
Autor: Max Czornyj
Tytuł: Kres zła
Data premiery: 15.10.2025
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 384
Gatunek: kryminał, thriller
„Bóg widzi, czas ucieka, śmierć goni, wieczność czeka…”
No i powiedz mi, jak tu zacząć spokojnie recenzję, kiedy książka otwiera się zdaniem, które brzmi jak epitafium wyryte na kamieniu, a jednocześnie jak ostrzeżenie, że zaraz ktoś tu wpadnie z siekierą w fabułę i zrobi porządek z czytelniczym spokojem. Ja przy tym cytacie miałam dokładnie tę myśl: dobra, Max, zaczynamy bez ceregieli.
A potem skojarzyłam sobie coś jeszcze.
Że to jest ta książka. Ta, w której w jednym miejscu spotykają się moi trzej ulubieni bohaterowie: komisarz Eryk Deryło, profiler Orest Rembert i doktor mortalistyki Honoriusz Mond. I w tym momencie ja już wiedziałam, że choćbym próbowała zachować recenzencki dystans, to i tak się nie uda, bo to trochę tak, jakby ktoś zebrał na jednej scenie trzech aktorów, których oglądałaś przez lata w różnych spektaklach, a teraz nagle mówi: proszę bardzo, oto wspólna historia.
I dla mnie to naprawdę była wisienka na torcie.
Bo ja te wszystkie serie uwielbiam. Czytałam wszystkie tomy z zapartym tchem – czasem dosłownie, bo kiedy trafiasz na książkę Czornyja wieczorem z myślą „tylko rozdział”, to następnego dnia jesteś niewyspana i z lekkim poczuciem winy, że znów dałaś się wciągnąć jak w narkotyk. Ale to jest dokładnie ten rodzaj czytelniczej przyjemności, której się nie wstydzę.
I powiem to wprost: Max Czornyj jest dla mnie naszym rodzimym odpowiednikiem Simona Becketta czy Chrisa Cartera. Tego typu autorów, którzy wiedzą, że thriller to nie tylko „kto zabił”, ale atmosfera, tempo, obrazy, które zostają w głowie jak drzazga.
Dlatego od samego początku wiedziałam, czego się spodziewać po „Kresie zła”. I czego oczekuję.
I nie zawiodłam się.
Historia zaczyna się pozornie jak kolejna sprawa, która wpada na biurko policji, ale bardzo szybko okazuje się, że ktoś tu gra w grę o dużo wyższą stawkę. Ktoś nie tylko zabija – ktoś reżyseruje.
Są wiadomości zostawiane jak prowokacje, są tropy prowadzące w różne strony, są symbole, które wyglądają jak fragment większego planu. A nad tym wszystkim unosi się coś, co można nazwać tylko jednym słowem: demonstracją.
Jakby morderca chciał powiedzieć: patrzcie na mnie.
W tle tej historii pojawia się coś jeszcze – cień przeszłości, który wielu czytelników tej serii zna aż za dobrze. Postać, która powinna już dawno należeć do zamkniętych spraw, a jednak jej echo wraca jak upiorny refren. I nagle okazuje się, że przeszłość nie zawsze daje się pogrzebać tak łatwo, jak byśmy chcieli.
Deryło zaczyna więc śledztwo, które prowadzi przez kolejne miejsca i kolejne odkrycia. I to są momenty, w których Czornyj robi coś, co potrafi niewielu autorów – potrafi budować atmosferę niepokoju nawet wtedy, kiedy nic spektakularnego się jeszcze nie wydarzyło.
Jest na przykład scena, w której bohaterowie trafiają na teren dawnej posesji. Zarośniętej, zapomnianej, jakby ktoś wyciął ją z mapy świata. Niby zwykłe miejsce, niby zwykła działka gdzieś na uboczu, ale wszystko w niej wygląda trochę zbyt… uporządkowanie.
Kamienie. Ziemia. Rośliny.
Mond klęka i zaczyna robić coś, co dla zwykłego człowieka wygląda absurdalnie – bierze ziemię w palce, wącha ją, przygląda się roślinom.
I wtedy pada nazwa, która brzmi prawie niewinnie: jeżogłówka gałęzista.
Ale w świecie tej książki nic nie jest niewinne. Bo ta roślina pojawia się tam, gdzie wcześniej znajdowano ciała. A to oznacza jedno: ktoś przez długi czas trzymał ludzi w miejscu, które miało pozostać niewidoczne.
Chwilę później odkryty zostaje loch.
Ziemianka, która wygląda jak relikt przeszłości, ale kiedy bohaterowie schodzą po schodach w dół, okazuje się, że ktoś przerobił ją na coś znacznie bardziej przerażającego.
Folia izolacyjna na ścianach. Oddzielone pomieszczenia. Metalowe miski. Plastikowe łyżki.
I ten zapach.
Wilgoć, pot, pleśń i coś jeszcze – zapach miejsca, w którym ludzie przebywali długo. Zbyt długo.
W takich momentach autor pokazuje, jak dobrze potrafi operować szczegółem. Bo on nie potrzebuje wielkich deklaracji ani dramatycznych monologów. Wystarczy, że pokaże metalową miskę stojącą w kącie, a czytelnik sam zaczyna dopowiadać sobie resztę.
A potem historia przyspiesza.
Pojawiają się kolejne tropy, kolejne odkrycia, kolejne elementy układanki. W pewnym momencie dochodzi do sceny, która brzmi jak fragment sensacyjnego filmu – eksplozja domu, odłamki szkła, policjanci rzucający się na ziemię.
W środku odnajdują człowieka z ładunkiem wybuchowym. Ale nawet wtedy okazuje się, że wszystko jest częścią większej gry.
Jakby ktoś chciał tylko pokazać, że potrafi.
Jeszcze ciekawsze jest to, co bohaterowie znajdują chwilę później – marynarkę, a w niej zapisany tekst. Manifest, który brzmi jak groteskowy katalog inspiracji.
Zodiak.
Unabomber.
Manson.
Jakby morderca przeglądał podręcznik historii zbrodni i wybierał z niego role, które chce odegrać.
I tu właśnie wchodzi jedna z najciekawszych cech tej książki: to nie jest tylko opowieść o zabójcy. To jest opowieść o kimś, kto chce zostać zapamiętany.
Kto chce przejść do legendy.
W tym wszystkim ogromną przyjemnością jest obserwowanie trójki bohaterów, którzy próbują to wszystko rozplątać.
Deryło działa impulsywnie, idzie do przodu nawet wtedy, kiedy logika mówi „poczekaj”. Orest wnosi do tej historii swój charakterystyczny balans między cynizmem a profesjonalizmem. A Mond – cóż, Mond jest Mondem.
Człowiekiem, który potrafi mówić o śmierci z taką spokojną precyzją, że zaczynasz się zastanawiać, czy przypadkiem nie fascynuje go ona bardziej niż powinno.
Ich wspólne sceny są jedną z największych przyjemności tej książki. Nie dlatego, że są spektakularne, ale dlatego, że każdy z nich wnosi do tej historii zupełnie inny sposób myślenia. I dzięki temu śledztwo nie jest tylko ciągiem policyjnych procedur – jest zderzeniem charakterów.
Powiem też coś, co może brzmieć jak zarzut, ale nim nie jest.
Bo przyznam się bez bicia – od pierwszych istotnych dla śledztwa scen miałam swoje podejrzenia, kim może być morderca. I kiedy historia zaczęła zbliżać się do finału, miałam w głowie to charakterystyczne uczucie: dobra, zobaczymy, czy miałam rację.
I wiesz co?
Miałam.
Ale w tej książce nie chodzi tylko o odpowiedź na pytanie „kto”. Chodzi o to, jak ta odpowiedź zostaje ujawniona i jakie emocje po drodze wywołuje.
A tych emocji jest tu sporo.
Bo „Kres zła” to thriller, który działa na kilku poziomach naraz. Z jednej strony jest dynamiczną historią o śledztwie, które prowadzi przez kolejne tropy i kolejne miejsca. Z drugiej strony jest opowieścią o obsesji – o tym, jak łatwo człowiek może uwierzyć, że najważniejszą rzeczą w życiu jest zostawić po sobie ślad.
Nawet jeśli ten ślad będzie krwawy.
I właśnie dlatego ta książka działa.
Bo Czornyj nie pisze tylko o zbrodni. On pisze o tym dziwnym miejscu w ludzkiej psychice, w którym rodzi się potrzeba bycia kimś wyjątkowym. Nawet jeśli oznacza to przejście na najciemniejszą stronę.
A przy tym robi to w sposób, który czyta się z ogromną przyjemnością. Język jest dynamiczny, sceny są obrazowe, dialogi mają tempo.
Nie ma tu zbędnych dłużyzn. Nie ma moralizowania. Jest historia, która wciąga i nie puszcza.
Dlatego jeśli ktoś zapyta mnie, czy warto sięgnąć po „Kres zła”, odpowiem bez wahania: tak.
Jeśli znacie poprzednie tomy – dostaniecie tu coś, co jest dla tej serii naprawdę wyjątkowe. Spotkanie bohaterów, które daje fanom dokładnie to, na co czekali.
Jeśli nie znacie – to i tak dostaniecie thriller, który działa sam w sobie.
A ja?
Ja zamknęłam tę książkę z jednym uczuciem.
Że chcę więcej.
I że mam nadzieję, że to jeszcze nie koniec tej historii.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

To jest jeden z moich ulubionych autorów. Ta recenzja tylko wzmaga chęć przeczytania książki Kres Zła
Muszę nadrobić twóczrość tego autora