Recenzje

„Karcer”- Grzegorz Juszczak

Autor: Grzegorz Juszczak
Tytuł: Karcer

Data premiery: 07.11.2024
Wydawnictwo:Novae Res
Liczba stron: 336
Gatunek: postapo, science fiction

„Nie podoba mi się to wszystko, w tym pokoju jest więcej tajemnic niż w papieskich archiwach.”

I tak właśnie wygląda świat w Karcerze. Świat, który nie potrzebuje potworów z kosmosu ani boskich plag, żeby się skończyć. Skończyliśmy go my, ludzie. Wystarczyło kilka decyzji polityków, kilka naciśniętych guzików, kilka bomb zrzuconych w imię wyższych racji. Hiroshima, Nagasaki – pamiętamy zdjęcia cieni wypalonych na murach, ludzi, którzy rozpłynęli się w sekundzie, i dym unoszący się nad miastem. Tam były dwie bomby, tutaj jest ich o wiele więcej. Juszczak nie musi zmyślać – wystarczy, że podciągnie podkręconą wersję historii. Bo przecież wszyscy wiemy, że wojna nuklearna to nie science fiction, tylko realny scenariusz. Nie wiemy tylko, co by zostało z ludzi, którzy by ją przetrwali. A on nam pokazuje jedną z alternatywnych rzeczywistości.

Nie mamy tu ckliwej wizji świata po zagładzie, nie ma miejsca na hollywoodzki patos. Jest pył, głód, strach i mutanty, które mogłyby być metaforą, ale równie dobrze mogą być biologiczną konsekwencją skażenia. I to jest w tym wszystkim najgorsze – świadomość, że to nie bajka. Że historia już zna takie punkty zapalne, że świat kilka razy wisiał na włosku, a jeśli kiedyś włos się zerwie, to wcale nie będzie pięknej odbudowy, tylko właśnie coś takiego – Karcer.

Czytałam tę książkę z poczuciem, że autor wbija mnie w ziemię. Nie przez to, że tworzy wielkie opisy zgliszcz, ale przez to, że wszystko pokazuje przez ludzi. Bo apokalipsa to jedno, a to, co się z nami dzieje po niej, to drugie. I tu dochodzimy do rzeczy najważniejszej: Karcer nie jest książką o mutantach – menelsach. To książka o nas.

Mati i jego ludzie – grupa, która musi podejmować decyzje szybciej, niż ma czas na oddech. Jest scena, której nie zapomnę: tunel, wybuch gazu, część ekipy zostaje odcięta, inni mogą uciec. I tu nie ma miejsca na heroizm. Tu nie ma patetycznego „wracamy po nich, bo tak trzeba”. Jest kalkulacja: jeśli spróbujemy ich ratować, zginiemy wszyscy. Jeśli uciekniemy – może ktoś ocaleje. I właśnie w tym momencie, kiedy serce krzyczy, żeby zawrócić, a rozum każe iść naprzód, rodzi się pytanie, które towarzyszyło mi przez całą lekturę: ile warte jest jedno życie, kiedy liczy się przetrwanie?

Karen – ona zawsze była dla mnie głosem normalności. Lekarka, ktoś, kto zamiast myśleć o broni, myśli o tym, żeby zatamować krwotok, żeby podać wodę, żeby ktoś miał siłę iść dalej. A jednocześnie zwyczajna kobieta, która kocha i pragnie być kochana, bo tylko to jej zostało.

Karcer to nie jest arena nieustannej wojny – to miejsce, w którym panuje względna harmonia, a dramaty zaczynają się dopiero wtedy, kiedy na horyzoncie pojawiają się Ci z północy.

I to jest prawdziwy koszmar. Bo ludzie z północy nie są kolejną grupką szabrowników. To nie są bandyci z przypadku. To fanatycy. Ich pojawienie się wprowadza zupełnie inny ton, bo pokazuje, że zawsze znajdzie się ktoś, kto z ruin zbuduje religię i wmówi innym, że zniszczenie to zbawienie.

Sama historia toczy się wartko, ale nie to jest w niej najważniejsze. Najważniejsze są postawy bohaterów. Ci, którzy próbują ocalić innych. Ci, którzy wybierają siebie. Ci, którzy chcą kochać mimo wszystko. Ci, którzy wolą władzę niż człowieka obok. Patrząc na to wszystko, miałam wrażenie, że autor postawił mi przed oczy lustro. Bo przecież takie decyzje, takie mechanizmy widzimy w historii. Wojna zawsze wydobywa z ludzi najgorsze i najlepsze. I tu mamy to samo – tylko w scenerii postnuklearnej.

Dialogi – chropowate, pełne przekleństw, naturalne. Nikt tu nie wygłasza wielkich monologów, nikt nie mówi gładko jak z filmu. Oni się drą, kłócą, klną, milczą w gniewie. I właśnie dlatego to brzmi prawdziwie. Świat, w którym nie ma czasu na grzeczności, w którym jedno słowo może kosztować życie, musi brzmieć tak, a nie inaczej.

Czytając, miałam momenty czystej wściekłości. Rzucałam książkę na stół, mówiłam sama do siebie: co za palant, jak można tak postąpić?! – i zaraz wracałam, żeby sprawdzić, co dalej. To nie jest książka, którą czyta się jednym tchem. To jest książka, którą się przeżywa. I choć jest brutalna, krwawa, nieprzyjemna, to nie mogłam się od niej oderwać.

I tu wracam do pytania, które stawiałam sobie przez cały czas: czym jest człowieczeństwo? Nie, autor go nie definiuje. To ja to pytanie wyciągnęłam z zachowania bohaterów. Czy człowieczeństwo to to, że próbujesz ratować innych? Czy to, że potrafisz kochać? Czy to, że czasem wybierasz źle, ale wiesz, że robisz to, żeby ktoś inny przeżył? Nie wiem. Ale wiem, że ta książka nie pozwala od tego pytania uciec.

A teraz wyobraź sobie, że to wszystko nie jest bajką. Że to nie „The Walking Dead”, które oglądasz z popcornem. Że to się wydarzy naprawdę, bo ludzie mają głupią tendencję do naciskania guzików. Bo historia już raz pokazała nam, jak wygląda nuklearne piekło. I wtedy Karcer przestaje być literaturą, a zaczyna być ostrzeżeniem. Nie dosłownym, nie nachalnym, ale takim, które zostaje pod skórą.

Powiem ci tak: ta książka mnie nie pogłaskała, nie dała mi katharsis, nie zostawiła z poczuciem, że świat jest dobry. Ona mnie wkurzyła, zmęczyła i zmusiła do myślenia. I to jest jej największa siła. Bo w czasach, kiedy większość powieści postapo to kalki i schematy, Juszczak napisał coś, co ma własny charakter. Coś, co nie boi się być brudne, niewygodne, cyniczne.

Nie powiem ci, że to łatwa lektura. Nie powiem ci, że będziesz się przy niej świetnie bawić. Ale powiem ci, że jeśli po nią sięgniesz, to zostaniesz z nią na długo. Bo nie sposób wyrzucić z głowy tunelu, w którym trzeba wybierać. Nie sposób zapomnieć Matiego i Karen, którzy próbują ocalić siebie nawzajem. Nie sposób zapomnieć Rogersa, który pokazuje, że nawet najgorszy drań może czasem zrobić coś ludzkiego.

Ale nie myśl, że to powieść, która tylko przygniata. Bo są w niej też chwile oddechu. Są żarty Kojota, są spięcia, które przypominają, że nawet w piekle ludzie potrafią się uśmiechać. I to jest największa siła „Karceru” – balans. Tu nie ma ciągłego mroku ani naiwnego światełka w tunelu. Jest życie – takie, jakie by było po końcu świata: czasem tragiczne, czasem śmieszne, czasem brutalne, czasem czułe.

A ja? Ja siedziałam i czytałam to z wypiekami, bo nie pamiętam, kiedy ostatnio polska powieść postapo tak mnie wciągnęła. Jasne, są drobiazgi, które można by wygładzić, ale to debiut i naprawdę rzadko zdarza się, by ktoś od razu pisał z takim rozmachem. I wiesz co? Ja naprawdę chcę wiedzieć, co będzie dalej. Bo Juszczak zostawia nas w takim momencie, że nie ma opcji, by nie było drugiego tomu.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *