
Autor: Małgorzata Starosta
Tytuł: Gdzie są moje zwłoki?
Data premiery: 08.02.2025
Wydawnictwo:Wydawnictwo Mięta
Liczba stron: 352
Gatunek: kryminał, cozy kryminał
„ Zwłoki nie mają w zwyczaju wychodzić na spacer. A już na pewno nie bez pozwolenia.”
I w tym jednym zdaniu, rzuconym niby od niechcenia, z tą charakterystyczną dla Małgorzaty Starosty lekkością, która podszyta jest czymś znacznie bardziej złośliwym niż niewinna ironia, zawiera się właściwie cała obietnica tej historii: że będzie poważnie, ale nie śmiertelnie poważnie; że będzie o rzeczach ciężkich, lecz opowiedzianych tak, że zamiast przygniatać, zaczynają wciągać, rozbrajać, a momentami wręcz bawić w sposób, który zaskakuje własną bezczelnością.
Bo widzisz, to jest dokładnie ten typ opowieści, o której nie da się mówić językiem chłodnej analizy, choć dotyka tematów, które aż proszą się o patos, o powagę, o ten cały ciężar „ważnych spraw”, a mimo to autorka z uporem i precyzją wybiera inną drogę – drogę rozmowy, półuśmiechu, spojrzenia znad kubka kawy, w którym ktoś właśnie rozpuszcza kolejną dawkę cynizmu, bo inaczej się nie da, bo inaczej to wszystko byłoby po prostu nie do zniesienia.
Zaczyna się niby od absurdu, który w pierwszej chwili wydaje się żartem rzuconym przez zmęczonego pracownika systemu, który widział już zbyt wiele, żeby traktować cokolwiek śmiertelnie serio, a jednak im dłużej się nad nim zastanawiasz, tym bardziej czujesz, że ten absurd ma w sobie coś niepokojąco realnego – zwłoki znikające z miejsca, w którym powinny być najbezpieczniejsze, najpewniejsze, najbardziej „pod kontrolą”, stają się nie tylko zagadką kryminalną, lecz także czymś znacznie bardziej niepokojącym, czymś, co zaczyna podważać porządek rzeczy, który tak bardzo lubimy uważać za oczywisty.
I tutaj pojawia się Jeremi Organek, który nie wchodzi do tej historii jak bohater z pomnika, tylko jak człowiek, który doskonale wie, że rzeczywistość rzadko układa się w logiczne schematy, a mimo to uparcie próbuje ją w nich zmieścić, bo taka jest jego praca, jego sposób myślenia, jego metoda na przetrwanie w świecie, w którym nic nie jest do końca takie, jakim się wydaje.
Obok Jeremiego pojawia się Linda Miller i nagle robi się jeszcze ciekawiej, bo zamiast klasycznego układu „on prowadzi, ona pomaga” dostajesz duet, który funkcjonuje na zasadzie napięcia, drobnych złośliwości, półsłówek i spojrzeń, które znaczą więcej niż całe akapity opisu, a ich rozmowy brzmią tak, jakbyś siedziała obok i podsłuchiwała coś, co absolutnie nie było przeznaczone dla twoich uszu.
„ To nie jest normalne.
– W tej sprawie nic nie jest normalne.
– To mnie właśnie niepokoi.
— Mnie przestało.”
I nagle łapiesz się na tym, że uśmiechasz się w miejscu, w którym wcale nie powinnaś, bo przecież mówimy o zwłokach, o zniknięciach, o rzeczach, które z natury swojej są ciężkie i mroczne, a jednak sposób, w jaki są podane, sprawia, że zamiast się cofać, idziesz dalej, coraz głębiej, coraz bardziej ciekawa, co jeszcze autorka ma w zanadrzu.
Ten humor, który tu działa, nie jest krzykliwy, nie próbuje się przypodobać, nie robi z siebie gwiazdy wieczoru, tylko pojawia się dokładnie tam, gdzie powinien, jak dobrze wymierzona riposta, jak spojrzenie pełne niedopowiedzeń, które zostawia więcej przestrzeni niż tysiąc słów wyjaśnienia.
A pod tym wszystkim zaczyna powoli pulsować drugi poziom tej opowieści, który wchodzi niemal niezauważalnie, jakby ktoś uchylił drzwi i wpuścił chłodne powietrze z innego czasu, z innej rzeczywistości, gdzie historia przestaje być tylko tłem, a zaczyna być czymś, co realnie wpływa na teraźniejszość, co kształtuje ludzi, ich decyzje, ich lęki.
Wątki związane z Lebensbornem, z germanizacją dzieci, z tym wszystkim, co powinno zostać zamknięte i opowiedziane raz na zawsze, nagle okazują się nie tylko dodatkiem, ale czymś, co nadaje tej historii ciężar, który zostaje z tobą znacznie dłużej niż pojedyncza zagadka kryminalna.
I w tym momencie dociera do ciebie, że ten lekki ton, ta ironia, te żarty rzucane półgłosem, nie są przypadkowe ani ozdobne, tylko stanowią mechanizm obronny, sposób na opowiedzenie rzeczy, które w innej formie byłyby nie do uniesienia.
„ Historia lubi wracać.
– Historia nie wraca. Ona nigdy nie odchodzi.”
Brzmi znajomo, prawda? Brzmi jak coś, co mogłoby paść przy kawie, między jednym a drugim żartem, a jednocześnie zostawia cię z myślą, która nie chce się odczepić, która zaczyna pracować gdzieś z tyłu głowy, jak cichy, uporczywy szum.
I właśnie dlatego tak dobrze się to czyta, bo zamiast nachalnego moralizowania dostajesz historię, która sama robi swoje, która pozwala ci się zaśmiać, żeby chwilę później delikatnie podsunąć coś, co zostanie z tobą na dłużej, coś, czego nie da się już tak łatwo zignorować.
Relacja między bohaterami rozwija się bez zbędnego dramatyzmu, bez teatralnych gestów, za to z wyczuciem, które sprawia, że każdy dialog, każda wymiana zdań ma znaczenie, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wygląda jak zwykła rozmowa o niczym, jak kolejna wymiana ironicznych uwag, które mają tylko wypełnić przestrzeń między jednym tropem a drugim.
A jednak to właśnie w tych momentach buduje się coś najciekawszego – napięcie, chemia, to trudne do uchwycenia „coś”, co sprawia, że zaczynasz kibicować, zaczynasz się angażować, zaczynasz czekać nie tylko na rozwiązanie zagadki, ale też na kolejne spotkanie tych dwojga, na kolejną rozmowę, która znów powie więcej, niż powinna.
Nie ma tu tanich chwytów, nie ma sztucznego podkręcania emocji, za to jest konsekwencja i pewność ręki, która wie, co robi, wie, gdzie prowadzi tę historię i jak ją opowiedzieć, żeby nie zgubić po drodze ani tempa, ani sensu. I może właśnie dlatego tak trudno mówić o tej opowieści w kategoriach typowego kryminału, bo owszem, jest zagadka, są tropy, są elementy śledztwa, ale to wszystko stanowi raczej ramę, w której dzieje się coś znacznie ciekawszego – coś, co dotyczy ludzi, ich reakcji, ich sposobów radzenia sobie z rzeczywistością, która rzadko bywa wygodna i jeszcze rzadziej sprawiedliwa.
„ Myślisz, że to się da wyjaśnić?
— Wszystko się da wyjaśnić. Pytanie brzmi, czy będziesz chciała to usłyszeć.”
I znowu ten moment zawahania, ten ułamek sekundy, w którym przestajesz się uśmiechać, bo dociera do ciebie, że za tym lekkim tonem kryje się coś znacznie bardziej gorzkiego, coś, co nie daje łatwych odpowiedzi i nie próbuje udawać, że wszystko da się ładnie poskładać.
Rozmowa o tej historii, wyglądałaby pewnie tak, że zaczęłybyśmy od śmiechu, od tych wszystkich drobnych momentów, które rozbrajają, które sprawiają, że czytanie staje się przyjemnością, a skończyłybyśmy na czymś znacznie bardziej cichym, bardziej poważnym, choć bez patosu, bez wielkich słów, raczej z tym charakterystycznym dla nas spojrzeniem, które mówi: „no dobra, to jednak było coś więcej”.
Bo było.
Było zabawnie, było inteligentnie, było momentami bezczelnie, ale pod tym wszystkim była historia, która nie boi się sięgać głębiej, która nie zatrzymuje się na poziomie „rozrywki”, choć doskonale wie, jak tę rozrywkę dostarczyć. I może właśnie dlatego zostaje na dłużej, bo zamiast próbować być czymś wielkim i ważnym, wybiera bycie czymś prawdziwym, a to, jak wiadomo, zdarza się znacznie rzadziej, niż powinno.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

