
Autor: Emma Angstrom
Tytuł: To jej.Szept
Data premiery: 29.04.2026
Wydawnictwo:Wydawnictwo LeTra
Liczba stron: 320
Gatunek: kryminał, thriller psychologiczny
Tłumaczenie:Monika Walczak
„Dobijałam się do wszystkich drzwi, od kiedy Juno zniknęła. Wołałam po pomoc, ale jakby nikt mnie nie słyszał. Jak gdybym cały czas mówiła szeptem.”
No właśnie. Szeptem. I chyba nie dało się lepiej nazwać tej książki.
Po „To jej winie” i „To jej żałobie” spodziewałam się, że Emma Ångström znowu złapie mnie za gardło i będzie trzymać, dopóki nie skończę ostatniej strony. Tymczasem w „To jej szept” zrobiła coś zupełnie innego. Ściszyła głos. Zwolniła. Zabrała część tego nerwowego napięcia, do którego zdążyłam się przyzwyczaić, i przez moment nawet zastanawiałam się, kiedy wreszcie ktoś tutaj porządnie kopnie fabułę w tyłek.
A potem zorientowałam się, że wcale nie musi. Bo ta historia nie wali w drzwi. Ona stoi po drugiej stronie i cicho drapie w drewno.
I słychać ją długo po zamknięciu książki.
Edda właśnie uczy się życia po Rasmusie. Rozwód stał się faktem, były mąż ma nową partnerkę, a Ilse pierwszy raz spędzi święta bez niej. Rasmus zabiera córkę w Alpy, a Edda dochodzi do bardzo rozsądnego wniosku, że siedzenie samotnie w mieszkaniu i wyobrażanie sobie rodzinnych świąt, z których została właśnie wykreślona, może nie być najlepszym pomysłem na zachowanie resztek zdrowia psychicznego.
Więc robi coś, czego wcześniej nie robiła. Pakuje walizkę i leci sama na wakacje. Brzmi fantastycznie. Słońce, hotel, basen, książka, drink i żadnego faceta, który akurat odkrył, że bardzo chciałby znowu poczuć motylki w brzuchu. Żyć, nie umierać. Tyle że można polecieć tysiące kilometrów od domu, ale własnej głowy do bagażu rejestrowanego oddać się nie da.
Edda bardzo szybko odkrywa, że samotność wybrana i samotność narzucona to dwie zupełnie różne dyscypliny sportowe. Tęskni za Ilse. Myśli o Rasmusie. Próbuje odnaleźć siebie w rzeczywistości, której przecież wcale sobie nie wybrała. I właśnie tę Eddę lubię chyba najbardziej z całej serii. Nadal potrafi zainteresować się cudzym życiem bardziej, niż przewiduje instrukcja bezpiecznego wypoczynku, ale jest spokojniejsza. Bardziej świadoma siebie. Jakby po wszystkim, co dostała od życia w poprzednich częściach, przestała już oczekiwać, że świat będzie się z nią obchodził delikatnie.
Tymczasem kilkanaście tygodni wcześniej w Sztokholmie Malin przeżywa koszmar, którego żadnemu rodzicowi nie trzeba specjalnie tłumaczyć. Jej pięcioletnia córka znika. Wystarczy chwila. Telefon. Odwrócenie wzroku.Juno nie ma.
I od tego momentu Ångström prowadzi nas dwiema drogami. Wrzesień należy do Malin. Grudzień do Eddy. Jedna kobieta desperacko próbuje odzyskać córkę, druga próbuje nauczyć się funkcjonować, kiedy jej własnej córki przez chwilę przy niej nie ma.
Na początku te historie wydają się od siebie oddalone o całe kilometry i jeszcze więcej problemów. A ja uwielbiam moment, kiedy nagle orientujesz się, że autorka od początku prowadziła je dokładnie tam, gdzie chciała. Nie będę zdradzać jak. Powiem tylko, że te dwie linie czasowe zazębiają się kapitalnie. Bez wyciągania królika z kapelusza i bez twistu z kategorii „nie mogłaś tego przewidzieć, bo autorka sama wymyśliła to trzy strony temu”. Elementy wskakują na swoje miejsca i nagle rozumiesz, dlaczego przez tyle stron chodziłaś pomiędzy wakacjami Eddy a dramatem Malin.
Tylko że dla mnie największą siłą tej książki wcale nie jest konstrukcja.
Jest nią Malin. Bo zaginięcie Juno okazuje się tylko jednym fragmentem znacznie większego piekła.
Angstrom dotyka przemocy w związku w sposób, który potrafi potwornie uwierać. Nie robi z niej jednego spektakularnego wydarzenia, po którym zapalają się wszystkie czerwone lampki, przyjeżdża orkiestra i ktoś wręcza bohaterce broszurkę „Gratulacje, jesteś w przemocowej relacji”.
Nie.
Tutaj granice przesuwają się po milimetrze. Malin tłumaczy. Usprawiedliwia. Minimalizuje. Zastanawia się, czy może Arvid był chory. Może po prostu stracił nad sobą kontrolę. Przecież „nic strasznego” się nie stało. Tylko raz ją spoliczkował.
Tylko.
To jedno z najbardziej przerażających słów tej historii.
Bo chwilę później okazuje się, że Malin nauczyła się chodzić przy ścianach. Nauczyła własne dziecko bawić się cicho, żeby nie zdenerwowało ojca. Pilnowała Juno, żeby przypadkiem czymś go nie sprowokowała. I nagle to „tylko raz” wygląda zupełnie inaczej. Przemoc nie musi zostawiać siniaka każdego wieczoru, żeby urządzić sobie człowiekowi mieszkanie w głowie.
A potem dochodzi jeszcze wstyd. Poczucie winy. Alkohol. Utrata kontroli nad własnym życiem.
I właśnie wtedy wraca ten szept. Malin woła o pomoc, tylko nikt jej nie słyszy. To mnie w tej historii uderzyło najmocniej, bo autorka nie potrzebuje tutaj wielkich deklaracji o systemie, przemocy wobec kobiet czy społecznej znieczulicy. Pokazuje kobietę, która już ledwo stoi, a mimo to musi jeszcze udowadniać światu, że naprawdę potrzebuje pomocy.
Jak głośno właściwie trzeba krzyczeć, żeby ktoś uznał, że to już wystarczająco?
I jak łatwo później zapytać: dlaczego wcześniej nie odeszła?
No właśnie dlatego?
Bo najpierw sama musiała zrozumieć, że to, co dzieje się w jej domu, nie jest chwilowym kryzysem, trudnym charakterem ani niefortunnym wybuchem. Że życie na palcach nie jest kompromisem w związku. Że dziecko uczone ciszy, żeby tatuś się nie zdenerwował, nie wychowuje się w „trudnej rodzinie”. Ono wychowuje się w strachu.
A jednak „To jej szept” nie jest wyłącznie historią o przemocy.
Jest też o macierzyństwie i strachu przed utratą dziecka. I tutaj Edda i Malin, choć ich sytuacji absolutnie nie można ze sobą zrównać, zaczynają odbijać się w sobie jak w krzywym lustrze.
Edda wie, gdzie jest Ilse. Wie, że jest bezpieczna. Za chwilę ją odzyska. A mimo to rozłąka boli ją niemal fizycznie. Podczas wakacji spotyka matkę, która od ponad roku nie widziała swojego dziecka, i automatycznie zaczyna przeliczać ten czas na życie własnej córki.
Malin nie ma tego komfortu. Nie wie. A niepewność potrafi być bardziej okrutna niż najgorsza odpowiedź, bo nie pozwala ani walczyć do końca, ani zacząć żałoby. Zostawia człowieka zawieszonego gdzieś pomiędzy nadzieją a rozpaczą i każe mu każdego ranka robić to samo od początku.
Malin robi. Nawet kiedy chce już zakopać się pod kołdrą i przestać istnieć.
Bo słyszy Juno.
„Mamo, chodź. Pomóż mi. Uratuj mnie.”
Szept. Znowu.
I nagle tytuł tej książki przestaje być ładnym zdaniem na okładce.
To właśnie podobało mi się najbardziej. Autorka zbudowała cały tom na czymś, czego prawie nie słychać. Na głosie kobiety ignorowanej przez ludzi, którzy powinni jej pomóc. Na głosie dziecka, który matka nosi w głowie. Na tym cichym wewnętrznym „jeszcze nie”, pojawiającym się wtedy, kiedy człowiek jest już przekonany, że nie zrobi kolejnego kroku.
Dlatego nie oczekujcie po trzeciej części tego samego tempa co wcześniej.
„To jej szept” jest zdecydowanie spokojniejsza. I dobrze.
Bo po dwóch tomach autorka nie próbuje wygrać konkursu na to, kto głośniej walnie czytelnika patelnią.Tym razem robi coś znacznie bardziej podstępnego.
Pozwala Eddzie poleżeć przy basenie. Daje nam słońce, wakacyjny hotel i pozorne wyciszenie. Obok prowadzi historię Malin, coraz mocniej zaciskającą się wokół człowieka, choć długo trudno powiedzieć, w którym dokładnie momencie zaczęło brakować powietrza.
A potem obie historie się spotykają. I wszystko zaczyna mieć sens.
Nie dostałam najbardziej dynamicznej części tej serii. Dostałam za to chyba najbardziej cichą emocjonalnie – i wcale nie znaczy to: najmniej emocjonalną.
Bo czasem krzyk robi wrażenie przez chwilę. A szept zmusza, żeby podejść bliżej. I wtedy dopiero słyszysz wszystko.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

