Recenzje

„Markiz”- Przemysław Piotrowski

Autor: Przemysław Piotrowski
Tytuł: Markiz

Data premiery: 11.03.2026
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 344
Gatunek: kryminał, sensacja

„Droga do nieśmiertelności nigdy nie była ani krótka, ani łatwa”.

Przemysław Piotrowski najwyraźniej uznał, że skoro wysyła Igora Brudnego na urlop, to wypada zapewnić mu trochę rozrywki. Wiecie: nadmorskie powietrze, rybka prosto z kutra, romantyczne wieczory z Julią i obowiązkowo jakiś zwyrodnialec, który urządził sobie na Helu prywatną filię piekła. Każdy odpoczywa tak, jak potrafi. Brudny akurat ma wyjątkowy talent do trafiania tam, gdzie zamiast magnesów na lodówkę zbiera się zwłoki.

Tym razem jednak naprawdę nie zamierza szukać kłopotów. Przyjeżdża z Julią na Hel z bardzo prywatnego powodu. Ona ma poddać się zabiegowi usunięcia blizn, on ma być obok, wspierać ją i przez kilka dni udawać człowieka, który potrafi normalnie odpoczywać. Plan jest prosty, niemal wzruszająco zwyczajny, a przez to od początku podejrzany. Zwłaszcza jeśli zna się Brudnego i wie, że jego wersja spokojnego urlopu zwykle kończy się mobilizacją policji, sekcją zwłok i przynajmniej jednym człowiekiem żałującym, że kiedykolwiek stanął mu na drodze.

Na plaży zostaje odnalezione ciało młodej kobiety. Zmasakrowane, potraktowane z taką brutalnością, że nawet doświadczeni śledczy muszą na chwilę odłożyć zawodową obojętność. Niedługo później pojawia się kolejna ofiara, a na jej ciele wiadomość skierowana bezpośrednio do Brudnego. Ktoś nie tylko wie, że policjant znajduje się na Helu, lecz najwyraźniej bardzo chce zwrócić na siebie jego uwagę. I robi to z wdziękiem człowieka, który zamiast zaproszenia na kawę wysyła zwłoki.

W tej chwili kończy się urlop, a zaczyna polowanie.

Piotrowski od pierwszych stron nie bawi się w delikatne sugestie. Jeśli ktoś liczy na elegancki kryminał, w którym trup wygląda jakby zasnął po zbyt mocnej herbacie, może poczuć się odrobinę oszukany. Tutaj ciała nie śpią. Tutaj ciała opowiadają, co z nimi zrobiono, i robią to bardzo szczegółowo. Autor nie odwraca wzroku, nie zasłania czytelnikowi najgorszych fragmentów firanką ani nie wyprowadza go grzecznie z pomieszczenia. Bierze za kark, ustawia w pierwszym rzędzie i mówi: patrz.

I ja patrzyłam.

Nie dlatego, że nagle odkryłam w sobie duszę patologicznej turystki zwiedzającej kostnicę, ale dlatego, że właśnie za tę bezkompromisowość lubię Piotrowskiego. On potrafi pisać brutalnie bez udawania, że przemoc jest czymś estetycznym. Nie wygładza jej, nie perfumuje i nie próbuje sprzedać jako mrocznej dekoracji. Jest brudna, bolesna, fizyczna i momentami zwyczajnie obrzydliwa. W „Markizie” autor przesuwa granicę jeszcze dalej, a chwilami wręcz sprawdza, czy czytelnik na pewno ma żołądek na właściwym miejscu. Mój najwyraźniej był dobrze przymocowany, bo zamiast zamknąć książkę, przewracałam kolejne strony.

Nie znaczy to, że czytałam bez emocjonalnego sprzeciwu. Były sceny, przy których wszystko we mnie mówiło: wystarczy, już rozumiem, ten człowiek jest potworem, nie trzeba przedstawiać dalszej dokumentacji fotograficznej. Tyle że Piotrowski doskonale wie, kiedy ścisnąć czytelnika mocniej. Kiedy pozwolić mu złapać oddech, a kiedy podrzucić obraz, którego zdecydowanie nie chciał zobaczyć, ale którego długo nie zapomni. I chyba właśnie na tym polega jego przewrotna skuteczność – można krzywić się z niesmakiem, można mamrotać pod nosem, że autor przesadził, tylko jakoś dziwnie trudno odłożyć książkę.

Pod tą całą makabrą kryje się zresztą coś znacznie ciekawszego niż kolejny wyścig z seryjnym zabójcą. „Markiz” opowiada o chorobliwej potrzebie pozostawienia po sobie śladu. O sławie, która przestaje być nagrodą za talent, a staje się obsesją. O człowieku tak przerażonym własną przemijalnością, że jest gotów zbudować sobie pomnik z cudzej krwi. To paskudna, ale bardzo trafna opowieść o czasach, w których nie wystarczy być dobrym. Trzeba jeszcze zostać zauważonym, zapamiętanym i najlepiej powielonym w milionie egzemplarzy.

Mocno działa również pomysł, by w sam środek tej historii wpuścić literaturę. Pisarza, który doskonale zna policyjne procedury. Powieści, których realizm może mieć znacznie bardziej niepokojące źródło niż sumienny research. Granicę pomiędzy fikcją a rzeczywistością, która zaczyna się rozmazywać, aż w końcu człowiek przestaje wiedzieć, czy zbrodnia inspiruje książkę, czy książka właśnie podpowiada kolejną zbrodnię. Piotrowski puszcza przy tym oko do czytelnika, ale robi to nożem. Niby można się uśmiechnąć, tylko lepiej nie wykonywać gwałtownych ruchów.

Sama intryga rozwija się sprawnie. Przeszłość wraca tu nie jako sentymentalne wspomnienie, lecz jako stary rachunek, którego przez dwadzieścia lat nikt uczciwie nie rozliczył. Dawne zabójstwo, człowiek skazany za śmierć własnej córki, lokalne układy, policyjne grzechy i środowisko, w którym wszyscy kogoś znają, komuś coś zawdzięczają albo mają na siebie brudy. Hel szybko przestaje być pocztówkowym końcem Polski. Staje się miejscem klaustrofobicznym, odciętym od świata, podziurawionym bunkrami i tunelami, w których przeszłość może spokojnie gnić, dopóki ktoś jej nie odkopie.

Bardzo spodobał mi się ten kontrast. Morze, mewy, zimny wiatr, opustoszałe po sezonie ulice i podziemny świat, o którego istnieniu przeciętny turysta nie ma pojęcia. Piotrowski potrafi zbudować z Helu pełnoprawną scenografię grozy. Nie potrzebuje opuszczonego zamczyska ani miasteczka zagubionego w amerykańskich lasach. Wystarczą wydmy, betonowe korytarze, kilka lokalnych tajemnic i świadomość, że pod stopami może znajdować się coś, czego zdecydowanie nie powinno się budzić.

Pomiędzy kolejnymi koszmarami dostajemy też humor. Czarny, niewybredny i często rzucony dokładnie w chwili, gdy atmosfera robi się tak gęsta, że można by ją kroić sekcyjnym skalpelem. Brudny pozostaje Brudnym: oszczędnym w uprzejmościach, szczodrym w przekleństwach i zupełnie niezdolnym do spokojnego wykonywania poleceń. Jego sposób komunikacji z ludźmi nadal przypomina rozmowę z rozpędzonym tirem, ale właśnie dzięki temu książka nie tonie w swoim własnym mroku.

Ciepła dodaje jej relacja Igora i Julii. Nie lukrowana, nie przesadnie romantyczna, tylko oparta na bliskości, złośliwościach, przywiązaniu i świadomości, że każde z nich zna najgorsze strony drugiego, a mimo to nadal chce obudzić się obok. Dzięki temu stawka śledztwa szybko przestaje być wyłącznie zawodowa. Zagrożenie wchodzi im do życia bez pukania, siada przy stole i zaczyna grzebać w tym, co najbardziej osobiste. I właśnie wtedy „Markiz” działa najmocniej – nie wtedy, kiedy pokazuje kolejną okaleczoną ofiarę, lecz gdy odbiera Brudnemu poczucie kontroli.

Nie wszystko przyjęłam bez mrugnięcia okiem. Kilka rozwiązań pojawia się podejrzanie wygodnie, niektórzy policjanci podejmują decyzje, za które w normalnych warunkach przełożony zrobiłby sobie z ich raportów podpałkę, a technologia użyta w finale mocno ociera się o licencję artystyczną. Sam autor zresztą uczciwie się do tego przyznaje. Tyle że podczas czytania nie miałam ochoty urządzać dochodzenia przeciwko prawdopodobieństwu. Tempo było zbyt dobre, atmosfera zbyt lepka, a ciekawość zbyt silna.

„Markiz” nie jest książką, którą poleciłabym komuś szukającemu subtelności. Subtelność została tutaj zamknięta w piwnicy i prawdopodobnie nie przeżyła pierwszej nocy. To powieść brutalna, naturalistyczna i świadomie przekraczająca granice dobrego smaku. Chwilami odpychająca, chwilami groteskowa, ale od początku do końca napisana z energią, która nie pozwala oderwać wzroku.

Mnie się podobała. Właśnie dlatego, że Piotrowski nie próbował być grzeczny. Nie udawał, że zło można pokazać elegancko, żeby przypadkiem nikomu nie popsuć kolacji. Rozłożył je na stole, zapalił mocne światło i pozwolił mu cuchnąć.

A ja, najwyraźniej pozbawiona instynktu samozachowawczego, usiadłam w pierwszym rzędzie i poprosiłam, żeby nie zasłaniał.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *