Recenzje

” Moje wielkie, greckie morderstwo” – Tomasz Duszyński

Autor: Tomasz Duszyński
Tytuł: Moje wielkie, greckie morderstwo

Data premiery: 15.05.2024
Wydawnictwo: Skarpa Warszawska
Liczba stron: 432
Gatunek: komedia kryminalna

„…Szykuj się na prawdziwe, greckie wesele…takie z trupami w tle…”

„Moje wielkie, greckie morderstwo” Tomasza Duszyńskiego – czyli kiedy wesele zamienia się w grecki obłęd, a śmiech ma posmak zbrodni.

Czasami otwierasz książkę dla rozrywki, z nadzieją, że może się pośmiejesz, może trochę odprężysz, że akcja będzie lecieć jak tanie wino po gardle, a intryga przyjemnie Cię oszuka. I wtedy trafiasz na powieść Tomasza Duszyńskiego, w której już od pierwszych stron czujesz, że ten urlop to nie będzie żadna spokojna majówka.

Już wiesz, że to jest właśnie to, czego potrzebujesz w tym momencie.

Oto mamy Pana Tomasza – nie, nie autora, chociaż to złośliwe lustrzane odbicie literackie i wszyscy dobrze wiemy, że to jest właśnie on – pisarza zmuszonego do udziału w greckiej komedii pomyłek, która nawet w najgorszym koszmarze nie powinna była się wydarzyć.

Pan Tomasz, pisarz i ironiczny narrator, oraz jego Pani Żona, mistrzyni nieświadomego chaosu i mobilna kronikarka wszystkiego, co nieistotne – wyruszają na majówkę, która miała być chwilą wytchnienia. Z nimi zaś leci Panna Córka, która od pierwszych stron daje jasno do zrozumienia, że nie zamierza być biernym obserwatorem greckiej tragedii. Jej teksty – cięte, sarkastyczne, błyskotliwe – są jak plaster cytryny wyciskany na rany śledztwa. I chociaż czasem milknie, to zawsze patrzy. Zauważa więcej, niż się wydaje.

„Lecimy!” – wykrzykuje Pani Żona, z tą swoją charakterystyczną determinacją, której nie sposób się przeciwstawić. On jeszcze próbuje stawiać opór, jeszcze udaje, że ma coś do powiedzenia, ale wszyscy wiemy, że w tej relacji bunt nie ma racji bytu. I tak zaczyna się ten karnawał – karnawał ludzi, którzy się nie znają, nie powinni się spotkać, a jednak los, złośliwy jak autor z poczuciem humoru, którego nie doceniono na spotkaniu autorskim, wsadza ich do jednego samolotu i każe lecieć razem na greckie wesele.

I właśnie tam, 9000 metrów nad ziemią, poznajemy kolejnych bohaterów: Rózia, koleżanka Pani Żony z podstawówki, kobieta o głosie jak grom z nieba i poczuciu humoru, które potrafi zabić rozmowę szybciej niż grecka klątwa. Jej mąż, Staszek, milczący snajper ironii, synek Henryczek  – uroczy i pryszczaty fan greckich bogów z obsesją na punkcie Panny Córki, Karolina i Bogdan Rowińscy z Januszkiem, którzy sprawiają wrażenie tak poprawnych, że aż niepokojących, ksiądz, który wygląda jakby pił z pokładowego barku jeszcze przed startem, oraz Leokadia Maślak – chodząca apokalipsa towarzyska – i jej siostrzenica, Renata.

To po prostu przypadkowi goście tego samego ślubu – ludzie, których wspólnym mianownikiem jest zaproszenie, samolot i fakt, że żadne z nich nie spodziewa się, że ktoś tu umrze. I nie mam tu na myśli umierania z nudów.

Duszyński robi rzecz genialną – bierze schemat komedii kryminalnej i rozmontowuje go od środka. Nie wrzuca nas w klasyczną zagadkę zamkniętego pokoju, tylko w rodzinne piekiełko, które nie jest nawet rodzinne, a i tak zieje ogniem. To wszystko pachnie ouzo i przypaloną musaką, ale smakuje jak wielowarstwowy, sarkastyczny sernik z nóżką wystającą spod tortu weselnego.

„Moje wielkie, greckie morderstwo” jest książką o podróży – i nie chodzi tu tylko o lot na Peloponez. To podróż przez pamięć, przez relacje, przez rodzinne układy, które pękają pod presją upału, tajemnic i… greckiego wesela. Bo Duszyński bardzo dobrze wie, że nic nie obnaża prawdziwej natury człowieka tak skutecznie, jak wspólny wyjazd. Zwłaszcza z ludźmi, z którymi nigdy nie chciałoby się dzielić ani auta, ani tajemnic, ani, tym bardziej, zbrodni.

„Kolumna przygniotła jakiegoś turystę”

To zdanie pada szybko. I zmienia wszystko. Bo kiedy już czytelnik przyzwyczai się do tej ferajny, kiedy zacznie sądzić, że oto zapowiada się grecka „Wielka rodzina” – ktoś ginie.

Dosłownie grecka kolumna toczy się i miażdży człowieka jak naleśnika.

Wtedy już przestajesz się łudzić, że największym zagrożeniem będzie wspólne zwiedzanie z Panią Żoną, która fotografuje wszystko i wszystkich, i trzeba ją przy tym pilnować, bo lubi się gubić.

A kiedy jedna z postaci przez pół godziny gada z trupem i nie zauważa, że ten nie odpowiada, bo ma wbity nóź w pierś, wiesz już, że jesteś w najlepszym możliwym piekle literackim.

„– Może popełnił samobója, bo już nie mógł jej słuchać…”

„– Może myślała, że wreszcie znalazła dobrego słuchacza.”

I właśnie za takie zdania kocham tę książkę. Za to, że wali w absurd jak w bęben, nie tracąc ani rytmu, ani sensu. Za to, że śmiech idzie w parze z grozą, a lęk z groteską.

Wszyscy wiemy, że jak jest morderstwo, nawet podwójne, to wtedy do akcji wkracza lokalny inspektor.

Inspektor Katastropoulos. Boso. W białym garniturze. Z laską zakończoną trytonem i wzrokiem, który przyprawia o zawroty głowy. Grecki inspektor, który nie rozwiązał tylko jednej jedynej sprawy w swojej karierze. Ale za to jakiej. Właśnie tej, która miała swój początek w 1987 roku.

Już wiadomo – to nie będzie tylko śledztwo. To będzie rozliczenie. Z przeszłością, z historią, z tym, co zostało ukradzione, a czego nikt nie chce odzyskać oficjalnie. Bo artefakty znikają tylko wtedy, gdy nie powinny się nigdy pojawić.

I jeszcze te monety. W walizkach u wszystkich. Obole – te przeklęte, starożytne monety dla zmarłych, dla Charona, dla przeprawy przez Styks. I wtedy śmiech zamiera, a może właśnie wtedy jest najgłośniejszy?

„– Może są coś warte? Po tym, jak się przekręcicie, to je sprzedam i będę milionerką” – rzuca Panna Córka, z miną, która nie pozwala ustalić, czy żartuje, czy właśnie zainaugurowała karierę kolekcjonera spadków.

Bo śmierć w tej książce nie jest dramatyczna. Jest… niewygodna. Jak nieproszony gość, jak plama z wina na białej sukni panny młodej, jak łóżko w hotelu z widokiem na śmietnik. Duszyński nie robi z niej sacrum. On się nią bawi. I my, jako czytelnicy, również zaczynamy się śmiać, mimo że nie powinniśmy. Może dlatego, że to śmiech obronny. Może dlatego, że dobrze wiemy, jak wyglądają wspólne wyjazdy z ludźmi, których nie znamy – i wiemy, że zbrodnia jest tylko kwestią czasu.

Narracja?

Żywa, soczysta, pełna językowego mięsa. Dialogi są błyskotliwe, naturalne, wręcz teatralne momentami – ale bez sztuczności. Z łatwością można sobie wyobrazić, że te rozmowy naprawdę miały miejsce. Bo który facet nie słyszał choć raz od żony tekstu: „możesz przestać tak głośno oddychać ?”

Finał?

Spektakularny. Chaotyczny. I całkowicie logiczny w swoim szaleństwie.

A najlepsze, że kiedy wszystko się kończy, bohaterowie naprawdę zastanawiają się, czy nie pojechać razem na kolejne wakacje.

To nie jest nawet ironia. To jest czysty, nieprzetworzony masochizm.

Kto chce poczuć się jeszcze bliżej greckiego chaosu, oliwek i trupów w peloponeskich ruinach – to odpalcie sobie w tle Mikis Theodorakis i „Zorba the Greek”.

https://www.youtube.com/watch?v=QskFT7AaKH0

Bo jak już tańczyć na majówce, to najlepiej z nożem w sercu, kieliszkiem ouzo w dłoni i podejrzanym uśmiechem na twarzy.

Jeżeli, tak jak ja, zamykasz tę książkę z uśmiechem, który balansuje gdzieś między histerią a zachwytem, to mam dla ciebie wiadomość lepszą niż ouzo w cieniu cyprysu: to jeszcze nie koniec.

Pan Tomasz nie powiedział ostatniego słowa. On dopiero się rozkręca.

I właśnie pakuje walizki na kolejny urlop z piekła rodem.

Tym razem czeka go Toskania – urocza, słoneczna, pełna wina i trupów.

„Słodkie życie, włoska śmierć” już się zbliża.

A ja, uzbrojona w ironię, cierpliwość i żelazny żołądek, zamierzam podążyć jego śladem.

Do zobaczenia w Toskanii, kochani.

I niech Zeus ma nas w opiece.

Bo włoska śmierć też potrafi smakować słodko.

Ciao 😉

P.S.

Dla głodomorów polecam greckie Souvlaki. Ulubiona przekąska Pana Tomasza.

Przepis znajdziesz tutaj:

https://www.zbrodnienawidelcu.pl/souvlaki/

 


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *