
„Jedna książka opowiada historię bohatera.
Setki książek zaczynają opowiadać historię nas wszystkich.”
Nie planowałam pisać tego tekstu. Naprawdę. Przecież wszystko działało. Czytałam książkę. Pisałam recenzję. Robiłam zdjęcie. Publikowałam wpis. Otwierałam następną powieść. I tak przez kolejne miesiące. To był rytm, który znałam na pamięć. Aż któregoś dnia, przeglądając archiwum bloga, uświadomiłam sobie coś, czego wcześniej zupełnie nie dostrzegałam.
Każda recenzja opowiada o jednej książce. Ale wszystkie recenzje razem zaczynają opowiadać historię znacznie większą.
Historię literatury. Historię naszych lęków. Historię człowieka. Bo kiedy czyta się jedną powieść, łatwo uwierzyć, że jest wyjątkowa. Kiedy czyta się ich dziesięć, zaczyna się dostrzegać podobieństwa. Kiedy przeczyta się ich kilkadziesiąt, pewne motywy wracają z uporem, którego nie sposób już nazwać przypadkiem.
A kiedy tych książek są setki…?
Nagle okazuje się, że autorzy, którzy nigdy się nie spotkali, mieszkają na różnych kontynentach i piszą zupełnie inne historie, opowiadają o tych samych rzeczach.
Zmieniają się nazwiska bohaterów. Zmieniają się miasta. Raz jesteśmy na mazurskiej prowincji. Innym razem w amazońskiej dżungli, na Sycylii, w Tokio albo na londyńskich ulicach. Zmienia się sceneria. Nie zmienia się człowiek. Od dawna powtarzamy, że literatura jest lustrem. Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się jednak, co właściwie się w nim odbija. Dopiero dziś widzę, że współczesne książki coraz rzadziej opowiadają o potworach ukrywających się w ciemności. Znacznie częściej opowiadają o tych, którzy siedzą z nami przy jednym stole.
Ojcu. Matce. Partnerze. Sąsiedzie. Przyjacielu. O człowieku, którego znamy tak dobrze, że przestajemy go naprawdę widzieć. Zło przestało przychodzić z zewnątrz. Coraz częściej mieszka obok.
A czasem… w nas samych. I właśnie wtedy zrozumiałam, że pojedyncza recenzja przestała mi wystarczać. Nie dlatego, że przestałam kochać książki. Wręcz przeciwnie. Dlatego, że zaczęłam dostrzegać coś pomiędzy nimi. Połączenia. Powracające schematy. Lęki, które wracają niezależnie od gatunku, kraju czy nazwiska autora.
Coraz częściej zauważam, że współczesna literatura nie pyta już:
„Kto zabił?”
Pyta:
„Co sprawiło, że człowiek do tego doszedł?”
Interesuje ją samotność bardziej niż krew. Trauma bardziej niż narzędzie zbrodni. Milczenie bardziej niż krzyk. I chyba właśnie dlatego tak często po zamknięciu książki nie pamiętam już, jak miał na imię morderca. Pamiętam za to, dlaczego nim został.
To był moment, w którym narodził się pomysł na Raporty Zbrodni na Widelcu.
Nie będą rankingami. Nie będą listami najlepszych książek. Nie będą próbą udowadniania, kto pisze lepiej, a kto gorzej. Będą próbą spojrzenia na literaturę z większej perspektywy.
Chcę sprawdzać, co dzieje się z kryminałem. Jak zmieniają się thrillery. Jakie lęki wracają najczęściej. Które miejsca autorzy wybierają na zbrodnię. Dlaczego dzieciństwo tak często okazuje się początkiem tragedii. Dlaczego dom coraz częściej staje się straszniejszy niż opuszczony las. I czy literatura rzeczywiście zmienia się razem z nami.
Dlaczego zbrodnia coraz rzadziej wynika z chciwości, a coraz częściej z samotności, odrzucenia i potrzeby bycia zauważonym? I dlaczego, mimo że czytam o śmierci niemal codziennie, coraz częściej dochodzę do wniosku, że współczesna literatura wcale nie opowiada o umieraniu. Opowiada o tym, jak bardzo ludzie pragną być kochani.
Jeżeli ten pierwszy raport spotka się z zainteresowaniem, będzie miał swoją kontynuację.

Zbrodnia nadal rządzi przy tym widelcu – kryminały, thrillery i sensacja stanowią 63,8% wszystkich zrecenzowanych przeze mnie książek. Ale horror depcze im po piętach…
Nie wiem jeszcze, dokąd zaprowadzi mnie ten projekt. Być może okaże się, że większość moich obserwacji była błędna. Być może odkryję zależności, których dziś nawet nie podejrzewam. Ale właśnie to wydaje mi się w tym wszystkim najpiękniejsze.
Recenzent zwykle kończy pracę w chwili, gdy zamyka książkę. Ja mam wrażenie, że wtedy dopiero zaczyna się najciekawsza część. Bo każda przeczytana historia zostawia po sobie ślad. A kiedy tych śladów zbierze się wystarczająco dużo, przestają być przypadkowymi odciskami. Zaczynają układać się w mapę.
I właśnie tę mapę chciałabym z Wami rysować.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

