
Krem z pieczonych pomidorów.
To jego.Zupa.
Po serii Emmy Ångström wiem już, że kiedy coś zaczyna się od „To jej…”, zaraz zrobi się grubo: przemoc, manipulacja, stalking, gaslighting – pełen pakiet atrakcji, po którym człowiek traci wiarę w ludzi. Dlatego dziś dla odmiany To jego.Zupa. Partner w Zbrodni bierze pomidory, paprykę, seler naciowy, cebulę i czosnek, wysyła całe towarzystwo do piekarnika, a później bez litości traktuje blenderem. Ja pojawiam się dopiero przy zwłokach… znaczy przy zupie, bo przecież ktoś musi sprawdzić, czy nadaje się do publikacji 😉
Krem z pieczonych pomidorów i papryki
To jedna z tych zup, przy których lista składników nie wygląda jak paragon po napadzie na delikatesy, a efekt jest nieprzyzwoicie dobry. Pieczenie załatwia większość roboty: pomidory nabierają słodyczy, papryka charakteru, cebula się karmelizuje, czosnek łagodnieje, a seler dorzuca swoje trzy grosze, nie próbując przejąć całego garnka.
Potem już tylko bulion, blender i można udawać, że w kuchni wydarzyło się coś znacznie bardziej skomplikowanego.
To jego.Zupa. Ja jestem tylko beneficjentką.
Składniki
Na pieczone warzywa:
- około 1,5 kg dojrzałych pomidorów
- 2 duże czerwone papryki
- 1 cebula
- 2 łodygi selera naciowego
- 1 główka czosnku
- 3–4 łyżki oliwy z oliwek
- sól
Do zupy:
- około 500–700 ml bulionu warzywnego lub drobiowego
- tymianek
- odrobina gochugaru
- sól do smaku, jeśli będzie potrzebna
Do podania:
- świeża bazylia
- olej z pestek dyni
Partner w Zbrodni przystępuje do działania
Pomidory kroimy na połówki lub ćwiartki, paprykę pozbawiamy gniazd nasiennych i dzielimy na większe kawałki. Cebulę obieramy i kroimy w ćwiartki, seler naciowy na kilka części, a główkę czosnku przecinamy w poprzek.
Wszystko układamy na blasze albo w dużym naczyniu do pieczenia, polewamy oliwą i doprawiamy wyłącznie solą.
I tyle.
Bez pieprzu, oregano i połowy szafki z przyprawami. Pomidor, papryka i czosnek naprawdę wiedzą, co robić. Trzeba im tylko dać temperaturę i nie przeszkadzać.
Do pieca z nimi
Warzywa pieczemy około 40–50 minut w 200°C, aż pomidory puszczą sok, cebula się skarmelizuje, czosnek będzie miękki, a papryka i brzegi pomidorów miejscami mocno się przypieką.
Nie wyciągamy blachy w chwili, gdy wszystko jest już tylko grzecznie miękkie. Pieczenie ma wydobyć naturalną słodycz warzyw i dać im głębszy smak.
Krótko mówiąc: mają dostać trochę po tyłku.

Zacieramy ślady
Upieczony czosnek wyciskamy z łupinek, a wszystkie warzywa przekładamy do garnka razem z sokiem i oliwą, które zostały na dnie naczynia.
Nic nie wylewamy. Tam jest smak i pozbywanie się go na tym etapie byłoby przestępstwem popełnionym już z pełną świadomością.
Do gorącego bulionu dodajemy tymianek i odrobinę gochugaru. Z tym ostatnim bez kozaczenia – ma lekko podkręcić całość, a nie sprawić, że po pierwszej łyżce zaczniemy szukać gaśnicy.
Do warzyw wlewamy najpierw około 500 ml bulionu i blendujemy wszystko na gładki, aksamitny krem. Jeżeli zupa jest za gęsta, dolewamy kolejną porcję bulionu.
Powoli.
Zawsze można dolać. Wyciąganie nadmiaru bulionu z garnka jest zdecydowanie bardziej skomplikowane i Partner w Zbrodni odmawia prowadzenia takich eksperymentów.
Próbujemy i w razie potrzeby doprawiamy solą.
Na stół
Gorący krem przelewamy do misek, dorzucamy świeżą bazylię i polewamy olejem z pestek dyni.
I tutaj ten niepozorny finał robi świetną robotę. Lekko orzechowy olej świetnie dogaduje się ze słodyczą pieczonych pomidorów i papryki, a na pomarańczowym kremie wygląda tak dobrze, że zaczynam podejrzewać Partnera w Zbrodni o gotowanie pod zdjęcia na bloga.
Do zupy można podać grzanki, focaccię albo pajdę dobrego chleba. Ta ostatnia pełni później bardzo ważną funkcję techniczną – pozwala dokładnie usunąć z miski cały materiał dowodowy.
Na miejscu zbrodni nie zostawia się śladów.
Partner w Zbrodni radzi
Najważniejsze są dojrzałe pomidory i porządne pieczenie. Mogą być miękkie, krzywe i kompletnie nieinstagramowe. Tutaj nie prowadzimy castingu – liczy się smak.
Warzywa przed pieczeniem dostają tylko oliwę i sól. Tymianek oraz gochugaru trafiają dopiero do bulionu, dzięki czemu nie przykrywają smaku pieczonych warzyw.
Bulion dolewamy stopniowo. Krem powinien zostać gęsty i aksamitny, bo jeśli Partner w Zbrodni chciałby zrobić pomidorową wodę, nie włączałby wcześniej piekarnika.
To jej.Wina. To jego.Zupa.
„To jej.Wina”, „To jej.Żałoba” i „To jej.Szept” Emmy Ångström zostawiają po sobie zdecydowanie więcej do przemyślenia niż kwestia, czy do kremu lepsze będą grzanki czy focaccia. Pod thrillerową fabułą siedzą przemoc, kontrola, manipulacja, stalking i wszystkie te sytuacje, w których cudze granice dla kogoś stają się sugestią zamiast czymś, czego zwyczajnie nie wolno przekraczać.
Ale dzisiaj wystarczy ciężkich tematów.
To jego.Zupa.
Partner w Zbrodni ją ugotował. Ja spróbowałam. Potem jeszcze raz, bo przecież przepis na bloga wymaga rzetelnej weryfikacji. Później była dokładka, ale tutaj również zasłaniam się obowiązkami zawodowymi.
A jeśli ktoś zajrzy do garnka i zapyta, kto zeżarł resztę?
To jej.Wina.
Tym razem przyznaję się bez adwokata 😉
Smacznego!
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
