
Autor: Max Czornyj
Tytuł: Ed Gein
Data premiery: 23.10.2024
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 304
Gatunek: true crime, biografia
„Ten, kto wyzwala z siebie bestię, pozbywa się bólu bycia człowiekiem”
Niełatwo pisać o książce, która nie jest książką, tylko przeklętym reliktem. Fragmentem ludzkiej czaszki znalezionym w lesie, zasuszonym kobiecym sutkiem przybitym do drzwi, śmiechem obłąkanego mężczyzny, który nazywał morderstwo „naprawą świata”. Max Czornyj w „Edzie Geinie” nie pisze historii. On ją rozkłada na kawałki, gotuje, suszy, zszywa, przymierza i każe ci w niej tańczyć. W stroju matki. Przed lustrem.
To nie jest pierwsze moje spotkanie z Czornyjem, ale tutaj – bez dwóch zdań – autor przechodzi sam siebie. Z literackiego kronikarza zbrodni staje się chirurgiem od sekcji zwłok psychiki. I jeśli myślisz, że znasz sprawę Eda Geina z filmów, artykułów czy memów – to odłóż popcorn, bo to, co zaserwuje ci tu Czornyj, będzie raczej jak wigilia z rozkładającymi się zwłokami przy stole. Bez ciasta. Bo ciasta nie było. „Słodycze prowadzą do grzechu.”
Początek jest niepozorny. Trochę jak stare zdjęcie w wyblakłym albumie – niewinne dzieciństwo, matka z Biblią zamiast czułości i ojciec, który chyba najbardziej kochał butelkę. A potem nagle – pstryk – coś pęka, bo Ed znajduje ojca na podłodze, martwego jak sumienie Kościoła, a jego matka siedzi w fotelu z twarzą, która nie zna ani łez, ani żałoby, tylko wieczne „a nie mówiłam”. Wtedy to się zaczyna: ten rozpad, który Czornyj nie tyle opisuje, co wciska nam pod powieki jak brud pod paznokcie. To nie jest książka do czytania – to książka do przeżycia.
I nie, nie mówimy tu o klasycznym „true crime”. Tu nie ma policyjnego dochodzenia, nie ma czystych cięć i elegancko opowiedzianych faktów. Czornyj wbija nas w głowę Eda Geina, trzyma tam siłą i każe patrzeć: na rozkład, na zgniliznę, na samotność tak gęstą, że można by ją kroić. Narracja pierwszoosobowa to nie jest tu zabieg literacki – to jest pułapka. Bo my zaczynamy słyszeć głos Eda, czuć, kiedy drży mu ręka nad trumną, kiedy pod palcami gładzi zimną skórę kobiety, która miała być „idealną matką”. Głos Eda to coś pomiędzy szeptem w konfesjonale a bełkotem szaleńca. Czornyj nie pozwala nam się zdystansować. Nie mówi: „On zrobił to, on zrobił tamto”. On mówi: „Ja”. I to „ja” przeraża najbardziej.
Autor nie sili się na ocenę, nie komentuje, nie prowadzi za rękę. Zamiast tego wrzuca nas do umysłu człowieka, który codziennie rozmawia z duchami, rozkłada trupy i pieczołowicie zszywa kostium z kobiecej skóry. Żeby zatańczyć. Dla mamy.
Bo mama tu nie jest postacią drugoplanową – ona jest osią świata Geina. Każde jego działanie, każda decyzja, każdy rozpad moralności i zdrowego rozsądku prowadzi z powrotem do niej.
Nie, to nie jest prosty przypadek psychopaty. To opera nekrofilna z wątkiem Edypa, w której miłość do matki przekracza granice ciała, śmierci i logiki.
Psychologia? To nie psychologia. To sekcja zwłok świadomości. Czornyj rozkłada Eda na czynniki pierwsze, ale nie po to, żeby go zrozumieć. On go pokazuje w całym jego błocie, w zapachu zgniłego mięsa, w tęsknocie za matką tak wielkiej, że nawet Norman Bates by się skrzywił. Mamy tu Nelsona – nie wiadomo, czy to alter ego, czy upiór dzieciństwa, czy zwykły mechanizm obronny, ale jedno wiadomo na pewno: Nelson jest głosem, który mówi Edowi to, czego Ed sam nie chce przyznać. Nelson jest śmiechem w momencie morderstwa, podszeptem w czasie rozkopywania grobu, kpiącą nutą w chwilach największego upodlenia. Gdyby Ed był trupem, Nelson byłby robakiem pełzającym po jego oczodołach.
Fragmenty kipią halucynacją. Ed budzi się na cmentarzu, z brudem za paznokciami i pustym workiem w bagażniku, zastanawiając się, czy dziś znowu musi kopać. Bo nie chce. Ma dość. „Gdzie jest łopata?” – pyta jak ktoś, kto ma dość życia. Ale zamiast terapeuty dostaje Nelsona. Głos w głowie. Czasem brat. Czasem alter ego. Czasem diabeł.
Czornyj nie mówi: „Ed był chory”. On to pokazuje. A raczej: każe ci to poczuć. W momentach największego psychicznego rozkładu – kiedy Ed tańczy w „kostiumie matki” w lustrze, kiedy przykłada do ciała zszyte sutki, gdy robi „ozdobne uchwyty z warg” – widzisz więcej niż raport psychiatryczny. Widzisz logikę chorego. I to przeraża najbardziej.
Ed tańczy w kostiumie zszytym z oskórowanych kobiet, bo tylko wtedy mama wraca i wreszcie jest cicho. Bo tylko wtedy nie czuje się samotny.
Gein nie chce być człowiekiem. Chce być matką. Chce być czymś czystym, doskonałym, boskim. Nie zależy mu na śmierci – śmierć to tylko środek do zszywania rzeczywistości według własnego wzoru. Gdy w końcu trafia do aresztu, nie przeprasza, nie błaga. Po prostu… mówi.
Są tu momenty, przy których skóra cierpnie – nie dlatego, że są brutalne. Brutalność jest oczywista. Tu chodzi o to, że Czornyj nie daje nam oddechu. Wigilia z trupami? Proszę bardzo. Kolacja, przy której goście nie mówią nic, bo mają rozkładające się gardła. Dzwonek u drzwi zrobiony z kobiecego sutka? Ależ oczywiście, zróbmy z tego ozdobę DIY. W tym wszystkim jest jakiś chory rodzaj czułości – Ed naprawdę wierzy, że robi dobrze. Że dla mamy. Że nie kraść to nie grzeszyć. Że głowa kobiety, z której zdjął biżuterię i odłożył ją z powrotem do trumny, to dowód jego uczciwości. Czy można być bardziej popieprzonym?
A jednak… i to właśnie jest największe osiągnięcie tej książki – my czujemy litość. Może nie empatię, może nie zrozumienie, ale współczucie. Czornyj nie robi z Geina potwora z czarno-białego komiksu. Robi z niego człowieka, który przez całe życie nie był nikim innym jak tylko synkiem mamusi. A kiedy mama zniknęła, Ed został sam – w domu, który gnił razem z jego umysłem. Stąd te tańce w korytarzu w kostiumie z kobiecej skóry. Stąd „uczty” z rozkładającymi się gośćmi. Stąd rozmowy ze ścianą i z lustrem. To nie szaleństwo w stylu Hollywood. To samotność, która zżera od środka, aż zostaje tylko szept: „Mamo, jesteś dumna?”.
Czornyj nie daje nam odpoczynku. Nie rozdziela fabuły na części – wrzuca nas w wir myśli, powtórzeń, maniakalnych wspomnień, gdzie jedno zdanie potrafi być pięć razy za długie, ale ani razu za słabe. Styl jest lepki, duszny, momentami psychodeliczny, jakbyśmy razem z Geinem wciągali tę ziemię spod trumien, gryźli ją, żeby poczuć „bliskość” z tymi, których już nie ma. Momentami człowiek się zastanawia, czy sam nie świruje, bo zaczyna rozumieć logikę Eda. Nie akceptować – rozumieć.
To nie jest książka dla wszystkich. I całe szczęście. To lektura dla tych, którzy nie szukają odpowiedzi, tylko chcą zajrzeć w oczy szaleństwu. Którzy chcą się ubrudzić. Zbrukać. Dotknąć granicy między winą a niewinnością, między człowiekiem a cieniem człowieka. A Max Czornyj prowadzi nas tam za rękę – nie jak przewodnik, ale jak współwinny.
Czy warto? Nie wiem. Czy będziesz spać spokojnie po lekturze? Wątpię. Ale jeśli cię ciągnie do ciemności, jeśli lubisz słuchać głosów zza ściany, jeśli fascynuje cię, co się dzieje w głowie człowieka, który szyje pas z kobiecych sutków – to nie ma lepszej książki. Ale pamiętaj: jak już wejdziesz do domu Eda Geina, to nie wyjdziesz z niego taki sam.
A mama? Mama będzie patrzeć. Zawsze.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
