
Autor: Willow Rose
Tytuł: Rozliczenia
Data premiery: 18.07.2023
Wydawnictwo: Word Audio Publishing International
Liczba stron: 316
Gatunek: kryminał, sensacja, thriller
Tłumaczenie: Agnieszka Myśliwy
„Niektóre dziewczyny marzą o wielkiej miłości. Inne o tym, żeby przeżyć bal maturalny.”
Czasami trafia się na thriller, który nie tyle się czyta, co pochłania, jakby każda strona była kolejną warstwą czekolady w torcie Sachera – kuszącą, intensywną, trochę przesadzoną, ale nie możesz przestać, bo gdzieś pod spodem czai się jeszcze coś bardziej grzesznego. I tak właśnie mam z „Rozliczeniami” Willow Rose. To już któraś z kolei część przygód Evy Rae Thomas, profilerki, matki, pisarki i – momentami – kobiety tak rozemocjonowanej, że miałam ochotę nią potrząsnąć. Ale nie mogę jej tego mieć za złe, bo w tej książce naprawdę nie ma czasu na odpoczynek.
Bal maturalny, dziewczyny w cekinowych sukienkach, balony, śmiechy, selfie… i potem znika jedna, potem druga, a po trzeciej zostaje tylko krew. Tak zaczynają się Rozliczenia, kolejna część serii z Evą Rae Thomas, która – jak to u Willow Rose – od pierwszych stron przykleja cię do fotela i nie puszcza nawet wtedy, gdy powinnaś już dawno spać.
Od razu uprzedzę: to nie będzie recenzja pisana z chłodnym dystansem i linijką w dłoni. Jeśli ktoś mi wrzuca do fabuły porwania, dziewczyny zamknięte w bunkrze, bomby wszyte w brzuch i córkę głównej bohaterki uprowadzoną przez psychopatę – to sorry, ale nie umiem być obiektywna. I nie chcę. Bo Rozliczenia są właśnie taką książką: surową, brutalną, emocjonalnie angażującą i miejscami cholernie bolesną. Ale też – i tu zaskoczenie – bardzo sprawnie skonstruowaną.
Fabuła kręci się wokół wydarzeń jednej nocy – balu maturalnego, po którym trzy dziewczyny znikają bez śladu. Otwierająca scena to mocny strzał – dostajemy brutalność, lęk, śladowe poczucie upokorzenia ofiar i to bez epatowania detalem. Willow Rose doskonale wie, jak napisać prolog, żeby człowiek przestał oddychać i natychmiast chciał wiedzieć więcej. Nie ma tu miejsca na rozwleczenie – pierwszy rozdział to właściwie cisza przed burzą, która potem rozlewa się przez cały tom.
Jak zwykle u tej autorki, opowieść prowadzona jest dwutorowo – mamy śledztwo prowadzone przez Evę Rae Thomas (czyli naszą ulubioną profilerkę o skomplikowanym życiu osobistym), a równolegle dostajemy kawałki historii z przeszłości, które bardzo długo wydają się nie mieć nic wspólnego z głównym wątkiem. A potem – w klasycznym stylu Willow Rose – te wszystkie osobne kawałki zaczynają układać się w coś przypominającego krwawe domino.
Najbardziej wstrząsająca część książki to zdecydowanie opisy przetrzymywania dziewczyn. I nie chodzi o drastyczność – tu nie ma taniej przemocy. Chodzi o sposób, w jaki pokazana jest izolacja, brud, wyczerpanie, ta klaustrofobia miejsca, które miało być tylko projektem do zabawy, a okazało się pułapką.
A potem wchodzi Eva. I, jak to u niej bywa, nie odpuszcza – ani kiedy trzeba wejść do zamkniętego podziemia, ani kiedy z podłogi cieknie krew, ani kiedy trzeba trzymać na rękach dziewczynę z bombą zaszytą w brzuchu. Tak, dobrze czytasz. Bombę. To jest ten moment, kiedy książka odchodzi od klasycznego thrillera i wskakuje na poziom „przeczytam do rana, nawet jeśli mam jutro wstać do pracy”.
Willow Rose robi coś, co bardzo szanuję: pokazuje, że przemoc nie zawsze przychodzi z nożem w dłoni. Czasem ma profil na Instagramie. Czasem mówi twojej córce, że zrobi z niej modelkę.
Mam z Evą skomplikowaną relację. Uwielbiam jej inteligencję, intuicję, to, że nie boi się iść sama do lasu, wiedząc, że na końcu może być trumna – jej albo kogoś innego. Ale z drugiej strony… jej wewnętrzne rozterki bywają nużące. Ileż razy można czytać o jej skomplikowanych uczuciach do byłego męża, obecnego partnera, matki, siostry i całego świata? Rozumiem, że ma przeszłość, że nie radzi sobie z traumą, ale w niektórych momentach miałam ochotę przewrócić oczami i powiedzieć: „Evo, skup się!”.
Motyw zniknięcia córki to majstersztyk, jeśli chodzi o podkręcenie napięcia. Jesteśmy już tak głęboko w sprawie seryjnego mordercy, że wszystko powinno się powoli wyjaśniać… a tu BAM. Nagle wszystko robi się osobiste. I wtedy akcja wchodzi na zupełnie inny poziom – bo co, jeśli tym razem to nie cudze dziecko, ale twoje własne znika? Co, jeśli facet, który właśnie przyszedł na twoją kolację, w wolnym czasie handluje ludźmi w darknecie?
I właśnie wtedy Eva przestaje być profilerką, a zaczyna być matką – i powiem wprost: te fragmenty zrobiły na mnie największe wrażenie. Nie dlatego, że są spektakularne. Ale dlatego, że są cholernie ludzkie. Bo w sytuacji, kiedy ginie twoje dziecko, nie myślisz jak śledcza. Myślisz jak matka, która rzuci się na mordercę z gołymi rękami, jeśli nie powie, gdzie jest jej córka.
Moment, w którym Eva zaczyna układać w głowie tropy i dochodzi do wniosku, że Olivia została zwabiona przez fikcyjne konto fotografki, która obiecała zrobić jej portfolio dla agencji modellingu… jest przejmujący. Bo wszyscy znamy takie historie. Sesja zdjęciowa. Marzenie o byciu modelką. I ktoś, kto idealnie to wykorzysta.
Nie mogę nie wspomnieć o sprawcy. O człowieku, który przez całą książkę gra z Evą (i z nami) w kotka i myszkę. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale kiedy już okazuje się, kim jest – to nie jest klasyczne: „o, to był on!”. To raczej coś w rodzaju: „jasna cholera, to ON??”. Co więcej – nie jest to typowy czarny charakter z kartonu. Jego motywacja jest przerażająco logiczna. A jego przeszłość… niepokojąco znajoma, jeśli ktoś czyta uważnie poprzednie tomy.
I może właśnie dlatego Rozliczenia działają tak dobrze – bo tutaj zło nie bierze się znikąd. Nie mamy szaleńca z piłą mechaniczną. Mamy człowieka, który był kiedyś blisko Evy. Który się uczył. Od niej.
To nie jest seryjny morderca. To osobisty rewanż.
A co mi się nie podobało?
Z pełną szczerością: Eva i jej rozterki sercowe. Tak, wiem – to już kolejny tom, więc uczucia, związki, dzieci itd. Ale w tej konkretnej książce, w której tempo jest napięte jak żyłka pod gardłem, trochę mnie irytowały te przestoje, w których Eva analizuje, co Chad powiedział, a czego nie powiedział, czy chce wracać do domu, a może jednak nie, czy ona powinna być z Mattem, czy z kimś innym… Gdyby nie wątek córki, miałabym ochotę przewracać oczami. Na szczęście cała reszta fabuły szybko mi o tym przypomina, że lepiej się nie rozpraszać.
I jeszcze jedno: zakończenie
Otwarte. Bez litości. Kończysz książkę z sercem w gardle i pytaniem: czy ona ją odnajdzie? I to pytanie zostaje z tobą dłużej niż myślałaś. Bo Willow Rose wie, jak wyczuć moment i uciąć akcję dokładnie tam, gdzie nie powinno się jej ucinać. Czyli tam, gdzie jest największe napięcie. To trochę jakby ktoś wyłączył ci serial w połowie finałowego odcinka. Nienawidzisz tego – ale wiesz, że będziesz błagać o kolejny tom.
Rozliczenia to nie jest książka dla tych, którzy szukają lekkiego kryminału do poduszki. To nie jest też opowieść o profilerce, która zgrabnie rozwiązuje zagadki i wraca do domu na kolację. To brudny, bolesny, bardzo osobisty thriller o dziewczynach, które znikają. O matkach, które nie potrafią przestać szukać. O sprawcy, który planuje wszystko z chirurgiczną precyzją. I o autorce, która – mimo że pisze kolejną część serii – wciąż potrafi wbić nóż dokładnie tam, gdzie boli najbardziej.
Czytałam z napięciem. Miejscami ze wściekłością. Miejscami ze ściśniętym gardłem. Ale przeczytałam jednym tchem. I choć nie wszystko mi się podobało, to jedno wiem na pewno: Willow Rose potrafi pisać tak, że boisz się zamknąć oczy. Bo nie wiesz, czy Olivia się odnajdzie.
I to wystarczy.
Na koniec – refleksja, czyli coś, czego się nie spodziewałam
Złapałam się na tym, że ta książka zmusiła mnie do zadania sobie kilku niewygodnych pytań. O bezpieczeństwo w sieci. O zaufanie. O to, co powiedziałabym swojej córce, gdybym miała ją ostrzec przed światem. O to, gdzie są granice między ostrożnością a paranoją.
I jeśli książka rozrywkowa, bo przecież to „tylko thriller”, potrafi wywołać we mnie taki poziom niepokoju – to znaczy, że jest cholernie dobra.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
