Recenzje

„Zabójczy urok Gardy” – Greg Krupa

Autor: Greg Krupa
Tytuł: Zabójczy urok Gardy

Data premiery: 13.08.2025
Wydawnictwo: LeTra
Liczba stron: 368
Gatunek: kryminał

„Zdradliwe są wyobrażenia rzeczy, które uznaliśmy za nieprawdziwe.”

Kiedy przeczytałam to zdanie z „Posłowia”, poczułam dokładnie ten rodzaj cichego uderzenia, który nie obezwładnia od razu, ale wraca, drga pod skórą, powoli, natarczywie, jakby autor chciał mi powiedzieć: „to, co właśnie przeczytałaś, to tylko jedna z wersji świata – reszta jest w Tobie”. I być może dlatego ta książka siedzi we mnie tak mocno, bo rzadko trafiam na historię, która jednocześnie otwiera okno na przeszłość, opowiada przygodę, splata losy nieznanych ludzi i robi to tak naturalnie, że masz wrażenie, że spacerujesz razem z nimi, zamiast tylko śledzić ich z dystansu.

Powiem Wam od razu – dla mnie „Zabójczy urok Gardy” to jedna z tych powieści, w których najpierw zakochujesz się w miejscu, a dopiero potem w samej historii. To jest ten rodzaj miłości, który nie wybucha nagle, lecz narasta warstwowo: światło przelewające się po wodzie, ciepły wiatr niosący zapach kamienia i soli, wąskie uliczki Malcesine, które są niby zwyczajne, a jednak wydają się stworzone tylko po to, by prowadzić cię w stronę czegoś nieuchwytnego. Autor nie opisuje Gardy – on ją ożywia. Sprawia, że staje się przestrzenią, przez którą przechodzi się nie oczami, a oddechem. Czułam tę wilgoć o poranku, czułam lepkość powietrza w południe, czułam tę niepokojącą ciszę, która pojawia się czasem przed zmianą pogody. I nie będę nawet udawać, że to przypadek: to jest książka, przy której otwierałam Google Maps jak kompas, śledząc wzdłuż promenady każdy krok bohaterów, jakby od tego zależało, czy historia ułoży mi się w głowie właściwie.

A historia – ach, ta historia!

Zaczyna się jak klasyczny kryminał z włoskim słońcem w tle: Dawid (w książce Davide, ale autor zostawił nam polską odmianę ) wpada w kłopoty szybciej, niż zdąży się rozgościć. Jest upał, jest jezioro, jest pozorna beztroska, a potem nagle … aresztowanie.

„ – Aresztuję pana pod zarzutem udziału w zabójstwie Laury Pomaroli.”

Ten moment to jak gwóźdź w drewnie, wbity jednym zdecydowanym uderzeniem. Nie wiesz jeszcze, kim jest Laura, dlaczego Davide stoi w kajdankach na przystani, ani jaką rolę odegra później kapitan Diana Leone – kobieta, która ma w sobie ten rodzaj stanowczości, który nie potrzebuje grożenia palcem. Ale czujesz, że coś jest mocno nie tak, a autor nawet nie próbuje udawać, że poda ci wszystko na tacy. Robi coś lepszego: cofa się, obraca perspektywę i prowadzi cię krok po kroku, scena po scenie, tak jakby chciał, żebyś najpierw weszła do tego świata, poznała jego rytm, jego światło, jego sekrety, zanim spróbujesz zrozumieć, dlaczego jedna młoda kobieta kończy martwa, a drugi człowiek staje się głównym podejrzanym.

I to właśnie dwutorowość narracji sprawia, że książkę chłonie się jak serial, choć napisana jest z literacką miękkością. Z jednej strony masz moment po aresztowaniu, surowy, niepokojący, pozbawiony ozdobników. Z drugiej – to, co wydarzyło się wcześniej, podane z atmosferą letniej włoskiej przygody, przetykanej humorem, pięknem i dialogami, które brzmią jak podsłuchane, a nie napisane.

A potem, z każdą stroną, zaczyna się odwijanie nitki. Laura Pomaroli, ta sama dziewczyna, której ciało później znajdą przy brzegu, pojawia się najpierw w świetle dnia – młoda, uśmiechnięta, pewna siebie, a jednocześnie jakby niosąca w sobie coś, co nieoczywiste.

„- Cześć, jestem Laura Pomaroli, przypłynęłam tu w zastępstwie mojego pradziadka.”

Tyle. Jedno zdanie. A jednak tyle obiecuje, tyle sugeruje, tyle wprowadza niedopowiedzeń, że od razu czujesz, iż w tej dziewczynie coś się nie zgadza – i dokładnie to samo czują bohaterowie. A im dalej wchodzisz, tym mocniej widzisz, że Laura jest nie tylko katalizatorem fabuły, ale też kluczem do dawno ukrytej historii, tej, o której Garda chciałaby milczeć, a ludzie tylko pozornie zapomnieli.

I tutaj zaczyna się to, co pokochałam najbardziej – warstwa historyczna.

Uwierzcie, ja naprawdę – naprawdę – nie pamiętam, kiedy ostatni raz książka zmusiła mnie do tego, żeby czytając, sprawdzać historyczną warstwę powieści, a w tym przypadku, losy Mussoliniego w 1945 roku i mapować jego ucieczkę na północ. A jednak tu to zrobiłam. Szukałam śladów ucieczki Duce, przeglądałam wpisy dotyczące zaginionych dzieł sztuki, w tym obrazów Klimta, szukałam informacji o przetrzymywaniu dzieł w domach, pensjonatach i hotelach.

I nagle – absolutnie bez ostrzeżenia – ta powieść przestała być fikcją i stała się forensycznym spacerem po przeszłości. Autor nie tylko zrobił research, on go poczuł. Wplótł legendy, wojenne fakty, lokalne podania i opowieści mnicha Fra Alberto tak gładko, że ani przez sekundę nie miałam wrażenia, że ktoś próbuje mnie czegoś nauczyć, albo w coś wkręcić.

I jeszcze jedno – to musi wybrzmieć, bo to jest rzecz, którą czuję bardzo mocno.

W całej tej opowieści jest coś, co nazywam „czułością dla miejsca”. Autor pisze Gardę tak, jak pisze się o kimś, kogo się dobrze zna, kogoś, kogo kocha się mimo wad. Każdy fragment brzmi uczciwie, organicznie, bez wyrachowania.

„W oślepiających promieniach słońca, u wylotu zalewanej falami groty…”

Tak zaczyna się jeden z tych akapitów, które działają jak pocztówka wyciągnięta z mokrego plecaka po całym dniu włóczęgi – trochę pomięta, trochę poszarpana, ale pięknie prawdziwa.

I może właśnie dlatego tak bolały mnie błędy korektorskie. Może dlatego poczułam to typowe ukłucie zawodowej irytacji, kiedy trafiłam na zdania, które nie przeszły przez kontrolę jakości. Niestety ale niektóre literówki i powtórzenia są zbyt rażące, by je zignorować.

„…dostrzegł porucznika wychylonego za burtę łodzi porucznika.”

„…świadomości pobawionego tlenu mózgu…”

To nie są subtelne wpadki, które umykają po drodze – to są miejsca, gdzie redakcja powinna zatrzymać tekst i powiedzieć: sprawdzamy jeszcze raz. I powiem Wam uczciwie: przy tak pięknie napisanej książce to naprawdę rani estetycznie, bo wybija z tego delikatnego, sensualnego rytmu, który jest fundamentem całej powieści. Zdania, które powinny zostać złapane w pierwszym czytaniu. Literówki, które nie są subtelnymi wpadkami, tylko jawnymi niedopatrzeniami. Tekst, który wspaniale płynie, nagle dostaje zadyszkę, bo musisz wrócić i sprawdzić, czy dobrze to przeczytałaś. Przy tak świetnej, klimatycznej książce jest to po prostu rozczarowujące. Nie zabija przyjemności, ale ją rani. Tak, jakby ktoś rozlał kroplę kawy na nową białą koszulę – niby nadal jest piękna, ale ty już wiesz, że ta plamka została.

A jednak – i to mówię z pełną świadomością – te drobiazgi nie są w stanie zagłuszyć zachwytu, który we mnie został. Bo ta historia ma duszę miejsca. Ten rodzaj opowieści, która wciąga cię nie tylko fabułą, ale wizją świata. I nie wiem, czy to zasługa Gardy, czy autora, czy jednego i drugiego naraz, ale od dawna nie czytałam książki, która tak mocno wywołałaby we mnie potrzebę poznawania dalej, sięgania głębiej, sprawdzania faktów, oglądania map, porównywania topografii.

Kiedy skończyłam, miałam wrażenie, że wyszłam z tego miejsca dopiero wtedy, gdy autor zamknął przede mną ostatnią scenę. Ale coś we mnie zostało – pewna nostalgia za miejscem, którego nigdy nie widziałam, a które teraz znam lepiej, niż znam niejedno polskie miasto. I to jest ta prawdziwa magia literatury. Ta, o której się nie mówi na co dzień, bo nie zawsze jest co mówić – a tutaj jest. Dużo. Pięknie. Zmysłowo.

I dlatego właśnie ta książka zostanie ze mną na długo. Bo ona łączy fikcję z historią w taki sposób, który sprawia, że zaczynasz grzebać dalej. Chcesz wiedzieć, chcesz szukać, chcesz sprawdzić. A kiedy odkrywasz, że część tych wątków jest zakorzeniona w realnych wydarzeniach – czujesz dreszcz.

Nie strachu.

Prawdy.

„Zabójczy urok Gardy” to powieść, którą się nie tylko czyta to, powieść, którą się przeżywa. To książka, która sprawiła, że przestałam być zwykłą czytelniczką, a stałam się towarzyszką śledztwa.

I może właśnie dlatego nie umiem o niej mówić bez emocji, bo rzadko trafia się opowieść tak szczera, tak pięknie opowiedziana i tak mądrze zakorzeniona w historii miejsca.

Krótko mówiąc – jeśli chcesz książki, która przeniesie cię gdzieś daleko, ale nie w manierze escapizmu, tylko w stylu prawdziwej podróży; książki, która pokaże ci, że przeszłość wciąż oddycha, a teraźniejszość jest tylko cieniem tego, co kiedyś było; książki, którą otwierasz dla fabuły, a zamykasz dla sensu – to Garda czeka.

I nie wypuści cię łatwo.

To książka, która naprawdę ma urok. I to zabójczy.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *