Recenzje

„Mgła” – Kamila Bryksy

Autor: Kamila Bryksy
Tytuł: Mgła

Data premiery: 24.01.2024
Wydawnictwo: Wydawnictwo Mięta
Liczba stron: 288
Gatunek: kryminał, thriller

„Czasami najlepsze, co możesz zrobić, to podjąć bardzo złą decyzję.”

To zdanie nie jest ozdobą. To ostrzeżenie. I jednocześnie obietnica, że ta historia nie zamierza nikogo prowadzić za rękę ani tłumaczyć się z własnych wyborów.

„Mgła” zaczyna się jak coś, co już znamy aż za dobrze – kobieta traci pamięć, świat wokół niej zaczyna się rozjeżdżać, a ludzie, którzy powinni być najbliżej, nagle stają się podejrzanie uprzejmi, podejrzanie cierpliwi i podejrzanie pewni tego, kim ona jest. Schemat? Oczywiście. I właśnie dlatego działa. Bo im bardziej coś wydaje się znajome, tym łatwiej przegapić moment, w którym zaczyna się coś dzziać.

Ewelina Dobrzycka budzi się w rzeczywistości, która formalnie należy do niej, ale emocjonalnie jest całkowicie obca. Nie pamięta, kim jest, nie pamięta ludzi, którzy mówią do niej po imieniu, nie pamięta własnego życia, które ktoś bardzo sprawnie próbuje jej streścić. I w tym miejscu większość thrillerów zaczyna grać w jedną, przewidywalną grę: „czy to prawda, czy nie?”. Kamila Bryksy robi coś bardziej bezczelnego – zmienia zasady i każe zadać inne pytanie: „kto ma interes w tym, żeby to była prawda?”.

Karol, mąż idealny w wersji demonstracyjnej, pojawia się z gotowym scenariuszem. Wspomnienia podane jak na tacy, miejsca, które „były ważne”, opowieści, które brzmią jak dobrze wyuczone kwestie. Wszystko miękkie, opiekuńcze, kontrolowane. Za bardzo kontrolowane. W tej relacji od pierwszych stron czuć coś, co trudno nazwać, ale łatwo rozpoznać – narrację. Taką, która nie pozwala na sprzeciw, bo jest podana jako troska.

Rodzina Karola dokłada kolejne warstwy. Każdy coś wie, każdy coś sugeruje, każdy coś przemilcza. Atmosfera nie jest gęsta od napięcia, tylko od niedopowiedzeń. I to jest największa siła tej książki – ona nie straszy wydarzeniami, tylko informacją. A raczej jej brakiem. Bo kiedy tracisz pamięć, każdy szczegół staje się podejrzany, a każde zdanie może być manipulacją.

I tu pojawia się pierwszy zgrzyt, który zamiast odstraszać, wciąga jeszcze bardziej – Ewelina nie zachowuje się jak klasyczna ofiara. Nie ma tu rozedrganej bezradności ani panicznego szukania punktu zaczepienia. Jest chłodna obserwacja. Jest dystans. Jest coś, co bardzo szybko zaczyna wyglądać jak gra. I to jest moment, w którym czytelnik traci grunt pod nogami, bo nagle nie wiadomo już, czy to historia o kobiecie, której odebrano przeszłość, czy o kobiecie, która tę przeszłość właśnie odzyskuje – na własnych warunkach.

Autorka prowadzi narrację z precyzją, która nie rzuca się w oczy, bo jest zbyt dobrze ukryta. Nie ma tu tanich sztuczek, nie ma efektownych twistów co kilka stron, nie ma desperackiego podkręcania tempa. Zamiast tego jest systematyczne rozmontowywanie zaufania. Do bohaterów. Do sytuacji. Do własnych przypuszczeń. Czytelnik zaczyna budować wersję wydarzeń, a potem patrzy, jak ta wersja się rozpada – nie dlatego, że była głupia, tylko dlatego, że była wygodna.

Fabuła opiera się na kilku liniach, które na początku wydają się od siebie odległe, ale bardzo szybko zaczynają się przenikać. Wspomnienia, które wracają fragmentami. Sytuacje, które nie do końca się zgadzają. Relacje, które mają zbyt wiele luk. Wszystko to układa się w historię, która nie chce być prosta. I bardzo dobrze, bo prostota byłaby tu zdradą tematu.

Bo „Mgła” nie jest książką o amnezji.

Jest książką o kontroli.

O tym, kto ma prawo opowiadać czyjeś życie.

O tym, jak łatwo można kogoś zamknąć w wersji wydarzeń, którą uzna się za wygodną.

I o tym, że pamięć wcale nie jest najważniejsza – ważniejsze jest to, kto i jak ją interpretuje.

Autorka bardzo świadomie gra motywem prawdy. Nie ma tu jednego wielkiego sekretu, który czeka na odkrycie jak nagroda na końcu. Zamiast tego jest seria mniejszych kłamstw, półprawd i przemilczeń, które zaczynają się nawarstwiać. I w pewnym momencie okazuje się, że nie trzeba jednego wielkiego twistu, żeby wszystko się rozsypało. Wystarczy kilka dobrze postawionych pytań.

Największym atutem tej historii jest to, że nie daje komfortu moralnego. Nie ma tu bohaterów, których można bezpiecznie polubić, ani takich, których można bez wyrzutów sumienia znienawidzić. Każdy ma coś do ukrycia. Każdy coś manipuluje. Każdy gra swoją wersję wydarzeń. I to jest ten moment, w którym thriller przestaje być rozrywką, a zaczyna być czymś bardziej niewygodnym.

Bo nagle pojawia się pytanie: czy naprawdę chodzi o to, kto mówi prawdę, czy raczej o to, kto potrafi ją lepiej sprzedać?

Tempo książki jest zdradliwe. Na pierwszy rzut oka spokojne, wręcz momentami powolne, ale to tylko pozór. To nie jest historia, która przyspiesza – to historia, która zaciska się wokół czytelnika. Każdy kolejny rozdział dokłada kolejną warstwę napięcia, nie poprzez akcję, tylko poprzez zmianę perspektywy. To, co wydawało się pewne, zaczyna się chwiać. To, co wydawało się oczywiste, przestaje takie być.

I w tym wszystkim jest coś bardzo satysfakcjonującego, bo Bryksy nie traktuje czytelnika jak idioty. Nie podaje rozwiązań na tacy, nie tłumaczy wszystkiego łopatologicznie, nie prowadzi za rękę. Zamiast tego daje przestrzeń na domysły – a potem bezlitośnie pokazuje, jak bardzo były one naiwne.

Nie oznacza to, że książka jest bez wad. Momentami widać, że niektóre postacie funkcjonują bardziej jako narzędzia fabularne niż pełnoprawni bohaterowie. Ich motywacje nie zawsze mają wystarczającą głębię, a decyzje czasem wydają się podporządkowane konstrukcji historii, a nie psychologii. W thrillerze psychologicznym to zawsze ryzykowna gra, bo to właśnie bohaterowie powinni dźwigać ciężar opowieści.

Ale jednocześnie – i to jest ciekawy paradoks – w przypadku „Mgły” to nie do końca przeszkadza. Bo ta historia jest właśnie o tym, że ludzie nie są tacy, jakimi się wydają. Że pokazują tylko fragmenty siebie. Że budują maski, które mają działać na innych. Jeśli więc ktoś wydaje się jednowymiarowy, być może dlatego, że patrzymy na niego przez filtr, który sam stworzył.

Największe wrażenie robi sposób, w jaki autorka prowadzi czytelnika do finału. Bez fajerwerków. Bez przesady. Bez tanich efektów. Zamiast tego jest konsekwencja. Wszystko, co wydarzyło się wcześniej, zaczyna mieć znaczenie. Wszystko, co zostało powiedziane mimochodem, wraca. I nagle okazuje się, że historia była dużo bardziej spójna, niż mogło się wydawać.

Zakończenie nie daje komfortu. Nie zamyka wszystkiego elegancką klamrą, nie porządkuje świata, nie przywraca równowagi. Zostawia chaos. I bardzo dobrze, bo chaos jest tu najbardziej uczciwą odpowiedzią.

„Mgła” to książka, która nie próbuje być błyskotliwa na siłę. Nie udaje czegoś, czym nie jest. Nie epatuje brutalnością ani nie szuka tanich emocji. Zamiast tego robi coś znacznie trudniejszego – buduje napięcie na poziomie relacji, decyzji i konsekwencji. I robi to na tyle skutecznie, że czytelnik zaczyna się w tym wszystkim gubić.

A kiedy zaczyna się gubić, zaczyna też wątpić.

W bohaterów.

W wydarzenia.

W siebie.

I to jest moment, w którym ta książka naprawdę działa.

Bo przestaje być historią do przeczytania, a zaczyna być doświadczeniem, które zostaje na dłużej.

Nie dlatego, że jest idealna.

Tylko dlatego, że jest wystarczająco bezczelna, żeby nie dać łatwych odpowiedzi.

I wystarczająco inteligentna, żeby czytelnik sam zaczął ich szukać.

A kiedy już zacznie – jest za późno, żeby się wycofać.

Bo „Mgła” działa dokładnie tak, jak sugeruje tytuł.

Najpierw ogranicza widoczność.

Potem zmienia kierunek.

A na końcu zostawia z pytaniem, czy to, co się widziało, było kiedykolwiek prawdziwe.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *