
Autor: Catherine Reiss
Tytuł: Królowa kłamstw
Data premiery: 16.04.2025
Wydawnictwo: Wydawnictwo Nocą
Liczba stron: 398
Gatunek: thriller psychologiczny
„…Kłamstwo jest jak cień – zawsze jest tuż za Tobą, gotowe żeby Cię pochłonąć..”
Znasz ten moment, kiedy trafiasz na autorkę, która pisze tak, jakby znała wszystkie twoje demony z imienia? Catherine Reiss weszła mi przy „Fetorze”. Pamiętam, jak czytałam i myślałam: „Okej, ktoś tu ma odwagę napisać coś brudnego, lepko-prawdziwego, bez cukru pudru i bez przepraszania, że boli”. I zanim zdążyłam ochłonąć, już miałam za sobą kolejne części tej serii. Ale teraz… teraz nadeszła „Królowa kłamstw”. I powiem jedno: ta książka mnie rozsmarowała.
Nie, nie zawiodłam się. Ba, ja się po tej książce zbierałam jak po imprezie, z której wyszłaś rano, z rozmazanym makijażem, jednym butem i pytaniem „co tu się właśnie odjebało?”. Bo Reiss nie pisze grzecznych historyjek. Ona wyciąga brudy, szoruje nimi po oczach i jeszcze się pyta, czy boli. A my, masochistki, mówimy: „Bardzo proszę o jeszcze”.
Reiss bierze coś tak zwyczajnego jak opowieść o rodzinie i robi z tego seans spirytystyczny z demonami z przeszłości. Każdy tu coś ukrywa, każdy coś gra, a ty siedzisz jak idiotka z książką przyklejoną do twarzy, bo nie możesz przestać. Czysty thriller psychologiczny, ale taki… z jajem.
Zaczyna się niepozornie: dom, dziecko, niania. Klasyk, prawda? Tyle że ta historia szybko przestaje być sielanką z katalogu IKEA. To jest dom, w którym ściany pamiętają więcej kłamstw niż ludzie.
Nie wiem, jak ona to robi, ale każda postać, nawet ta poboczna, jest jak z krwi i kości. Żadnych kartonowych lalek. A główne bohaterki? Matko i córko. Jedna bardziej popieprzona od drugiej, ale każda tak świetnie napisana, że nie wiesz, czy masz je przytulić, czy rzucić im cegłówką w łeb.
I faceci? Ach, faceci. Jak zwykle – pogubieni, słabi, z wielkim ego i zerową samokontrolą. Idealne tło dla kobiet, które próbują poukładać swoje życie, tylko że akurat układają je z kawałków szkła i brzytw.
Zauważyłaś, że niektóre książki próbują być „mocne”, ale kończy się na jednym plot twist’cie i paru przekleństwach? No to tu tak nie jest. Tu masz całą paletę emocjonalnej patologii: zazdrość, obsesję, ból po zdradzie, potrzebę kontroli, pragnienie bliskości i te wszystkie małe, codzienne kłamstwa, które rosną i zamieniają się w coś, czego już nie da się wyplenić.
I Reiss nie ocenia. Nie moralizuje. Ona ci pokazuje człowieka rozszarpanego od środka, a ty sama zdecyduj, co z tym zrobić.
Autorka bawi się czytelnikiem jak kot z rannym ptakiem. Niby wiesz, że coś jest nie tak, niby widzisz, że relacje są poszarpane jak stare firany, ale i tak dajesz się wciągnąć. Najpierw podprogowy niepokój, potem podsycana zazdrość, aż w końcu masz wrażenie, że jesteś zamknięta z tymi ludźmi w jednym domu, bez klucza, bez drzwi i bez tlenu.
Główna bohaterka, Laura, to nie jest żaden ideał z poradnika „jak być perfekcyjną matką i żoną”. Ona się miota, błądzi, popełnia błędy, czasem chce dobrze, ale wychodzi, jak zawsze. I za to ją lubię. Bo ile razy można czytać o kobietach, które wszystko ogarniają, są zen, mają idealne włosy i zero cieni pod oczami? Laura jest jak my – połamana, wściekła, rozczarowana, próbująca nie zwariować, kiedy wszystko się sypie, a ktoś ci jeszcze sypie piasek w oczy.
Asha… no właśnie. Ta dziewczyna to osobny temat. Kameleon. Zjawa. Ktoś, kto z pozoru ma być wsparciem, a staje się katalizatorem katastrofy. Ale Reiss nie robi z niej taniej femme fatale. Ona daje jej przeszłość, pokręconą psychikę i całą siatkę motywacji, które sprawiają, że zaczynasz zadawać sobie pytanie: czy ja właśnie współczuję tej wariatce?
I tu właśnie wychodzi siła tej historii – nic nie jest czarno-białe. Każdy ma coś za uszami. Każdy tu kłamie. Każdy gra. I w pewnym momencie już nie wiesz, kto tu jest ofiarą, a kto oprawcą. A najgorsze? W pewnym momencie zaczynasz się zastanawiać, czy ty sama w tej sytuacji nie zachowałabyś się równie podle.
Reiss cudownie pokazuje, jak łatwo można się pogubić w relacjach. Jak jedna nieprzepracowana rana może zamienić ci życie w pole minowe. Jak często w małżeństwie mówimy „kocham”, a tak naprawdę myślimy: „nie odchodź, bo nie wiem, kim jestem bez ciebie”. I jak łatwo jest się oszukiwać, że wszystko jest okej – dopóki ktoś ci nie postawi lustra przed twarzą.
A potem dochodzimy do końcówki. I nie, nie będę ci spoilerować, ale ostrzegam: nie próbuj czytać ostatnich rozdziałów w autobusie czy przy dzieciach. Bo albo rzucisz książką o ścianę, albo się popłaczesz, albo zaczniesz mamrotać coś do siebie. To jest emocjonalny jeb w twarz. I dokładnie tego potrzebowałam.
To nie jest thriller z trupami na każdej stronie. To nie jest dramat psychologiczny, w którym siedzisz i analizujesz każde słowo. To jest po prostu opowieść o ludziach, których rozjechało życie. A potem przychodzi ktoś, kto niby chce pomóc, ale wylewa jeszcze benzynę na ognisko.
A w tym wszystkim – dziecko. Mały Leon, który staje się dla każdego z bohaterów czymś innym: nadzieją, kartą przetargową, celem. I za każdym razem, kiedy się pojawia, robi ci się ciężko na sercu, bo widzisz, jak bardzo dzieci są ofiarami cudzych błędów. I nie, to nie jest moralizatorskie. To jest brutalnie prawdziwe.
Jeśli znasz Catherine Reiss z „Fetoru”, to wiesz, że ona nie ma litości. Wchodzi w ciemne zakamarki ludzkich głów i serc, wyciąga wszystko, co paskudne, i mówi: „patrz”. I nie możesz odwrócić wzroku, bo to jest zbyt cholernie dobre. „Królowa kłamstw” trzyma poziom, a nawet idzie krok dalej. To bardziej dopracowana, emocjonalnie cięższa i jeszcze bardziej wielowymiarowa historia.
Nie wiem, jak ona to robi, ale każdy rozdział to jak wbicie kolejnego paznokcia pod skórę. Czujesz napięcie, nie wiesz, komu ufać, jesteś rozdarta. I nagle widzisz, że nie czytasz dla fabuły, tylko dla tych emocji, które cię zalewają jak tsunami. To nie historia cię wciąga – to uczucie, że tam jesteś. Że to wszystko cię dotyczy. Że rozumiesz.
Po przeczytaniu nie zostajesz z ulgą, że „o, fajne, koniec”. Zostajesz z pustką. Z niedosytem. Z pytaniami. Z potrzebą, żeby jeszcze raz wrócić do niektórych momentów i sprawdzić, co przeoczyłaś. I z tą dziwną świadomością, że ta książka zostanie z tobą na dłużej. Bo zmusiła cię do konfrontacji z czymś, o czym nie chciałaś myśleć.
Podsumowując?
Nie będzie żadnego podsumowania. Bo to nie jest historia, którą da się zamknąć w jednym zdaniu. To emocjonalna jazda bez trzymanki, pełna zdrad, manipulacji, bólu i samotności. Ale też dziwnie uzależniająca. I cholernie satysfakcjonująca.
Czy to najlepszy thriller psychologiczny, jaki ostatnio czytałam?
Tak. I nie boję się tego powiedzieć. Catherine Reiss znowu udowadnia, że wie, jak się grzebie w psychice bohaterów. I że potrafi pisać o kobietach z krwi, kości i blizn. Dla mnie to petarda – taka, co zostawia ślady.
PS. Muszę Ci jeszcze powiedzieć o jednym.
Pisząc tą recenzję w tle leci mi psychodeliczny kawałek, który bardzo polecam jako podkład do czytania 🙂
Billie Eilish – you should see me in a crown.
https://www.youtube.com/watch?v=Ah0Ys50CqO8
Miłej lektury 🙂
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
