
Autor: Jack Ketchum
Tytuł: Przebudzenie
Data premiery: 28.08.2024
Wydawnictwo: Skarpa Warszawska
Liczba stron: 400
Gatunek: horror
Tłumaczenie: Robert J. Szmidt
„…Hekate byłą boginią nowiu. Patronką wiedźm. Miała swoją świtę, a tworzyli ją umarli…”
Rozsiądź się wygodnie, nalej sobie tego, co tam masz najlepszego pod ręką — może wino, może coś mocniejszego, bo dziś będziemy obgadywać. I to nie byle kogo. Bierzemy na warsztat Jacka Ketchum’a i jego „Przebudzenie”.
To nie jest ten Ketchum, który rzuca ci „Dziewczynę z sąsiedztwa” jak cegłę w twarz. To jest Ketchum flirtujący z czymś, co mogłoby być Lovecraftem na greckich wakacjach, tylko że zamiast oślizgłych macek mamy błękitne oczy, rytualny seks i kobietę, która z mitologii greckiej zrobiła sobie ścieżkę kariery.
A mitologia? Mitologiczna rama nie jest w tej książce estetycznym dodatkiem, tylko rdzeniem fabuły. Ketchum czerpie z greckich korzeni jak z ropiejącej studni: Gaja, Hekate, ofiary z krwi, płonące miasta i seks jako rytuał, nie rozrywka. Nie ma tu romantyzmu – jest gwałt. Nie ma tu heroizmu – jest ofiara. Leila to nie femme fatale. To bóstwo, które wyszło z ziemi, krwią obmyło piasek i teraz domaga się swojego. Najlepiej przez rozdarcie komuś gardła lub duszy. A najlepiej – obu.
Zresztą właśnie w tym tkwi siła tej powieści – brutalność nie jest ozdobnikiem. Jest językiem opowieści. Gdy ktoś komuś coś robi, to nie kończy się na „opisie sceny”. Tu czuć każde pchnięcie. Czuć wnętrzności. Czuć zapach palonego mięsa. Nie dlatego, że Ketchum epatuje, ale dlatego, że używa przemocy tak, jak używa się symbolu: żeby coś pokazać. Zdradę. Dominację. Zniszczenie.
Fabuła? W skrócie: grupa Amerykanów (tak, to znowu oni) zjeżdża na Mykonos, każdy z jakimś bagażem – czasem mentalnym, częściej wódczanym. Mamy Dodgsona – pisarza z przeszłością, Billie – ilustratorkę z charakterem, a także całą resztę postaci, które nie są tłem, tylko ruszają się, żyją, pieprzą i krwawią. I w tym właśnie kontekście pojawia się ona – Leila. Niby dziewczyna. Niby przewodniczka. Ale szybko staje się jasne, że ta kobieta to nie tylko człowiek. To archetyp. To mit. To coś starszego niż cała ta zgraja razem wzięta. Każdy z bohaterów niesie coś na sumieniu, każdemu coś pękło. I Ketchum doskonale to rozumie – podważa ich wybory, rozdziera relacje, zmusza do konfrontacji z czymś większym niż oni sami. Z siłą, która nie zna moralności, nie zna współczucia, zna tylko rytm krwi i ognia. I nie chodzi tylko o metaforę – mówimy tu o literalnym końcu znanego świata. Jest scena z płonącym Mykonos, są umarli, którzy wracają, a Leila przypomina bardziej Gorgony niż człowieka.
Ale mamy też Jordana Chase’a – i to on staje się kluczem do tej całej opowieści. Bo Jordan widzi rzeczy, których nie powinien. On nie jest tylko świadkiem – on jest naczyniem. Medium. Łącznikiem między tym, co ludzkie, a tym, co przedwieczne.
Jego wizje są jak uderzenie pioruna w trzewia – promieniejące, szaleńcze, mistyczne. Czuje płynny ogień, czuje zew z wnętrza ziemi. Widzi siebie jako Antajosa – syna Gai, którego moc pochodzi z kontaktu z ziemią. I to nie jest metafora. To przepowiednia. Bo Jordan nie marzy – on styka się z boginią. Z tym, co było, zanim pojawiły się prawa, demokracja i raki z ouzo. On odczuwa „przebudzenie” dosłownie. I w tej wizji – cholernie intensywnej – Ketchum serwuje nam mit w wersji hard-core.
To właśnie Jordan Chase w pierwszych rozdziałach zdaje się tylko nawiedzonym guru od energii kosmicznej, ale im dalej w las — albo raczej im głębiej w gaje oliwne — tym mocniej czujemy, że ten facet wie. Ma wizje, ale nie takie, które można olać jako bełkot. Jordan Chase widzi, że coś się budzi. I nie chodzi o turystyczne przesilenie. Chodzi o Gaję. O Hekate. O krwawą kobietę, która żąda nie tylko adoracji, ale ofiary. Jego wizje mają mistyczną gęstość, ale bez pretensjonalności. Jest w nich siła, którą trudno zignorować — trochę jak w spojrzeniu kobiety, która nie mówi, że cię zabije. Po prostu to robi.
Bo mitologia, moi drodzy, to tutaj nie ozdobnik. To nie jest grecka fontanna, co leci sobie z tła, żeby było klimatycznie. To struktura kręgosłupa całej opowieści. Ketchum nurkuje głęboko — do Gai, Hekate, Demeter, krwawych rytuałów, ofiarnych królów i pożerających kochanków. Nie mówimy tu o sentymentalnych wspominkach o Adonisie. Mówimy o tym, że ziemia żąda krwi. A kobieta — bo to kobieta tu jest boginią — bierze sobie, co jej się należy.
A teraz porównanie, którego nie da się uniknąć — „Przebudzenie” kontra „Dziewczyna z sąsiedztwa”. Tam mieliśmy surową brutalność, przyziemną, prawie reporterską opowieść o tym, do czego zdolni są zwykli ludzie. Tu — przeciwnie. Brutalność ma wymiar niemal rytualny. To nie jest historia o sąsiadach. To mit o boginiach, które zeszły na ziemię i rozsiadły się w ludzkich skórach. Ketchum nie porzuca przemocy — on ją przetwarza, pogłębia, sakralizuje. W „Dziewczynie…” ból był śrutem prosto w serce. W „Przebudzeniu” to raczej żar, który się tli i wybucha dopiero wtedy, kiedy już wydaje ci się, że jesteś bezpieczny.
Co ważne, Ketchum nie szczędzi nam konkretu. Nie bawi się w niedopowiedzenia, ale też nie przekracza tej cienkiej granicy między szokowaniem a tanim porno. U niego każde uderzenie, każdy jęk ma znaczenie — nie tylko dla fabuły, ale i dla całej mitologicznej konstrukcji. Wszystko wraca do tej jednej idei: ciało jako ofiara. Ciało jako pole walki.
A przecież to właśnie ciało Billie staje się areną. To ona wchodzi w ten mit jako nieświadoma uczestniczka, a może i ofiara. Ale czy na pewno? Może właśnie o to chodzi, że kobiety u Ketchuma nie są tylko ofiarami. One są medium. Są ogniwem między światem ludzi a światem bogów. Tak było z Meg w „Dziewczynie…”, tak jest i tutaj, choć Billie nie ma tej samej surowej niewinności. Ona już wie. Nie wszystko, ale wystarczająco dużo, by zrozumieć, że niektórych rzeczy nie da się ododczytać.
Czy „Przebudzenie” to książka idealna? Nie. Momentami Ketchum rozciąga napięcie do granic wytrzymałości. Bywa, że wizje Jordana przeciągają się o stronę za długo. Że pewne sceny powtarzają rytm — krew, mięso, zmysły, znowu krew. Ale też — może właśnie tak ma być. Może ten nadmiar to sposób na wytrącenie nas z komfortu. Bo to nie jest książka dla tych, którzy szukają czystej fabularnej satysfakcji. To rytuał. Kąpiel w posoce mitu i popędu.
Brakuje czegoś? Tak – momentami fabuła się rozmywa, rozciąga jak rozżarzona guma do żucia. Bywa, że tempo siada, dialogi robią się zbyt pretensjonalne, a mitologiczny wykład o Gai i Hekate trąci wykładem z filologii klasycznej. Ale to się wybacza. Bo w tej książce chodzi o coś więcej niż akcję – o atmosferę. O ten niepokój, który narasta gdzieś z tyłu czaszki i mówi ci: coś się budzi. Coś sięga po ciebie. I nie będzie to łagodna ręka.
Tym, co razi, jest sposób prowadzenia niektórych relacji. Wątki emocjonalne nie dorównują tym kosmicznym – zbyt często przytłacza je brutalność scen, które, choć efektowne, nie wnoszą wiele ponad szok i cielesność. Bywa, że czytelnik ma wrażenie, że autorowi bardziej zależy na tym, by szokować niż by prowadzić bohaterów dokądkolwiek istotnego. W momentach kulminacyjnych zamiast katharsis bywa tylko niesmak.
„Przebudzenie” to książka nierówna, miejscami toporna, ale momentami – piekielnie mocna. To Ketchum w wersji europejskiej, w sandałach, ale dalej z maczetą. Zamiast piwnicy mamy Delos. Zamiast mordercy – boginię. A zamiast happy endu – katharsis, ale takie, po którym musisz iść się wykąpać.
Nie jest to powieść, którą pokochasz. Ale zapomnieć jej się nie da. Bo Leila nie pozwala, a może Billy..?
Jeśli masz ochotę spojrzeć w otchłań, która pachnie seksem, zgnilizną i starogrecką legendą, to… po prostu usiądź i posłuchaj.
Tu: https://youtu.be/rOtAqD2nuTs?si=stLQnIvC_OdXXdkb
Zamknij oczy. Poczuj sól, dym i wrzask. Bo coś w Grecji się budzi.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
