
Autor: Sebastian Imielski
Tytuł: Kamienna rzeka
Data premiery: 20.02.2026
Wydawnictwo: Wydawnictwo Chemia Mózgu
Liczba stron: 140
Gatunek: thriller, kryminał
„Zapragnął ich zamordować, a następnie popełnić samobójstwo.”
No to dzień dobry, Walentynki. Serduszka, prosecco i myśl o podwójnym morderstwie na pierwszej stronie. Ja naprawdę lubię, kiedy literatura zaczyna z wysokiego C.
Usiadłam do „Kamiennej rzeki” z tym zdaniem w głowie i pomyślałam: okej, będzie ostro, będzie o wściekłości, o zazdrości, o tym męskim „nie wytrzymam, zaraz coś zrobię”. I przez chwilę tak jest. Czujesz napięcie, czujesz zgrzyt, czujesz, że komuś w głowie coś się przestawia na tryb destrukcji. Ale Sebastian Imielski nie zatrzymuje się na tej emocji. On ją wykorzystuje jak zapalnik. A potem odpala coś znacznie gorszego: wątpliwość.
Bo nagle okazuje się, że problemem nie jest to, co ktoś chce zrobić. Problemem jest to, czego nie pamięta.
I tu zaczyna się zabawa w kotka i myszkę z własnym umysłem.
Sny. Powtarzalne. Natrętne. Nie takie, które możesz zbyć porannym „e, głupota”. To są sny, które mają emocjonalny ciężar. Które zostają pod powiekami jak piach. Budzisz się i czujesz, że coś było ważne, że coś się właśnie próbowało przebić, tylko nie zdążyło. I to uczucie – to było dla mnie najmocniejsze. Bo ono jest cholernie ludzkie. Każdy z nas miał moment, kiedy sen był zbyt realny. Kiedy ciało reagowało szybciej niż rozsądek.
Mocarz. Zwykły głaz przy drodze. Teoretycznie. A praktycznie punkt, przy którym organizm bohatera włącza alarm jak w starym samochodzie – bez powodu, bez wyjaśnienia, za to z pełnym pakietem objawów. Paraliż. Ścisk w klatce. To nie jest literacka metafora. To jest reakcja ciała, które pamięta, choć głowa udaje, że wszystko jest w porządku.
I powiem Ci, że ja to kupuję. Bo trauma nie przychodzi z fanfarami. Ona siedzi cicho, potrafi się zabetonować, a potem wraca przez sen. I właśnie tu „Kamienna rzeka” trafia w punkt. Nie w sensacyjność. W trzewia.
Jest pogrzeb. Jest powrót w rodzinne strony. Jest to uczucie, które każdy zna – wracasz do miejsca z dzieciństwa i nagle coś się nie zgadza. Jakby przestrzeń miała własną pamięć, a Ty byłeś tylko gościem. I zaczynają się pytania. Noc Świateł. Historia, która oficjalnie jest „zamknięta”, ale w praktyce wisi nad wszystkim jak ciężkie powietrze przed burzą.
Najbardziej uderzyło mnie to, jak ta historia pokazuje milczenie. Nie dramatyczne, nie teatralne. Zwykłe. Codzienne. Takie, które polega na zmianie tematu, na spojrzeniu w bok, na zdaniu urwanym w pół. Małe społeczności mają w tym doktorat. Prawda? Prawda bywa niewygodna. A legenda jest wygodna. Legenda nie wymaga rozliczeń.
Motyw auto-hipnozy – mogło to być groteskowe, naprawdę. Mogło pachnieć telewizją śniadaniową i psychologicznym voodoo. A tutaj jest rozpaczliwą próbą odzyskania własnej historii. Bo jeśli czujesz, że w Twoim życiorysie jest czarna dziura, to albo ją zasypiesz i będziesz udawać, że to normalne, albo spróbujesz w nią wejść. Nawet jeśli boisz się, co tam znajdziesz.
I tu zaczęłam się irytować. Na bohatera. Na ludzi z tej wsi. Na to całe „lepiej nie drążyć”. Bo to jest takie nasze, prawda? Byle było cicho. Byle nikt nie wyciągał trupów z szafy. Tyle że trup, którego nie wyciągniesz, zaczyna w końcu śmierdzieć.
Autor nie daje tanich odpowiedzi. I bardzo dobrze. Bo mnie nie interesuje jednoznaczne „to było to”. Mnie interesuje ten moment, kiedy przestajesz ufać własnej pamięci. Kiedy zaczynasz podejrzewać, że to, co uznawałaś za stabilny fundament, może być nadpisane. Zmienione. Wyczyszczone.
Czytałam to i miałam ciarki. Nie z powodu „niewyjaśnionych zjawisk”. Z powodu tego, że człowiek może być dla samego siebie zagadką. I że czasem największym horrorem nie jest to, co przychodzi z zewnątrz, tylko to, co budzi się w Tobie.
„Kamienna rzeka” nie jest głośna. Ona nie krzyczy. Ona wchodzi cicho, rozkłada się w środku i zostaje. Jak kamień w bucie – niby mały, ale nie pozwala iść normalnie. Po zamknięciu książki miałam wrażenie, że coś mnie uwiera. Jakieś pytanie bez odpowiedzi. I nie wiem, czy chcę tę odpowiedź znać.
Jako patronka mogłabym napisać, że to „ważna historia”. Mogłabym użyć słów typu „uniwersalna” i „poruszająca”. Ale wiesz co? To jest po prostu dobra, cholernie niepokojąca opowieść o tym, że pamięć potrafi być zdrajcą. A sny bywają bardziej szczere niż jawne wspomnienia.
I tak, zrobiła mi ciary. Nie teatralne. Takie prawdziwe, pod skórą.
A ja naprawdę rzadko to mówię.
Więc tak, dzisiaj są Walentynki. Internet tonie w serduszkach, kolacjach przy świecach i deklaracjach miłości, a ja? Ja wjeżdżam z przedpremierową recenzją mojego patronatu. Bo skoro już świętować, to coś, co naprawdę podnosi tętno.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
