
Autor: Weronika Banasik
Tytuł: Pragnienia panny Julii
Data premiery: 02.09.2026
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 370
Gatunek: literatura obyczajowa
„To nie jest ich życie i nie mają prawa o tobie decydować.[…] Nie zapominaj kim jesteś.”
W połowie XIX wieku podobne zdanie wypowiedziane przez młodą kobietę mogło wywołać w salonie większe poruszenie niż źle dobrana zastawa, krzywo zawiązany gorset i panna, która ośmieliła się mieć własne zdanie podczas kolacji. Julia ma jednak tę niebezpieczną przypadłość, że myśli. Na dodatek robi to samodzielnie, bez konsultacji z ojcem, bratem, potencjalnym mężem oraz połową brytyjskiego społeczeństwa. Jak na młodą damę z dobrego domu – sytuacja niemal alarmowa.
„Pragnienia panny Julii” Weroniki Banasik przenoszą nas do wiktoriańskiej Anglii, pachnącej herbatą, kwiatami, tartą malinową i społecznymi oczekiwaniami, od których można dostać lekkiej duszności nawet bez zbyt mocno zasznurowanego gorsetu. W centrum tej historii znajdują się trzy siostry, każda marząca o innym życiu. Luci pragnie małżeństwa, Joe wierzy w wielką miłość, natomiast Julia chce pisać książki, zarabiać własne pieniądze i decydować o sobie. Bez pytania kogokolwiek o pozwolenie. Bezczelność – hard level.
Julia wyróżnia się na tle epoki nie dlatego, że odrzuca uczucia albo urządza jednoosobową rebelię przeciwko całemu rodzajowi męskiemu. Ona po prostu nie chce, by małżeństwo stało się ceną, którą musi zapłacić za społeczną akceptację. Pragnie bliskości, ale nie zamierza składać własnej tożsamości na ołtarzu cudzych oczekiwań. I właśnie na tym opierają się jej największe rozterki. Nie pyta jedynie, którego mężczyznę wybrać. Zastanawia się, czy przy którymkolwiek z nich nadal będzie mogła wybierać samą siebie. A kandydaci oczywiście się pojawiają. Jedni rozpalają emocje, inni dają poczucie bezpieczeństwa, jeszcze inni istnieją chyba głównie po to, by Julia mogła się przekonać, jak wiele cierpliwości wymaga od kobiety dobrze wychowany mężczyzna przekonany o własnej wyjątkowości.
Autorka nie sprowadza jednak emancypacji do prostego hasła: mężczyźni źli, samotność dobra. Julia nie rezygnuje z miłości. Nie zamyka serca na cztery spusty i nie wyrzuca klucza do Tamizy. Chce tylko relacji, w której nie będzie dodatkiem do nazwiska męża, ozdobą salonu ani dobrze wychowaną maszyną do potakiwania. Miłość może i jest piękna, lecz jeśli wymaga od kobiety złożenia własnych marzeń w depozycie, zaczyna przypominać elegancko zapakowaną klatkę.
Ten motyw został pokazany również poprzez losy pozostałych bohaterek. Każda z nich inaczej rozumie szczęście i każda musi przekonać się, że życie nie zawsze respektuje scenariusze pisane podczas romantycznych spacerów. Dzięki temu emancypacyjny ton powieści nie ogranicza się wyłącznie do walki o prawo do pracy czy własnych pieniędzy. Dotyczy także prawa do popełniania błędów, zmiany zdania, odejścia z nieudanej relacji i ułożenia sobie życia na nowych zasadach.
Bardzo odpowiadał mi ciepły klimat tej historii. To nie jest powieść, która chwyta czytelnika za kołnierz i ciągnie przez fabułę, gubiąc po drodze guziki oraz godność. Ona raczej zaprasza do salonu, podaje herbatę i powoli snuje opowieść. Herbaty jest tu zresztą tyle, że Brytyjczycy mogliby spokojnie uznać książkę za dobro narodowe. Do tego tarty, serniki, wino, spacery i ogrody pełne kwiatów. Nikt nie powinien czytać jej głodny, bo mniej więcej po trzecim cieście człowiek zaczyna podejrzliwie spoglądać w stronę lodówki.
Barwne opisy zdecydowanie działają na wyobraźnię. W głowie widziałam eleganckie wnętrza, suknie, ogrody, bukiety polnych kwiatów i angielskie krajobrazy. Weronika Banasik potrafi zatrzymać się przy detalu i zbudować z niego nastrój. Czasami zatrzymuje się przy nim odrobinę za długo, a potem jeszcze wraca, by upewnić się, że czytelnik na pewno zauważył wszystkie płatki, promienie słońca i krople rosy. Mimo to właśnie ta obrazowość nadaje książce miękkość oraz sprawia, że świat Julii nabiera kolorów.
Autorka posługuje się trzecioosobowym narratorem wszechwiedzącym. Narrator zagląda bohaterom do głów bez pukania, zna ich obawy, pragnienia i motywacje, a czasem również uprzejmie tłumaczy czytelnikowi, co powinien z danej sceny wynieść. Nie odebrałam tego jako błędu. To świadomie wybrany, klasyczny sposób opowiadania, dobrze współgrający z charakterem powieści historyczno-obyczajowej. Bywa jedynie nazbyt opiekuńczy. Nie zawsze pozwala symbolom i emocjom wybrzmieć samodzielnie, bo natychmiast opatruje je komentarzem. Jak ciotka, która po dowcipie od razu wyjaśnia, dlaczego należało się śmiać.
Podobnie jest ze wstawkami historycznymi i obyczajowymi. Sama ich obecność stanowi mocną stronę książki. Poznajemy zwyczaje, ograniczenia nakładane na kobiety, społeczne konwenanse oraz ważne wydarzenia. Dzięki temu epoka nie pozostaje jedynie dekoracją złożoną z sukien i filiżanek. Chwilami jednak tych informacji jest za dużo. Niektóre wracają w kolejnych rozmowach, podane przez inną postać i w nieco zmienionych okolicznościach. Za pierwszym razem poszerzają tło, za drugim przypominają, za trzecim człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie zdaje jutro kartkówki z historii.
Historia Julii czyta się szybko, lekko i z przyjemnością. Powieść ma serce, ciepło oraz bohaterkę, której naprawdę chce się kibicować. A to w literaturze obyczajowej jest ważniejsze niż perfekcyjnie wypolerowane klamki w każdym wiktoriańskim salonie.
Największą siłą książki pozostaje sama Julia. Jej droga nie prowadzi wyłącznie ku miłości, lecz przede wszystkim ku samostanowieniu. Pisanie nie jest dla niej kaprysem bogatej panienki ani zajęciem na czas pomiędzy podwieczorkiem a wyborem sukni. Jest częścią jej tożsamości. Julia chce tworzyć, zarabiać, mieć własny dom i podejmować decyzje bez mężczyzny stojącego obok z pieczęcią zatwierdzającą. Jeżeli zaś ktoś ma się w jej życiu pojawić, powinien umieć iść obok niej, nie przed nią i nie zamiast niej.
Podoba mi się, że finał nie sprowadza jej szczęścia do pierścionka, nazwiska i stosownego męża. Julia nie musi wybierać pomiędzy miłością a niezależnością. Może pragnąć jednego i drugiego, pod warunkiem że uczucie nie zażąda od niej rezygnacji z samej siebie. To najbardziej współczesna myśl tej opowieści, choć ubrana w suknię z XIX wieku.
„Pragnienia panny Julii” są debiutem i miejscami rzeczywiście to czuć. Powtórzenia można ograniczyć, historyczne informacje dokładniej zweryfikować, a symbolom pozwolić przemówić bez narratora stojącego obok z megafonem. Jednocześnie jest to debiut lekki, barwny i pełen dobrej energii. Autorka stworzyła świat, do którego łatwo wejść, i bohaterkę, z którą chce się spędzić te trzysta stron.
Nie dostałam wielkiej, bezbłędnej epopei historycznej. Dostałam za to ciepłą opowieść o kobiecie, która miała odwagę chcieć od życia więcej, niż przewidywał dla niej dobrze wychowany świat. O kobiecie, która nie odrzuca miłości, lecz przestaje traktować ją jak jedyną możliwą definicję szczęścia.
A panna Julia? Cóż, miała ambicje, własne pieniądze i plany. W wiktoriańskiej Anglii brakowało jej już chyba tylko transparentu.
Książkę przeczytałam w ramach współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem Novae Res.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

