Recenzje

„Sekret czerwonego mustanga”-Zbigniew Jarzembek

Autor: Zbigniew Jarzembek
Tytuł: Sekret czerwonego mustanga

Data premiery: 15.06.2026
Wydawnictwo:Stary warsztat
Liczba stron: 328
Gatunek: kryminał, sensacja 

„W jego świecie nie liczyło się piękno obrazu, tylko jego wartość.”

Piękne zdanie. Takie, które pachnie starym banknotem wyciągniętym z kieszeni człowieka mającego na sumieniu więcej, niż powinien unieść jeden życiorys. Takie, które idealnie otwiera tą książkę, bo tutaj wszystko ma swoją cenę – obrazy, złoto, milczenie, lojalność, wojna, rodzina, a nawet pamięć.

Najgorsze jest tylko to, że rachunek zawsze przychodzi później.

Nowa część „Dwóch czwórek” wygląda na pierwszy rzut oka jak rasowy thriller o zaginionym dziennikarzu i starym Mustangu, ale bardzo szybko okazuje się czymś znacznie bardziej niebezpiecznym. Ta historia nie prowadzi czytelnika za rękę. Ona go łapie za gardło, wciska do wilgotnego bunkra śmierdzącego pleśnią i wojną, a potem zamyka drzwi z takim spokojem, jakby chciała powiedzieć: skoro już tu wszedłeś, to teraz patrz.

Patrz, jak wygląda świat budowany na cudzych trupach.

Prolog jest fantastyczny właśnie dlatego, że nie próbuje być efektowny. Nie ma tu taniego hollywoodzkiego błysku, nazistowskich skarbów pokazanych jak atrakcja z parku rozrywki ani wojennej egzotyki podanej czytelnikowi jak pocztówka dla fanów sensacji. Autor zaczyna od błota, mokrego lasu, ciężkich skrzyń i ludzi, którzy od dawna nie zadają już pytań o dobro i zło, ponieważ wojna bardzo skutecznie nauczyła ich prostszej matematyki – kto ukryje więcej, ten przeżyje dłużej.

Oskar, Kasimir, Franz… ci bohaterowie nie przypominają romantycznych strażników tajemnicy. Wyglądają raczej jak duchy Europy, która skończyła wojnę wyłącznie formalnie, bo interesy trwały nadal, tyle że zamiast mundurów pojawiły się płaszcze, walizki, nowe nazwiska i bunkry ukryte głęboko pod ziemią. Autor genialnie buduje atmosferę. Czuć wilgoć betonu. Smród stęchlizny. Ciężar skrzyń. Nerwowe spojrzenia ludzi świadomych, że jeden fałszywy ruch może skończyć się kulą w łeb.

Później pojawia się Szczecin.

Nie ten z folderów turystycznych, wygładzony, sprzedawany ludziom jako „miasto zieleni i wody”, tylko Szczecin Jarzembka – chłodny, portowy, pełen poniemieckich blizn, starych willi, ulic pamiętających więcej, niż powinny, i tej charakterystycznej atmosfery miasta stojącego na fundamencie cudzej historii. Uwielbiam sposób, w jaki autor wykorzystuje to miejsce. Wały Chrobrego, Odra, prawobrzeże, Podjuchy, stare magazyny i graniczne opowieści nie są tutaj dekoracją. One żyją razem z bohaterami. Oddychają tą samą wilgocią i tym samym strachem.

Zaginięcie Andrzeja Stachury uruchamia całą machinę. Dziennikarz śledczy znika po spotkaniu z prezydentem miasta, a jego syn z przyjaciółmi zaczynają szukać odpowiedzi, nie mając jeszcze pojęcia, że grzebią w historii przypominającej zaminowane pole. Najbardziej podoba mi się właśnie ten moment przejścia, kiedy książka udaje jeszcze lokalną sensację, opowieść o politycznych układach, szemranych interesach i dziennikarzu, który zaczął wiedzieć za dużo. Człowiek spokojnie wchodzi w tę historię, rozsiada się wygodnie, myśląc, że będzie tropił jedną aferę.

Tymczasem Jarzembek z miną człowieka bardzo zadowolonego z własnej bezczelności zaczyna otwierać kolejne drzwi.

Za jednymi leży wojna.

Za drugimi Stasi.

Za kolejnymi Mosad.

Potem Rubens.

Nikola Tesla.

MI6.

Transformacyjne przekręty.

Spółka „44”.

Dwa Mustangi.

I nagle robi się naprawdę grubo, choć największym zaskoczeniem pozostaje fakt, że to wszystko w dziwny sposób działa. Każdy inny autor mógłby rozłożyć się pod ciężarem takiej ilości motywów jak pijany turysta na deptaku w Sopocie po trzecim „darmowym” drinku. Jarzembek natomiast pisze tę historię z taką energią i taką autentyczną miłością do sensacji, że człowiek po pewnym czasie przestaje zadawać pytanie: „czy to jest realistyczne?”, a zaczyna myśleć wyłącznie: „dobra, dawaj dalej”.

Ogromną siłą tej książki pozostaje sposób prowadzenia kilku osi czasowych. Historia nie płynie linearnie jak grzeczne szkolne streszczenie, tylko odkrywa się warstwami, niczym kolejne fragmenty starego muru odkuwane młotkiem. Wojna tłumaczy teraźniejszość. Transformacja tłumaczy przemoc. Rodzinne sekrety tłumaczą milczenie bohaterów. Każdy rozdział dokłada kolejny element do układanki, przez co człowiek ma wrażenie, że nie czyta thrillera, tylko rozgrzebuje cudzy grób.

Najbardziej fascynujące okazuje się jednak to, że pod całą sensacyjną warstwą siedzi bardzo gorzka opowieść o Polsce. O kraju, który po wojnie dostał nowe granice, nowe flagi i nowe nazwiska, ale nigdy tak naprawdę nie rozliczył się z tym, kto i na czym budował późniejsze fortuny. Wojenne złoto przechodzi tutaj płynnie w transformacyjne przekręty, a bunkier pełen kosztowności staje się duchowym ojcem wszystkich późniejszych szemranych interesów.

Spółka „44” została rozpisana świetnie właśnie dlatego, że nie ma w niej romantyzowania gangsterki. Robert, Łukasz, Jurek i reszta tej ferajny przypominają bardziej hieny niż mafijnych królów z włoskiego kina. Fałszywe dokumenty, przejmowanie mieszkań po zmarłych właścicielach, układy z urzędnikami, zastraszanie ludzi – wszystko pachnie tutaj brudną transformacją lat dziewięćdziesiątych, kiedy Polska próbowała udawać Zachód, choć połowa biznesów powstawała dokładnie tak samo jak wcześniej: dzięki układom, przemocy i cudzej krzywdzie.

Jednak dla mnie największą królową tej historii pozostaje Hannah.

Co za postać.

Jarzembek stworzył kobietę, która wchodzi do książki i momentalnie przejmuje nad nią kontrolę. Starsza, elegancka, związana z Izraelem, służbami i wojenną przeszłością, porusza się po tej historii z chłodnym spokojem człowieka, który widział już tyle przemocy, że naprawdę niewiele jest go w stanie zaskoczyć. Hannah nie potrzebuje krzyczeć ani wymachiwać pistoletem, żeby budzić respekt. Wystarczy jedno spojrzenie, jeden komentarz, jeden drobny gest poprawienia rękawiczki, by było jasne, że ta kobieta rozgrywa wszystkich kilka ruchów do przodu.

Wątek Tesli i brytyjskich służb spokojnie mógł zamienić tę książkę w groteskę, ale autor jakimś cudem utrzymuje całość na granicy wiarygodności. Momentami przypominało mi to stare thrillery Fleminga, te pisane jeszcze przed erą sterylnych, komputerowych agentów, kiedy sensacja pachniała papierosami, benzyną, whisky i archiwami pełnymi tajnych dokumentów. Tempo jest tutaj bezlitosne. Rozdziały kończą się tak, że człowiek odruchowo przewraca kolejną stronę, choć rozsądek podpowiada już dawno: „idź spać, idiotko”.

Nie poszłam.

I właśnie to jest najlepsza rekomendacja.

Książka ma oczywiście swoje potknięcia. Testosteron momentami leje się z kartek jak paliwo z dziurawego baku, a autor bywa tak zakochany w swoich pomysłach, że wrzuca ich do jednego rozdziału tyle, ile innym autorom wystarczyłoby na trzy książki. Tyle że pod całym tym szaleństwem siedzi coś, czego nie da się podrobić – autentyczna pasja.

Ta historia żyje.

Oddycha.

Pachnie wojną, starym papierem, mokrym betonem i benzyną rozgrzanego Mustanga.

Najbardziej zostaje jednak jedna myśl: wojna nigdy naprawdę się tutaj nie skończyła. Zmieniły się tylko nazwiska ludzi zarabiających na cudzej tragedii.

Reszta została dokładnie taka sama.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *