Felietony Zbrodni na Widelcu

Od potwora do człowieka. Kogo naprawdę każe nam się bać współczesna literatura?

„Największe zło bardzo rzadko przychodzi z tabliczką: jestem złem.”

Przez długi czaswspółczesny kryminał rządził się prostą zasadą. Tu bohater. Tam potwór. Pomiędzy nimi kilka trupów, ślady zabezpieczone przez techników, policjant z rozpadającym się życiem prywatnym i morderca, który najwyraźniej od urodzenia zamiast kołysanki słuchał instrukcji preparowania zwłok.

Wszystko znajdowało się na swoim miejscu.

Czytelnik wiedział, przed kim należy uciekać. Potwór miał charakterystyczny sposób działania, kolekcję dziwnych pamiątek, piwnicę, której zdecydowanie nie powinien pokazywać gościom, oraz przeszłość tak makabryczną, że zwyczajna dysfunkcyjna rodzina wyglądała przy niej jak reklama płatków śniadaniowych.

Tylko że kiedy przestałam patrzeć na przeczytane książki pojedynczo i wróciłam do recenzji publikowanych od początku istnienia bloga, zobaczyłam coś znacznie mniej wygodnego.

Potwór nadal istnieje. Czasem ma nóż. Czasem doskonały plan. Czasem imponującą liczbę ofiar i talent do pojawiania się dokładnie tam, gdzie policja akurat go nie szuka.

Coraz częściej jednak nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jest ojcem, matką, partnerem, sąsiadem, nauczycielem, przyjacielem albo człowiekiem, który przekonuje wszystkich, że działa w dobrej sprawie. Nie wychodzi z ciemnego lasu. Wraca wieczorem do domu, odwiesza kurtkę, pyta, co na kolację, i dopiero po zamknięciu drzwi pokazuje twarz, której nie widzą ludzie z zewnątrz.

I właśnie ten człowiek zaczął mnie interesować najbardziej. Nie dlatego, że jest efektowniejszy od seryjnego mordercy. Dlatego, że jest bliżej.


Najpierw poznajemy chłopca

Najbardziej wyraźnie zobaczyłam tę zmianę podczas lektury „Prześmiewcy” Vincenta Vina. Prześmiewca – Vincent Vin  Autor mógł przedstawić Logana jako gotowego potwora. Wyciągnąć go na scenę już z całym katalogiem zbrodni i pozwolić czytelnikowi bezpiecznie go nienawidzić. Zamiast tego cofnął się do początku.

Do dziecka. Do chłopca, który powinien otrzymać bezpieczeństwo, uwagę i pewność, że jest dla kogoś ważny, ale wychowywał się w chłodzie, samotności i niezrozumieniu. W swojej recenzji napisałam, że książka nie pyta wyłącznie, jak rodzi się potwór. Pyta, czy człowiek w ogóle rodzi się potworem.

To zasadnicza różnica.

Dawny czarny charakter bardzo często pojawiał się przed czytelnikiem jako zamknięty produkt. Zły, ponieważ taki był. Jego przeszłość mogła wyjaśniać kilka szczegółów, ale nie odbierała nam komfortu jednoznacznej oceny.

Logan ten komfort zabiera. Nie usprawiedliwia go. Nie prosi, żeby zapomnieć o ofiarach. Zmusza jednak do cofnięcia się o kilka kroków i zobaczenia człowieka, zanim stał się nazwiskiem z policyjnych akt.

Po zamknięciu tej książki nie myślałam przede wszystkim o liczbie ofiar ani o najbardziej brutalnej scenie. Myślałam o chłopcu, który kiedyś mógł dostać inną szansę.

I właśnie w tym miejscu współczesny antagonista staje się bardziej niepokojący niż klasyczny literacki potwór. Przestaje być obcym gatunkiem. Zaczyna przypominać człowieka, którego można było spotkać wcześniej, zanim wszystko się rozpadło.


Dom nie zawsze chroni. Czasem tresuje

W „Martwym ciągu” Tomasza Kozioła  Martwy ciąg – Tomasz Kozioł zło nie zaczyna się od nadprzyrodzonego zjawiska, choć książka została zaklasyfikowana jako horror. Zaczyna się w domu, w którym przemoc stała się codziennym językiem.

Bohater ucieka, ponieważ pozostanie oznaczałoby dalsze życie według reguł narzuconych przez sprawców. Tyle że wyjście za drzwi nie kasuje tego, co przez lata zostało zapisane w człowieku. Recenzję otworzyłam zdaniem:

„Można uciec z domu, ale nie da się uciec od tego, co się w nim wydarzyło”.

To nie jest opowieść o jednym miejscu. To opowieść o mechanizmie.

Dom powinien uczyć bezpieczeństwa, ale potrafi nauczyć posłuszeństwa wobec przemocy. Potrafi tak poprzestawiać granice, że człowiek zaczyna mylić kontrolę z troską, a wybawiciela z kolejnym właścicielem swojego życia.

I właśnie to robi literatura coraz częściej: nie wrzuca bohatera od razu w ręce spektakularnego psychopaty. Najpierw pokazuje, jak został przygotowany do roli ofiary. Jak nauczył się nie protestować. Jak przestał wierzyć własnym odruchom. Jak łatwo przyjął kolejną formę zniewolenia, bo miała ładniejszą nazwę i przyszła ubrana w pomoc.

Nadprzyrodzone elementy mogą straszyć, ale prawdziwa groza została uruchomiona znacznie wcześniej. Przy kuchennym stole. Za zamkniętymi drzwiami.

W domu, w którym człowiek po raz pierwszy dowiedział się, że jego strach nikogo nie obchodzi.


Matka może być pierwszą osobą, która odbierze ci pewność siebie

„Oziębłość” Jolanty Żuber  Oziębłość – Jolanta Zuber wyprowadza tę rozmowę poza klasyczny kryminał i pokazuje, że niszczenie człowieka nie zawsze wymaga fizycznej przemocy, krwi ani miejsca zbrodni zabezpieczonego żółtą taśmą.

Czasem wystarczy matka, która nie potrafi dawać ciepła.

W recenzji pisałam o córkach, które przez całe życie uczą się, że nie są wystarczające, i o traumie przechodzącej z pokolenia na pokolenie jak spadek, którego nikt nie chciał przyjąć.

Tutaj antagonista nie musi nikogo zabić, żeby pozostawić spustoszenie. Wystarczy codzienna obojętność. Odrzucenie podawane małymi porcjami. Chłód tak konsekwentny, że dziecko przestaje pytać, czy zasługuje na miłość, i zaczyna zastanawiać się, co jest z nim nie tak.

To szczególnie ważne w rozmowie o współczesnym złu, ponieważ literatura coraz częściej rezygnuje z prostego równania: zbrodniarz równa się potwór. Pokazuje ludzi, którzy funkcjonują społecznie, pracują, rozmawiają z sąsiadami i być może nigdy nie staną przed sądem, a mimo to całymi latami demolują psychikę najbliższych.

Nie ma śledztwa. Nie ma ciała. Nie ma nawet jednej sceny, którą można łatwo wskazać jako moment przekroczenia granicy. Jest tysiąc drobnych sytuacji, po których człowiek już nie pamięta, jak wyglądał przed nimi.


Dobre intencje są wyjątkowo wygodnym przebraniem

W „Fundacji” Donny Leon Fundacja – Donna Leon  zło również nie wchodzi na scenę z hukiem.

Przychodzi elegancko ubrane, z odpowiednią pozycją społeczną, szlachetnym hasłem i przekonaniem, że działa dla dobra innych. Fundacja ma przecież pomagać. Filantrop powinien budzić zaufanie. Zaniepokojona matka może być jedynie trochę nadopiekuńcza.

Tylko że im dłużej Brunetti słucha, tym więcej dostrzega pęknięć.

W recenzji napisałam, że autorka nie tworzy ze swoich bohaterów potworów od razu. Zamiast tego pokazuje moralne mikroprzekręty, które z czasem składają się w coś znacznie większego.

To bardzo współczesny obraz zła. Nie spektakularny, ale cierpliwy. Nie krzyczy. Fermentuje.

Zaczyna się od małego kłamstwa, przemilczenia, przesunięcia pieniędzy, wykorzystania czyjegoś zaufania i tłumaczenia, że właściwie nikt na tym nie ucierpiał. Potem przychodzi następny krok. I następny. Aż człowiek znajduje się tak daleko od własnych deklaracji, że jedynym sposobem zachowania dobrego samopoczucia jest dalsze oszukiwanie siebie.

W „Prześmiewcy” zapisałam własne zdanie, które wraca do mnie także przy tej książce:

„Największe zło bardzo rzadko przychodzi z tabliczką: jestem złem”.

Znacznie częściej przychodzi z prezentacją, misją społeczną i argumentem, że przecież wszystko zostało zrobione w słusznej sprawie.

Potwór, który wie, że jest potworem, przynajmniej nie oczekuje oklasków.

Człowiek przekonany o własnej moralnej wyższości może wyrządzić znacznie więcej, nadal widząc w lustrze bohatera.


Kat nie zawsze powstaje sam

W książkach, które przewinęły się przez blog, dzieciństwo powraca tak często, że przestałam traktować je jak wygodne fabularne wyjaśnienie.

W „Kamiennej rzece” Sebastiana Imielskiego  Kamienna rzeka – Sebastian Imielski przeszłość nie wraca w efektownej scenie z fanfarami. Siedzi cicho, czeka i odzywa się przez sny, powroty w rodzinne strony i miejsca, które zachowały własną pamięć.

W „Szarym okupie” Cristiana Perfumo Szary okup – Cristian Perfumo  człowiek przez trzydzieści lat żyje wewnątrz konsekwencji jednej decyzji, toksycznej relacji i rodzinnej tajemnicy. Graciela nie mieści się w prostym podziale na ofiarę i sprawcę. Została przez traumę rozbita, ale jej własne cierpienie nie czyni automatycznie bezpieczną dla innych.

To bardzo istotne.

Literatura coraz częściej pozwala zrozumieć mechanizm, ale nie wystawia zaświadczenia o niewinności. Trauma może tłumaczyć. Nie unieważnia odpowiedzialności.

Człowiek może zostać skrzywdzony i jednocześnie sam krzywdzić. Może być ofiarą jednego układu, a sprawcą w kolejnym. Może kochać i niszczyć dokładnie tę samą osobę, czasem niemal w tym samym zdaniu.

Właśnie dlatego współczesne czarne charaktery bywają trudniejsze do opisania niż dawni seryjni zabójcy. Nie da się ich zamknąć w podpisanym pudełku.

Nie zawsze są potworami.

Bywają ludźmi, którzy nie zatrzymali przekazanego im zła, tylko podali je dalej.


Społeczność również potrafi polować

Zło nie zawsze ma jedną twarz.

W „Krzyku” Tokuro Nukuiego  Krzyk – Tokuro Nukui źródłem przemocy staje się społeczność. Ojciec otrzymuje publiczną etykietę „złego”, więc jego córka zostaje ukarana przez inne dzieci. Nie za własne zachowanie. Za cudzą opinię, powtarzaną bez zastanowienia przez dorosłych, media i otoczenie.

To jeden z najmocniejszych przykładów z mojego blogowego archiwum, ponieważ pokazuje, że współczesny potwór nie musi być samotnym drapieżnikiem. Może być grupą. Może być plotką. Może być społecznym przekonaniem, że skoro wszyscy potępiają jednego człowieka, nie trzeba już sprawdzać faktów.

Dzieci przejmują język dorosłych. Sąsiedzi przejmują ton mediów. Ludzie, którzy nigdy nie widzieli wydarzenia na własne oczy, zaczynają wymierzać karę rodzinie człowieka, którego już wcześniej uznali za winnego.

Nikt nie czuje się sprawcą, ponieważ każdy zrobił tylko odrobinę. Jedno zdanie. Jeden komentarz. Jedno wykluczenie. Jedno odwrócenie wzroku.

A jednak suma tych drobnych gestów potrafi zniszczyć życie równie skutecznie jak działanie pojedynczego antagonisty.


A co z prawdziwymi potworami?

Oczywiście nie zniknęły.

W „7 tygodniach” Eweliny Grzybowskiej  7 tygodni – Ewelina Grzybowska zło otrzymuje ciało, ręce, zęby i pełną świadomość własnych działań. Tomas nie jest moralną szarością, którą można długo oglądać pod różnymi kątami. Przekracza granice świadomie i nie okazuje wątpliwości.

Tacy bohaterowie nadal istnieją i zapewne nigdy nie opuszczą kryminału ani thrillera.

Różnica polega na czymś innym. Nie są już jedynym wzorem antagonisty. Obok nich stoją ludzie znacznie bardziej zwyczajni. Pozbawieni spektakularnego modus operandi, tajnej komnaty i kolekcji trofeów. Czasem nie zabijają nikogo dosłownie, ale kontrolują, upokarzają, manipulują, przemilczają, wykorzystują i przekazują własne rany kolejnym osobom.

To oni często zostają ze mną dłużej.

Seryjnego mordercę mogę zamknąć razem z książką.

Człowieka, który uśmiecha się do świata, a za drzwiami własnego domu zmienia reguły, znacznie trudniej zostawić między okładkami.


Literatura nie zrezygnowała z potworów. Przesunęła lustro

Po przejrzeniu własnych recenzji nie mogę jeszcze uczciwie ogłosić, że seryjny morderca odszedł do lamusa. Do tego potrzebna będzie pełna analiza ilościowa wszystkich książek: podział antagonistów, ich relacje z bohaterami, motywy i źródła przemocy.

Mogę jednak wskazać wyraźnie powracający kierunek.

Współczesna literatura, którą czytałam i opisywałam na blogu, bardzo często interesuje się nie samym czynem, lecz drogą do niego.

Pyta nie tylko:

Kto to zrobił?

Pyta również:

Kiedy wszystko zaczęło się psuć?

Kto patrzył i nie reagował?

Co zostało przemilczane w rodzinie?

Dlaczego ofiara tak długo nie potrafiła odejść?

Kiedy troska zmieniła się w kontrolę?

W którym momencie dobre intencje stały się pozwoleniem na decydowanie za innych?

To znacznie bardziej niewygodne pytania niż poszukiwanie mordercy.

Mordercę można złapać.

Trauma, milczenie, społeczna przemoc i zło ukryte w relacjach nie kończą się wraz z założeniem kajdanek.


Wnioski?

Potwór nie przestał istnieć. Stracił jedynie monopol. W książkach analizowanych na blogu przybiera co najmniej kilka twarzy:

dziecka, któremu odebrano szansę na bezpieczne dorastanie;

rodzica przekazującego własny chłód następnemu pokoleniu;

partnera, który nazywa kontrolę miłością;

człowieka usprawiedliwiającego działania dobrymi intencjami;

społeczności, która wydaje wyrok, zanim pozna prawdę;

ofiary, która nie zatrzymała przemocy, lecz podała ją dalej.

Właśnie dlatego najbardziej niepokojące historie nie zawsze potrzebują opuszczonego szpitala, demona ani seryjnego zabójcy z imponującym portfolio.

Wystarczy zwyczajny dom. Rodzinny stół. Człowiek, któremu wszyscy ufają. I drzwi, które po zamknięciu odcinają bohatera od reszty świata.

Nie wiem jeszcze, czy współczesna literatura naprawdę bardziej boi się człowieka niż potwora.

Po pierwszym spojrzeniu na własne archiwum wiem jednak jedno:

kiedy zło przestaje wyglądać obco, zaczynamy czytać uważniej.

Bo łatwo powiedzieć, że nie jesteśmy seryjnymi mordercami.

Znacznie trudniej odpowiedzieć sobie, czy nigdy nie milczeliśmy, kiedy należało zareagować, nie wydaliśmy wyroku bez pełnej wiedzy albo nie nazwaliśmy kontroli troską tylko dlatego, że taka wersja pozwalała nam spokojniej spać.

I chyba właśnie tutaj literatura wykonuje swoją najważniejszą robotę.

Nie pokazuje potwora.

Przesuwa lustro.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *