
Autor: Greg Krupa
Tytuł: Zaginiony klejnot Ferrary
Data premiery: 15.09.2021
Wydawnictwo: LeTra
Liczba stron: 320
Gatunek: kryminał
„Zdradliwe są wyobrażenia rzeczy, które uznaliśmy za prawdziwe.”
Seneka wiedział, co mówi. Włosi zresztą też wiedzą. Dlatego potrafią sprzedać człowiekowi espresso wielkości naparstka za cenę małego kredytu hipotecznego, wmówić mu, że czterdzieści stopni w cieniu to „przyjemna pogoda”, a potem jeszcze sprawić, że będzie wracał tam co roku z tym samym idiotycznym uśmiechem na twarzy. I dokładnie taki jest Greg Krupa. Człowiek bierze do ręki kryminał, spodziewa się kilku trupów, odrobiny śledztwa i paru historycznych ciekawostek, a kończy z nagłą potrzebą kupienia biletu do Ferrary, zamówienia aperolu i sprawdzenia, czy przypadkiem w którymś renesansowym pałacu nie ukryto klejnotu, przez który ludzie od wieków tracą rozum.
„Zaginiony klejnot Ferrary” ma w sobie coś niesamowicie włoskiego. Nie takiego instagramowego, plastikowego, gdzie wszyscy jedzą cytryny na tle Positano i wyglądają, jakby właśnie podpisali kontrakt reklamowy z producentem makaronu. Tutaj Włochy są spocone od upału, pachną starym kamieniem, kurzem, kawą i winem wypitym trochę za szybko. Uliczki Ferrary nie są pocztówką. One żyją. Autor prowadzi przez nie z taką swobodą, jakby zamiast pisać książkę po prostu zabierał czytelnika na wieczorny spacer. Tu ktoś trzaska okiennicą. Tam rower przeciska się przez plac. W oddali słychać rozmowy ludzi, którzy potrafią kłócić się o pomidory z dramatyzmem godnym Szekspira.
I właśnie dlatego ten kryminał działa tak dobrze. Bo zanim pojawi się trup, zanim zacznie się polowanie na obraz, klejnot i tajemnice sprzed wieków, człowiek już siedzi w Ferrarze po uszy.
A potem Greg Krupa uprzejmie przypomina, że piękne włoskie miasta mają jedną wspólną cechę: pod każdą warstwą renesansowego zachwytu leży coś zgniłego.
Wszystko zaczyna się od śmierci profesora Alessandra Bonardiego – historyka sztuki, kolekcjonera i człowieka, który najwyraźniej wiedział trochę za dużo. Jego willa przypomina bardziej muzeum niż dom. Obrazy, antyki, atmosfera bogactwa i tego rodzaju elegancji, która natychmiast budzi podejrzenia. Bo umówmy się: jeśli ktoś mieszka we Włoszech w willi pełnej dzieł sztuki, to w kryminale nigdy nie kończy się to dobrze.
Znika obraz Bartolomea Veneto przedstawiający Beatrice d’Este. Pojawiają się ślady prowadzące do legendy tajemniczego klejnotu Ferrary – „gemma gemmarum”. A cała historia zaczyna rozrastać się jak włoska rodzina przy niedzielnym obiedzie: trochę sztuki, trochę historii, trochę alchemii, trochę templariuszy, trochę polityki i wystarczająco dużo sekretów, żeby każdy w tym mieście wyglądał podejrzanie.
Na scenę wchodzi Davide Dobravski. I tutaj od razu muszę powiedzieć jedno: uwielbiam tego człowieka. To nie jest żaden nadęty geniusz z IQ równym numerowi kierunkowemu do Watykanu. Davide jest inteligentny, ale też impulsywny, trochę chaotyczny, czasem irytujący, a momentami tak spektakularnie niezręczny, że człowiek ma ochotę wejść do książki i powiedzieć: „Matko boska, chłopie, zamknij się, zanim znowu coś palniesz”. I właśnie dlatego działa. Zwłaszcza kiedy obok pojawia się Diana.
Relacja między nimi ma ten cudowny włoski temperament: trochę flirtu, trochę spięć, trochę zawodowej frustracji i dużo energii ludzi, którzy niby próbują zachować profesjonalizm, ale chemia robi swoje. Krupa świetnie wyłapuje takie drobne sytuacyjne momenty – spojrzenia, uszczypliwości, nieudane próby zachowania powagi.
W pewnym momencie Davide bardziej przypomina człowieka walczącego o resztki godności niż dziennikarza prowadzącego śledztwo. I całe szczęście. Bo dzięki temu książka oddycha.
Największy problem wielu kryminałów historycznych polega na tym, że autorzy zachowują się tak, jakby połknęli encyklopedię i koniecznie chcieli ją teraz zwrócić czytelnikowi rozdział po rozdziale. Tutaj tego nie ma. Historia nie jest wykładem. Ona pracuje pod skórą tej opowieści.
Ród d’Este. Lukrecja Borgia. Renesansowa Ferrara. Templariusze. Ukryte symbole. Obrazy, które przestają być wyłącznie obrazami. Greg Krupa wrzuca czytelnika w ten świat z ogromną swobodą, bez zadęcia i bez tego męczącego literackiego popisywania się wiedzą.
I właśnie dlatego człowiek chłonie te wszystkie historyczne smaczki z autentyczną przyjemnością. Zwłaszcza że Ferrara w tej książce momentami przypomina wielką teatralną scenę.
„Miasto wyglądało, jakby od wieków odgrywało ten sam spektakl.”
To jedno zdanie idealnie oddaje klimat całej powieści. Wszystko tutaj jest trochę performansem. Elegancja. Sztuka. Rodzinne nazwiska. Nawet uprzejmość bohaterów brzmi czasem tak, jakby za chwilę ktoś miał komuś wbić nóż między żebra.
I może dlatego ta książka tak świetnie działa latem. Bo lato ma w sobie coś podejrzanego.
Te wszystkie wakacyjne wyjazdy, które w teorii mają być odpoczynkiem, często kończą się dokładnie tak, jak kryminały Krupy: człowiek wychodzi tylko na kawę, a po dwóch godzinach siedzi w obcej uliczce, obserwuje ludzi i nagle zaczyna podejrzewać, że każdy coś ukrywa.
Czytałam tę książkę i miałam przed oczami dokładnie ten rodzaj włoskiego popołudnia, kiedy asfalt jeszcze oddaje ciepło, koszula klei się do pleców, a powietrze pachnie winem, kurzem i cytrusami. I wtedy autor wjeżdża cały na biało z historią o śmierci, chciwości, obsesji i klejnocie, który od wieków rozpala ludzką wyobraźnię bardziej niż zdrowy rozsądek.
Najlepsze jest jednak to, że pod tą kryminalną intrygą cały czas pulsuje fascynacja sztuką. Nie sztuką w wersji „proszę państwa, oto analiza obrazu”. Sztuką jako śladem. Jako językiem.
Autor bardzo pięknie pokazuje, że obrazy potrafią być bardziej niebezpieczne niż broń. Bo broń zabija ciało, a sztuka zostawia po człowieku historię.
Gemma gemmarum zwany Kamieniem Filozoficznym nie jest tu zwykłym zaginionym klejnotem. On staje się osią całej opowieści. Lustrem obsesji. Dowodem na to, że ludzie od wieków robią dokładnie to samo: pożądają rzeczy, które powinny pozostać ukryte.
I jeszcze ten humor.
Bo naprawdę dawno nie czytałam kryminału, który z taką lekkością balansowałby między śmiercią a ironią.
Davide momentami zachowuje się jak człowiek, który sam nie wie, czy prowadzi śledztwo, czy właśnie wpakował się w bardzo skomplikowaną katastrofę emocjonalną. Jego dialogi z Montanarim są fantastyczne. Stary redaktor ma w sobie energię człowieka, który widział już wszystko, niczego się nie boi i najprawdopodobniej przeżyje nawet apokalipsę, pod warunkiem że ktoś wcześniej poda mu espresso.
A Ferrara? Ferrara obserwuje to wszystko z typową włoską obojętnością. Tam nawet tragedie wydają się bardziej stylowe. I właśnie za ten klimat kocham Grega Krupę. Za to, że potrafi napisać kryminał, który nie jest wyłącznie zagadką do rozwiązania. To książka, którą się chłonie zmysłami. Człowiek czuje upał. Słyszy gwar miasta. Widzi światło odbijające się od murów.
„Powietrze pachniało deszczem, chociaż nie spadła ani kropla.”
Piękne zdanie.
W ogóle Krupa ma świetne wyczucie rytmu. Jego opisy nigdy nie są przegadane, ale zostawiają obraz w głowie. I to taki obraz, który człowiek pamięta długo po zamknięciu książki.
Zwłaszcza sceny spacerów po Ferrarze.
Matko, jakie to jest dobre.
Czytałam te fragmenty i miałam ochotę natychmiast rzucić wszystko, kupić lnianą sukienkę, okulary przeciwsłoneczne i wyjechać do Włoch, żeby siedzieć wieczorem przy małej knajpie, pić aperol i udawać, że jestem bohaterką kryminału, która absolutnie nie zamierza mieszać się w żadne śledztwo. Oczywiście po trzech godzinach pewnie grzebałabym w jakiejś średniowiecznej legendzie i śledziła podejrzanego właściciela galerii sztuki.
Ta książka ma dokładnie taki wpływ na człowieka.
I jeszcze jedno.
Bardzo podoba mi się, że autor nie robi z Włoch taniej romantycznej dekoracji.
Ferrara jest tutaj piękna, ale też zmęczona historią. Pełna pychy, dawnych ambicji, rodzinnych sekretów i ludzi, którzy nauczyli się przez wieki elegancko ukrywać brud pod warstwą marmuru.
To nie są Włochy z folderu biura podróży. To są Włochy, które żyją. Krzyczą. Kłamią. Uwodzą.
I właśnie dlatego tak cholernie trudno je opuścić. Zwłaszcza kiedy Greg Krupa prowadzi przez nie z taką swobodą.
Jeżeli „Zabójczy urok Gardy” był dla mnie zaproszeniem do świata Davidego, to „Zaginiony klejnot Ferrary” jest idealnym początkiem tej znajomości. Tutaj wszystko dopiero się rodzi: bohaterowie, relacje, obsesje, klimat tej serii.
I człowiek bardzo szybko orientuje się, że wpadł. Bo po tej książce zaczyna patrzeć na włoskie wakacje trochę inaczej. Już nie widzi wyłącznie słońca i makaronu. Widzi stare pałace. Obrazy. Ukryte przejścia. Sekrety rodów. I dziennikarza, który prawdopodobnie znowu pakuje się tam, gdzie absolutnie nie powinien.
A najgorsze jest to, że czytelnik idzie za nim z ogromną przyjemnością.
Lato dopiero się zbliża. Ludzie planują urlopy, zaznaczają na mapach plaże, kupują kremy z filtrem i stroje kąpielowe. A ja tymczasem powoli przeprowadzam się mentalnie do Ferrary. Tam, gdzie pod rozgrzanym włoskim słońcem historia nadal oddycha. Tam, gdzie sztuka potrafi być groźniejsza niż broń. I tam, gdzie Greg Krupa po raz kolejny udowadnia, że najlepsze kryminały nie tylko opowiadają historię. One pachną miejscem, w którym zostały osadzone. A Ferrara pachnie tutaj absolutnie obłędnie.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

