tajemnicą, mogła stać się duszną historią o żałobie, pamięci i cenie zaglądania za granicę, której człowiek nie powinien przekraczać. Tym bardziej że autor stworzył dla niej bardzo wdzięczną przestrzeń: niewielką miejscowość, stary dom, zielnik, leśną polanę, suszone rośliny oraz babkę, której miłość nie kończy się wraz ze śmiercią. Ten świat ma zapach, kolor i temperaturę, a w kilku scenach potrafi nawet wzbudzić delikatny niepokój, szczególnie wtedy, gdy to, co nadprzyrodzone, nie zostało jeszcze wyjaśnione i można wierzyć, że za kolejnymi drzwiami czeka coś większego niż odpowiedź wygodnie przygotowana na potrzeby finału.
Niestety właśnie w chwili, kiedy historia powinna zacisnąć palce na czytelniku, jej uścisk słabnie, ponieważ fabuła nie rozwija się tak intensywnie, jak zapowiadają to pierwsze odkrycia, a kolejne rozdziały coraz częściej zastępują zdarzenia rozmowami o zdarzeniach, emocje ich wielokrotnym nazywaniem, natomiast wewnętrzną przemianę bohaterów zapewnieniami, że właśnie się dokonuje. Nie potrzebuję pościgów, trupów w piwnicy ani diabła wyskakującego z zielnika, żeby pozostać w opowieści, jednak nawet najspokojniejsza proza wymaga ruchu, który nie musi odbywać się w świecie zewnętrznym, lecz powinien prowadzić człowieka ku nowemu rozpoznaniu. Tymczasem tutaj Tomek długo obraca w dłoniach te same uczucia, a narracja ogląda je z każdej strony, chociaż po pewnym czasie nie odsłania już niczego, czego wcześniej nie wiedzieliśmy.
Żałoba, poczucie winy, potrzeba akceptacji i lęk przed ponownym zranieniem wracają w niemal niezmienionej postaci, przez co zamiast nabierać ciężaru, stopniowo go tracą, jak słowo powtarzane tak długo, aż pozostaje po nim jedynie dźwięk. Trudno mi było wejść głęboko w emocje Tomka nie dlatego, że są niewiarygodne, lecz dlatego, że powieść nie pozwala im po prostu zaistnieć, tylko niemal natychmiast zaczyna je objaśniać, dopowiadać i podkreślać, jakby cisza mogła zostać źle zrozumiana, spojrzenie przeoczone, a drżenie dłoni wymagało przypisu informującego, co dokładnie w tej chwili czuje bohater.
Zbyt łagodnie rozchodzą się również konflikty rodzinne, chociaż to właśnie brak akceptacji ze strony bliskich miał być jedną z najgłębszych ran Tomka i powodem, dla którego opuścił Bukowiec. Nie oczekiwałam kolejnego dramatu budowanego na cierpieniu ani finału, w którym bohater musi zapłacić za prawo do bycia sobą, lecz pogodzenie wymaga czegoś więcej niż kilku zdań wypowiedzianych w odpowiednim momencie, szczególnie jeśli wcześniej zbudowano z niego fundament całej ucieczki.
Podobny niedosyt pozostał po części nadprzyrodzonej. Tajemnica zostaje nazwana, lecz nie przeżyta do końca, zagrożenie pojawia się, ale nie zostawia po sobie wyraźnych konsekwencji, rytuał domknięcia nie dostaje należnego mu miejsca, a deklaracja Tomka, że podejmie dzieło babci, brzmi jak początek książki, którą z ogromną ciekawością przeczytałabym zamiast kilku ostatnich, uspokajających wszystko rozdziałów. Najciekawsze drzwi zostają uchylone tylko po to, aby opowieść odwróciła od nich wzrok i zajęła się porządkowaniem uczuć, choć właśnie za nimi mogło znajdować się jej prawdziwe serce.
Najtrudniej było mi jednak pogodzić się z językiem, ponieważ autor bardzo często rozbija narrację na krótkie, dwu- lub trzywyrazowe zdania, które użyte od czasu do czasu mogłyby wyostrzać napięcie, lecz powtarzane z niemal identyczną regularnością stają się manierą. Kolejne akapity układają się według podobnego rytmu: czegoś nie było, coś nie miało znaczenia, coś okazywało się czymś więcej, cisza nabierała ciężaru, słowa zawisały pomiędzy bohaterami, a czytelnik otrzymywał serię drobnych puent tam, gdzie bardziej naturalnie zabrzmiałoby jedno pełne, dobrze poprowadzone zdanie.
Najwyraźniej słychać to pod koniec, gdy droga bohatera zostaje zamknięta słowami: „Bukowiec był jego domem. Oskar jego przyszłością. Maria przeszłością”, które nie pozostawiają miejsca na półton, skojarzenie ani własną interpretację, lecz rozstawiają znaczenia w równym szeregu i podpisują każde z nich, żeby przypadkiem nic nam nie umknęło. Podobne konstrukcje wracają w książce tak często, że tracą zamierzoną siłę, a styl, który zapewne miał być oszczędny, poetycki i pełen niedopowiedzeń, osiąga skutek odwrotny, ponieważ mówi niewielkimi porcjami, lecz mówi bez przerwy, tłumacząc nawet te emocje, które scena zdążyła już pokazać.
Rozumiem również, dlaczego podczas lektury może pojawić się podejrzenie, że tekst był wspomagany przez sztuczną inteligencję, ponieważ powtarzalne konstrukcje, mechaniczne paralelizmy, podobny sposób budowania puent i niemal jednakowy głos wielu postaci budzą dziś określone skojarzenia. Nie wiem jednak, w jaki sposób ta książka powstawała, dlatego nie zamierzam zmieniać czytelniczego wrażenia w oskarżenie, którego nie mogę udowodnić, natomiast mogę uczciwie powiedzieć, że efekt bywa schematyczny, wygładzony i pozbawiony indywidualnego rytmu, a emocje, choć nieustannie nazywane, zbyt rzadko przedostają się poza papier.
Nie przekreśla to wszystkiego, co w debiucie Marcina Firmantego zasługuje na uwagę, ponieważ sama idea połączenia rodzinnego powrotu z ludową tajemnicą jest bardzo dobra, relacja Tomka z babcią niesie prawdziwe ciepło, a dom Marii ma w sobie więcej życia niż niejeden z bohaterów. Podobało mi się również to, że autor opowiada o potrzebie akceptacji bez zamieniania orientacji bohaterów w tanią sensację, pozwalając im marzyć nie o wielkich deklaracjach, lecz o zwyczajności, w której można obudzić się obok właściwej osoby, napić herbaty i nie zastanawiać się, czy własne szczęście trzeba przed kimś usprawiedliwiać. W tych spokojniejszych obrazach czułam intencję, która była mi bliska, nawet jeśli nie zawsze potrafiłam uwierzyć w drogę prowadzącą do ich spełnienia.
„Szeptem o nas” pozostawiło mnie więc pomiędzy sympatią do pomysłu a rozczarowaniem jego wykonaniem, ponieważ pod nadmiarem wyjaśnień, powtórzeń i urywanych zdań widzę historię, która mogła być przejmująca, mroczna i bardzo własna. Wystarczyłoby pozwolić tajemnicy dłużej pozostać tajemnicą, bohaterom pobłądzić bez natychmiastowego prowadzenia ich ku bezpiecznej przystani, a czytelnikowi zaufać na tyle, by sam rozpoznał żal, miłość oraz strach, zanim narrator kolejny raz wypowie ich imiona.
To debiut, dlatego nie chcę traktować niedoskonałości jak wyroku, szczególnie że autor ma wyobraźnię, wyczucie nastrojowego miejsca oraz temat, z którego można było wydobyć naprawdę wiele, lecz debiut nie jest również kartą zwalniającą recenzenta z uczciwości. Za książką stoi czyjaś praca i odwaga, za recenzją powinien więc stać szacunek, który nie polega na uprzejmym przemilczeniu, lecz na nazwaniu zarówno tego, co poruszyło, jak i tego, co nie pozwoliło tej historii przemówić własnym, wyraźnym głosem.
Egzemplarz książki otrzymałam w ramach współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem Novae Res, co nie miało wpływu na treść mojej opinii.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

