
Autor: Fernando Gamboa
Tytuł: Ostatnia krypta
Data premiery: 18.11.2025
Wydawnictwo: Autornia
Liczba stron: 410
Gatunek: powieści przygodowe i historyczne
Tłumaczenie: Piotr Jarco
„Za dwadzieścia lat będziesz bardziej żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś.”
– Mark Twain
To jedno z tych zdań, które czytasz w ciszy popijając zimową herbatę, za oknem aura udaje Syberię, a śnieg zamiast wyglądać jak z reklamy świątecznych czekoladek, sklejony jest w brudny beton. I wtedy – tak, właśnie wtedy – zaczyna się ta tęsknota, którą każdy dorosły człowiek nosi w sobie jak ukryty skarb: za latem, za słońcem, za morzem o temperaturze, która nie sprawia, że stopy odpadają po trzech sekundach.
I dlatego, wbrew temu, co podpowiada rozsądek – czyli żeby otulić się kocem i udawać, że nas nie ma – ja proponuję coś lepszego. Podnieść wzrok znad kubka, otworzyć „Ostatnią kryptę” i zanurzyć się w przygodę, która robi dokładnie to, czego ta zima nie potrafi: rozgrzewa.
Przyznam od razu: dawno nie czytałam książki, w której główny bohater wpakowuje się w tarapaty z prędkością powalającą nawet tych, którzy w życiu wygrali wszystkie poziomy „Tomb Raidera”, z dodatkiem doładowania energii za każdym razem, kiedy prawie giną. Ulises Vidal natomiast (nurek, włóczęga, specjalista od wchodzenia tam, gdzie nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien ) działa tak naturalnie, jakby chaos był jego standardową funkcją biologiczną. A ja, mogłabym mu co najwyżej pożyczyć powerbanka, bo na nic więcej mnie w tej relacji nie stać. Wyobraź sobie Ulisesa Vidala – faceta, który z tym samym wdziękiem unika odpowiedzialności, co rekinów (choć jedne i drugie dopadają go zadziwiająco regularnie). Mężczyznę, który ma talent do pakowania się w tarapaty większy niż rozum, a jednocześnie większe serce niż to, które wypada mieć w jego wieku.
Gdybym miała wybrać jedno słowo, które definiuje tę powieść, powiedziałabym: płynność.
Fernando Gamboa pisze tak, jakby sam siedział na rufie, z mokrą koszulą przyklejoną do pleców, i opowiadał Ci to wszystko na żywo, popijał piwo i od czasu do czasu wzdychał: „Cholera, żebyś tylko wiedziała, co było dalej”. On napisł powieść, która jednocześnie jest: Danem Brownem po trzech cortado, Indianą Jonesem po energetyku i przygodówką, w której logika to raczej sugestia niż faktyczna zasada działania świata. I to jest… absolutnie cudowne.
Ulisesa poznajemy w momencie, w którym robi coś dla siebie zupełnie naturalnego, a dla zwykłych ludzi absolutnie niepojętego: schodzi pod wodę. Ot tak. Żeby popatrzeć, co słychać na dnie. Autor opisuje to z takim wdziękiem, że niemal czuję ten moment zanurzenia – to zawieszenie między światami, w którym cisza jest tak gęsta, że można ją dotknąć, a światło latarki przecina ciemność jak obietnica.
I właśnie tam, w tej bezkresnej głębi, gdzie czas spowalnia, a myśli układają się w równych rzędach, na dnie leży coś, co nie powinno się tam znajdować nawet przy najbardziej kreatywnej interpretacji rzeczywistości: czternastowieczny dzwon templariuszy. Metal skuty czasem jak wyrzut sumienia historii, obiekt tak absurdalnie nie na miejscu, że aż zaczyna być idealnie pasujący do człowieka, który go znajduje.
Od tego momentu życie Ulisesa (i każdego, kto choćby przypadkiem z nim przystanie) zaczyna przypominać kulę śniegu, która spada z góry: niby zaczyna się od małej grudki, ale potem rośnie, nabiera rozpędu, uderza o wszystko po drodze i sunie dalej, nie biorąc jeńców. Ale w tej historii Ulises przecież nie jest sam – i tu właśnie zaczyna się ta część opowieści, która sprawia, że książka nie tylko działa, ale wręcz nabiera temperatury. Profesor Castillo, człowiek oderwany od świata praktycznego tak bardzo, że można odnieść wrażenie, iż w jego żyłach płyną przypisy bibliograficzne zamiast krwi, staje się głosem rozsądku, logiki i wiedzy, której w tej wyprawie potrzebujemy tak bardzo, że aż boli, a jednocześnie jest tak czarująco zagubiony, że od razu czujemy do niego sympatię. Człowiek, który wygląda jakby całe życie spędził w bibliotekach, co zresztą jest prawdą, a jego kontakt z rzeczywistością bywa tak kruchy, że człowiek ma ochotę otoczyć go miękkimi poduszkami. Jego ekscytacja naukowa spotyka się ze skrajną dezorientacją życiową w sposób tak komiczny, że w kilku scenach parsknęłam śmiechem.
Wydaje się, że więcej chaosu już się nie da wprowadzić, aż wchodzi Cassandra, archeolożka z charakterem ostrzejszym niż krawędź obsydianowej klingi. Cassandra nie jest przerysowana; przeciwnie, ma w sobie ciężar doświadczeń, spryt i tę stalową stanowczość, bez której ten duet dawno wylądowałby w statystykach ofiar zgonów przygód ekstremalnych. Jej spotkania z Ulisesem przypominają konfrontację huraganu z kamieniem: on wbiega w sytuacje jak żywioł, a ona stoi i patrzy, jakby już wiedziała, że będzie musiała go potem z nich wyciągać.
Ta trójka, choć teoretycznie zupełnie do siebie nie pasuje, działa razem jak mechanizm, który ktoś złożył przypadkiem, ale działa lepiej niż cokolwiek zaprojektowanego świadomie. To właśnie oni prowadzą nas przez historię, która wywraca do góry nogami koncepcję odkryć geograficznych, archeologii i wszystkiego, czego uczono nas w szkole o tym, kiedy, kto i gdzie postawił stopę po raz pierwszy.
Autor ma talent do tego, by jego fabuła nie przypominała nudnego wykładu z historii, tylko pędzącą, rozżarzoną kulę przygody, która nie zatrzymuje się ani na chwilę. I kiedy ruszają tropem templariuszy, zaczyna się to, co autor robi najlepiej: rozciąga przed czytelnikiem geografię świata i pozwala wejść w nią wszystkimi zmysłami. Hiszpania pachnie kurzem starych bibliotek i kawą wypijaną za szybko; Karaiby są tak żywe, że sól osiada na ustach; Sahara smaga twarz tak, że niemal podświadomie dotykasz policzka, jakby tam naprawdę przykleił się ziarenkowy pył; a dżungla meksykańska pulsuje życiem, które nie ma ochoty być przyjazne. Ta powieść pachnie solą, kurzem, wilgocią i wiatrem; jest w niej coś z baśni, coś z thrillera, coś z filmu przygodowego oglądanego nocą pod kocem – tylko lepiej, bo w książce wszystko dzieje się bliżej skóry.
Jednym z momentów, przy których parsknęłam śmiechem, była scena, w której Ulises próbuje przekonać profesora, że „to jeszcze nie jest sytuacja kryzysowa”, podczas gdy wszystko, absolutnie wszystko krzyczy, że są właśnie o centymetr od katastrofy. Humor autora działa, bo jest organiczny, wynika z charakterów, nie z prób bycia zabawnym. Kiedy profesor przewraca oczami, a Ulises broni się argumentem, który nawet dla niego brzmi jak desperacka improwizacja, czujemy, jak bardzo ta historia żyje.
W książce pełno jest takich perełek. A kiedy Cassandra rzuca im to swoje „chłopcy… naprawdę?”, czujesz, że ta książka jest napisana nie tylko z pomysłem, ale i z ogromnym sercem.
Są też sceny bardziej dramatyczne – jak ta, w której wagonik, którym jadą, prawie zamienia Ulisesa w mozaikę, o czym wspomina później z tą charakterystyczną dla siebie swadą człowieka, który jest już tak przyzwyczajony do ocierania się o śmierć, że przyjmuje je z uśmiechem, jakby to była jedynie drobna niedogodność. Gamboa buduje napięcie świetnie, nie popadając w przesadę; nie ma tu tanich chwytów ani kiczowatych zagrywek, jest za to dojrzała umiejętność łączenia dramatyzmu z ironią. Dzięki temu czytelnik nie czuje się zmanipulowany, tylko otulony historią, która żyje własnym rytmem.
A Cassie… och, Cassie ma ten swój ton, który wywraca sceny do góry nogami, zwłaszcza gdy zaczyna kląć po meksykańsku, bo Ulises znowu zrobił coś, co przekracza skalę normalnych przewin. Ich dialogi mają w sobie życie, zadziorność i tę „szorstkość w dotyku”, którą ma każde prawdziwe partnerstwo oparte na wzajemnym szacunku i równie wzajemnej irytacji.
To właśnie humor – nie wymuszony, ale organiczny, wynikający z charakterów – jest największą siłą tej powieści. Można w niej znaleźć tyle samo adrenaliny, co śmiechu; tyle samo historii, co popkulturowego luzu; tyle samo powagi, co błyskotliwego przymrużenia oka. „Ostatnia krypta” ani przez moment nie udaje książki, którą nie jest; nie próbuje wciskać się w akademickie konwencje, ani w dramatyczne pozowanie, tylko pozwala, by przygoda niosła ją własną falą.
Jako patronka tej powieści czuję dumę nie dlatego, że to brzmi efektownie, ale dlatego, że jest co patronować. Gdy zamykałam książkę, czułam realną tęsknotę – tę dziwną mieszaninę zachwytu i żalu, która pojawia się tylko po historiach intensywnych, tych, które człowiek chciałby raz jeszcze przeżyć od początku.
I wiesz co?
Najbardziej zachwyca mnie to, że to dopiero początek. Pierwsza część cyklu, który jest już legendą poza Polską, dopiero teraz wchodzi na nasz rynek, a ja już wiem, że będzie mieć swoich wiernych wyznawców. Bo ta książka robi z czytelnikiem coś rzadkiego: przypomina, że świat jest większy, piękniejszy, groźniejszy i bardziej fascynujący, niż nam się wydaje, kiedy patrzymy na niego przez zimowe okno.
A jeśli literatura potrafi rozgrzać człowieka tak skutecznie, że zapomina o mrozie i śniegu, to znaczy, że to jest literatura, którą warto mieć na półce. Ulises Vidal, profesor Castillo i Cassandra to towarzysze, z którymi pójdę w każdą podróż, choćby znów miała mnie doprowadzić na krawędź zdrowego rozsądku. I dlatego mówię to bez wahania:
„Ostatnia krypta” to powieść, która nie tylko opowiada przygodę ona ją wywołuje.
W czytelniku.
W sercu.
W zimie, która nagle robi się mniej zimą.
A teraz czekam na kontynuację.
Z tą niecierpliwością, którą mają tylko ludzie rozpaleni naprawdę dobrą historią.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

