
Autor: Pergiorgio Pulixi
Tytuł: Wyspa dusz
Data premiery: 25.02.2026
Wydawnictwo: Mova
Liczba stron: 432
Gatunek: kryminał, thriller noir
Tłumaczenie: Tomasz Kwiecień
„Woda się nie zrodzi, jeśli krew jej paść nie będzie”.
To właściwie manifest całej książki – rytuał, ofiara i pradawna logika krwi.
Skoro lato już ostrzy sobie pazury na nasze kalendarze, a człowiek zaczyna mentalnie pakować walizkę, nawet jeśli fizycznie nadal siedzi przy kuchennym blacie i udaje, że ogarnia życie, postanowiłam wejść w klimat włoski. Na początek Sardynia. Ale nie ta z folderów biur podróży, gdzie wszystko pachnie cytryną, solą i obietnicą opalenizny, tylko Sardynia Piergiorgia Pulixiego – kamienna, duszna, pogańska, pełna milczenia, które nie jest elegancką ciszą po espresso, lecz czymś znacznie starszym, bardziej upartym i zdecydowanie mniej przyjaznym dla człowieka, który naiwnie sądzi, że przeszłość da się zamknąć w muzeum i podpisać tabliczką „stanowisko archeologiczne”.
„Wyspa dusz” zaczyna się jak kryminał, ale szybko pokazuje zęby powieści noir. W Cagliari powstaje nowa, eksperymentalna komórka do spraw nierozwiązanych, czyli takie policyjne czyśćcowe zaplecze, do którego nie trafia się za zasługi, tylko za to, że komuś wysoko postawionemu człowiek zbyt mocno nadepnął na wypolerowany but. Mara Rais zostaje tam przeniesiona z sekcji zabójstw, bo ma talent, intuicję i język tak niewyparzony, że w dobrze zarządzanej instytucji natychmiast kwalifikuje się jako zagrożenie biologiczne. Jest świetną policjantką, ale nie umie siedzieć cicho, a jak wiadomo, w strukturach mundurowych kompetencje są miłe, dopóki nie przeszkadzają świętemu spokojowi przełożonych.
Do tej samej jednostki trafia Eva Croce, oddelegowana z Mediolanu, kobieta z zupełnie innym życiorysem, ale równie kiepskim bilansem wewnętrznym. Pracowała przy sektach i zbrodniach rytualnych, ma doświadczenie, którego w Cagliari bardzo potrzebują, ale jej przyjazd nie pachnie awansem. Raczej zesłaniem. Eva niesie za sobą prywatny rozpad, śmierć, psychotropy, długie zwolnienie, płatny urlop „ostrożnościowy” i tę specyficzną aurę człowieka, który żyje dalej, bo nikt mu formalnie nie pozwolił przestać. Pulixi nie robi z niej papierowej twardzielki. Eva jest ostra, ale krucha. Chłodna, ale wypalona. Samotna nie w sposób romantyczny, tylko bardzo nieestetyczny, życiowy, taki z materacem, pustym mieszkaniem i wózkiem dziecka, którego już nie ma.
Ten duet – Mara i Eva – jest jednym z najmocniejszych elementów powieści. Nie ma tu lukrowanego siostrzeństwa, serialowego „girl power” ani wzruszającego klepania się po ramieniu. One najpierw się ścierają. Mierzą wzrokiem. Sprawdzają granice. Jedna jest Sardynką z charakterem ostrym jak nóż do pecorino, druga kobietą z kontynentu, która przywozi ze sobą nie tylko policyjną wiedzę, lecz także własne demony zapakowane bez żadnej kokardki. Obie znalazły się w tej jednostce za karę, ale właśnie dlatego pasują do sprawy, której nikt normalny nie chciałby dotykać nawet przez lateksowe rękawiczki.
A sprawa zaczyna się od zaginięcia młodej Dolores Murgii i szybko prowadzi w stronę starych morderstw, dawnych śledztw oraz człowieka, który od lat powtarzał, że na Sardynii działa coś więcej niż zwykły zabójca. Moreno Barrali, stary policjant, dla kolegów pół legenda, pół pośmiewisko, przez lata próbował przekonać przełożonych, że niewyjaśnione zbrodnie z przeszłości mają rytualny charakter. Nikt nie chciał go słuchać, bo instytucje mają to do siebie, że wolą człowieka uznać za wariata, niż przyznać, że przez lata mogły ignorować prawdę leżącą im pod nosem.
Moreno jest postacią tragiczną, i to nie w teatralnym, napuszonym sensie. On umiera. Choroba odbiera mu ciało i powoli zaczyna podgryzać pamięć, czyli dokładnie to narzędzie, którym przez całe życie pracował. Ma kilka miesięcy, może mniej, i jedną obsesję: przekazać komuś sprawę, zanim sam zniknie w tej ciemności, przed którą całe życie próbował ratować cudze córki. Jego „seryjny morderca z nuragów” brzmi dla innych jak starcze majaczenie, ale Pulixi bardzo pięknie pokazuje, że czasem upór jednego człowieka jest jedyną zaporą między prawdą a wygodnym kłamstwem.
Wraz z Moreno, Marą i Evą wchodzimy w Sardynię, która nie jest tłem, tylko osobnym organizmem. Wyspa ma własny puls, własną pamięć i własne prawo ciążenia. Pulixi prowadzi nas przez nuragi, święte studnie, megalityczne pozostałości, dawne miejsca kultu, przez symbole wody, krwi, płodności, śmierci i ofiary. „Woda się nie zrodzi, jeśli krew jej paść nie będzie” – to zdanie mogłoby wisieć nad całą powieścią jak czarna chorągiew. Bo tutaj rytuał nie jest dekoracją dla turystów, którzy po zwiedzaniu ruin kupią sobie magnesik i wrócą do hotelu. Rytuał jest językiem, którym ta ziemia nadal mówi do ludzi.
Najciekawsze w „Wyspie dusz” jest właśnie to, że archeologia nie służy tu do ładnego podkręcenia klimatu. Ona jest fundamentem zbrodni, mentalności, społecznego milczenia. Dawne wierzenia nie odeszły, tylko zmieniły ubranie. Dzisiaj nie muszą już stać na środku placu w maskach i odprawiać obrzędów przy ogniu, bo równie dobrze mogą działać przez rodzinne układy, klanową lojalność, strach przed obcymi, patriarchalną przemoc i tę przeklętą zmowę milczenia, która w małych społecznościach bywa twardsza niż kodeks karny.
Pulixi pokazuje Sardynię jako miejsce, w którym chrześcijaństwo, nowoczesność i państwowe procedury osiadły na czymś znacznie starszym. Pod spodem nadal pracuje pogański rdzeń. Kult wody, ziemi, księżyca, krwi i ofiary nie jest martwą ciekawostką z wykładu dla studentów archeologii. To sposób myślenia o świecie, w którym natura wymaga zapłaty, kobiece ciało może stać się narzędziem rytuału, a rodzina bywa świętsza niż sprawiedliwość. Brzmi pięknie? Nie. Brzmi upiornie. I właśnie dlatego działa.
Ale uczciwość recenzencka, ta wredna przyjaciółka, która zawsze przychodzi w najmniej wygodnym momencie i psuje nam gotową laurkę, każe powiedzieć jasno: ta książka mnie miejscami zmęczyła. Pulixi ma ogromną wiedzę i wielką fascynację Sardynią, tylko czasem zachowuje się jak człowiek, który zaprosił nas na kryminał, po czym zamknął drzwi, wyjął wskaźnik laserowy i oznajmił: „A teraz, kochani, trzy godzinki o nuragijskich rytuałach wodnych, bez przerwy na kawę”. Ja rozumiem, naprawdę rozumiem, po co to wszystko jest. Bez tego tła powieść straciłaby swój mrok, głębię i odrębność. Tyle że momentami archeologiczno-antropologiczna warstwa zaczyna ciążyć fabule jak kamień w plecaku podczas urlopowego spaceru, który według mapy miał trwać dwadzieścia minut, a kończy się kryzysem egzystencjalnym na szlaku.
Nie jest to jednak wada, która zabija książkę. Raczej cecha, która bardzo precyzyjnie określa jej odbiorcę. Jeśli ktoś szuka szybkiego, policyjnego thrillera, w którym trup pojawia się co trzy rozdziały, a śledczy rozwiązują sprawę między jednym cappuccino a drugim, może się odbić. Jeśli jednak lubicie noir, gęste, duszne, zanurzone w miejscu tak mocno, że krajobraz staje się współwinny zbrodni, Pulixi ma dla was coś naprawdę konkretnego. To nie jest lekka włoska pocztówka. To pocztówka znaleziona w starej kapliczce, poplamiona ziemią i czymś, czego lepiej nie badać bez rękawiczek.
Największą siłą powieści pozostaje atmosfera. Sardynia jest tutaj piękna w sposób niebezpieczny. Nie kusi, tylko obserwuje. Nie zaprasza, tylko sprawdza, czy masz dość odwagi, by wejść głębiej. Rozległe przestrzenie, cisza, makia, kamienie, stare osady, grobowce olbrzymów – wszystko to tworzy pejzaż, w którym człowiek wydaje się zaledwie chwilowym intruzem. Przyroda nie jest pocieszeniem. Jest siłą starszą od ludzkiego prawa. Czymś, co patrzyło na ofiary długo przed narodzinami współczesnej policji i będzie patrzeć dalej, kiedy wszyscy funkcjonariusze odejdą na emeryturę, umrą albo zostaną zapomniani.
W tej scenerii doskonale działa noir. Bo noir, wbrew temu, co niektórzy uparcie próbują nam sprzedać, nie polega na tym, że bohater pali papierosa w deszczu i ma smutne spojrzenie. Noir polega na przekonaniu, że zło nie jest wypadkiem przy pracy, lecz częścią systemu. Że pojedynczy morderca bywa tylko objawem głębszej choroby. W „Wyspie dusz” tą chorobą jest dziedziczona przemoc, klanowa lojalność, patriarchalne prawo, milczenie starsze niż państwo i mit, który nie chce zdechnąć, bo ludzie wciąż go karmią.
Dlatego tak ważny jest wątek Moreno. On nie jest tylko starym śledczym od „sprawy sprzed lat”. On jest żywym dowodem na to, że nierozwiązana zbrodnia nie zostaje w aktach. Ona wchodzi człowiekowi pod skórę, odbiera sen, zatruwa relacje, robi z życia poczekalnię. Moreno przez lata nosił w sobie sprawę, której inni nie chcieli widzieć. Choroba tylko przyspiesza moment, w którym musi oddać tę obsesję dalej. I tu Pulixi dotyka czegoś bardzo mocnego: czasem śledztwo nie jest walką o sprawiedliwość w sensie wielkich słów, lecz ostatnią próbą ocalenia własnej duszy przed poczuciem, że się zawiodło tych, którzy już nie mogą mówić.
Eva i Mara przejmują tę pałeczkę nie dlatego, że są idealne. Właśnie dlatego, że nie są. Obie są uszkodzone, zepchnięte na margines, wkurzone, niedocenione, obarczone prywatnym syfem, który w normalnym świecie kazałby im wziąć urlop i pojechać gdzieś bez zasięgu. Ale kryminały noir rzadko dają ludziom luksus zdrowych mechanizmów radzenia sobie z traumą. Tu człowiek dostaje sprawę, trupa, archiwum i przełożonego, który mówi mniej więcej: ” Proszę bardzo, baw się dobrze w piekle.”
I ja to kupuję. Z lekkim zmęczeniem, owszem, ale kupuję.
„Wyspa dusz” to powieść dla tych, którzy lubią, kiedy kryminał ma pod paznokciami ziemię, a nie tylko sprawnie rozpisaną intrygę. Dla tych, którzy chcą poczuć, że miejsce ma znaczenie. Że Sardynia nie jest egzotycznym tłem, tylko bohaterką – surową, piękną, okrutną i tak starą, że nasze współczesne lęki wyglądają przy niej jak chwilowa fanaberia.
Czy polecam?
Fanom noir bardzo. Bez mrugania. To kawał mrocznej, gęstej, nieoczywistej literatury gatunkowej, która potrafi przyprawić o ciarki nie tanim straszakiem, ale świadomością, że przeszłość nigdy naprawdę nie odchodzi. Ona tylko czeka, aż ktoś znów wypowie jej imię.
A ja, wchodząc powoli w ten włoski przedwakacyjny klimat, dostałam na początek Sardynię bez filtra, bez prosecco i bez instagramowego lukru. Sardynię, gdzie kamienie pamiętają więcej niż ludzie, woda domaga się krwi, a stare wierzenia nadal chodzą po ziemi w butach współczesnych morderców. I choć Pulixi chwilami sprawił, że czułam się jak na archeologicznym seminarium z obowiązkową listą obecności, to jednak trudno odmówić mu jednego: stworzył noir, które nie pachnie papierem i policyjnym archiwum, tylko rozgrzaną ziemią, strachem i pradawnym rytuałem.
A takie książki, nawet gdy męczą, zostawiają ślad.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

