
Dlaczego fascynują nas seryjni mordercy bardziej niż ich ofiary?
Wyobraź sobie, że jutro media obiegają dwie informacje.
Pierwsza: gdzieś w Polsce odnaleziono szczątki młodej kobiety. Miała dwadzieścia kilka lat. Studiowała, kochała góry, miała psa i rodziców, którzy od kilku miesięcy żyli nadzieją, że może jednak wróci do domu. Artykuł przeczytasz w minutę. Może nawet westchniesz z żalem. Potem przewiniesz ekran dalej.
Druga: policja zatrzymała seryjnego mordercę odpowiedzialnego za śmierć kilku kobiet. Jeszcze zanim skończysz czytać nagłówek, zaczniesz zadawać pytania. Kim był? Jak wyglądał? Co robił zawodowo? Miał rodzinę? Był inteligentny? Jak zabijał? Czy już wcześniej zwracał na siebie uwagę? Czy można było go rozpoznać?
Nie znam Cię. Nie wiem, jakie książki stoją na Twojej półce i jakie filmy oglądasz wieczorami. Ale jedno wiem z niemal stuprocentową pewnością. Druga wiadomość zatrzyma Cię na dłużej.
I właśnie to jest najbardziej niewygodna prawda o naszej fascynacji złem.
Nie ofiary budują popularność historii. Budują ją sprawcy.
Przez lata wmówiono nam, że seryjni mordercy są potworami. Istotami stojącymi poza społeczeństwem. Ludźmi z innej planety. Wyjątkowymi. Niezrozumiałymi. Obdarzonymi niemal nadprzyrodzoną inteligencją. Kino zrobiło z nich min. Hannibala Lectera. Telewizja stworzyła niezliczone dokumenty, podcasty i seriale. Rynek wydawniczy co roku wypuszcza kolejne biografie najbardziej znanych zabójców świata. Ich nazwiska pamiętamy lepiej niż nazwiska ludzi, których zamordowali.
Ale co, jeśli to wszystko jest jednym wielkim nieporozumieniem? Co, jeśli największym mitem dotyczącym psychopatów nie jest sposób, w jaki zabijają, lecz sposób, w jaki o nich myślimy? Psychopata nie staje się legendą sam. To społeczeństwo buduje jego legendę. To media zamieniają go w celebrytę. To kultura nadaje mu status antybohatera. A literatura sprawia, że zaczynamy śledzić jego losy z wypiekami na twarzy.
Czy to znaczy, że nagle wszyscy odkryli w sobie mordercze skłonności?
Nie.
To znaczy, że psychopatia jest znacznie bardziej skomplikowana, niż chcielibyśmy wierzyć. Bo największym niebezpieczeństwem nie jest psychopata. Największym niebezpieczeństwem jest przekonanie, że zawsze wygląda jak potwór.
Psychopata nie jest taki wyjątkowy, jak chcielibyśmy wierzyć.
Narodziny największego mitu
Wyobrażenie psychopaty jest dziś produktem kultury równie dopracowanym jak postać Sherlocka Holmesa czy Jamesa Bonda. Wysoki iloraz inteligencji. Nienaganne maniery. Elegancki garnitur. Hipnotyzujące spojrzenie. Człowiek, który zawsze jest o trzy ruchy przed policją i z zimną krwią prowadzi psychologiczną grę z całym światem.
To piękna historia.
Szkoda tylko, że w większości nieprawdziwa.
Harold Schechter już na pierwszych stronach swojej książki The Serial Killer Files rozprawia się z tym mitem niemal bezlitośnie. Pokazuje, że obraz seryjnego mordercy wykreowany przez popkulturę ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Wielu sprawców nie było geniuszami. Nie mieli fotograficznej pamięci. Nie prowadzili podwójnego życia niczym profesorowie uniwersytetów. Bywali przeciętnie inteligentni, impulsywni, chaotyczni i popełniali błędy, które z perspektywy czasu wydają się wręcz absurdalne.
To zresztą pierwszy zgrzyt, jaki pojawił się podczas mojej lektury. Bo jeśli nauka od lat mówi nam, że psychopaci wcale nie przypominają Hannibala Lectera, dlaczego właśnie taki obraz nosimy w głowie?
Odpowiedź jest banalna. Bo prawda jest nudniejsza od fikcji.
Nie kupilibyśmy biletu do kina na film o seryjnym mordercy, który zostawia odciski palców na miejscu zbrodni, gubi narzędzie zbrodni, pije za dużo, wdaje się w przypadkowe bójki i wpada przez własną głupotę. A przecież właśnie tak kończyła karierę znaczna część najbardziej brutalnych zabójców.
Kultura nie potrzebuje przeciętności. Potrzebuje legend. I właśnie dlatego od kilkudziesięciu lat produkuje seryjnych morderców niemal taśmowo.
Najpierw był Norman Bates. Później Hannibal Lecter. Dexter Morgan. Joe Goldberg. Patrick Bateman. Każda kolejna postać była bardziej fascynująca od poprzedniej. Coraz inteligentniejsza. Coraz bardziej charyzmatyczna. Coraz łatwiej było zapomnieć, że pod eleganckim garniturem kryje się człowiek odbierający życie.
Literatura kryminalna zrobiła dokładnie to samo. I nie ma w tym nic złego. To właśnie dlatego tak bardzo kochamy ten gatunek. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy przestajemy odróżniać literaturę od rzeczywistości. Bo prawdziwy psychopata rzadko wygląda jak Lecter. Znacznie częściej wygląda jak sąsiad. Jak kolega z pracy. Jak człowiek, którego mijasz codziennie w sklepie.
To właśnie ten kontrast najmocniej wybrzmiewa w książce Polowanie na ludzi Elliotta Leytona. Autor przekonuje, że nie można analizować seryjnych morderców wyłącznie przez pryzmat psychiatrii. Nie rodzą się w laboratoriach ani nie spadają z kosmosu. Są produktem konkretnych środowisk, doświadczeń, frustracji i społecznych mechanizmów. Upokorzenie, poczucie odrzucenia, potrzeba odzyskania kontroli – to elementy, które powracają z zadziwiającą regularnością. Nie są usprawiedliwieniem. Są próbą zrozumienia, skąd bierze się przemoc.
I właśnie tutaj po raz pierwszy zaczął mi przeszkadzać sposób, w jaki od lat opowiadamy o psychopatach. Bo kiedy media relacjonują kolejną zbrodnię, niemal zawsze pada to samo pytanie:
„Co było z nim nie tak?”
A znacznie rzadziej słyszymy pytanie:
„Co było nie tak z otoczeniem, które przez lata tego nie dostrzegało?”
Peter Vronsky w książce The Method and Madness of Monsters idzie jeszcze dalej. Zwraca uwagę, że seryjni mordercy stali się częścią popkultury. Ich nazwiska funkcjonują jak marki. Ted Bundy. Jeffrey Dahmer. John Wayne Gacy. Richard Ramirez. Każde z nich natychmiast przywołuje konkretne obrazy. I właśnie dlatego z takim zainteresowaniem czytamy kryminały.
Nie oszukujmy się. Nie otwieramy nowej książki z nadzieją, że poznamy historię ofiar. Otwieramy ją, bo chcemy poznać umysł sprawcy. Chcemy zrozumieć jego motywację. Chcemy sprawdzić, czy autor zdoła nas oszukać. Chcemy wejść do głowy człowieka, którego w rzeczywistości balibyśmy się spotkać w ciemnej uliczce. To nie jest powód do wstydu. To naturalna ludzka ciekawość. Ale właśnie ona sprawia, że psychopaci nigdy nie znikną z kultury. Bo dopóki będziemy chcieli ich zrozumieć, dopóty będą bohaterami kolejnych książek.
Kuba Sobański i eksperyment, którego większość czytelników nie zauważa.
Ostatnio pisałam recenzję najnowszej części serii o Kubie Sobańskim Adriana Bednarka. Najbardziej zaskoczyło mnie nie to, jak brutalne potrafią być opisy morderstw. W polskim kryminale brutalność przestała kogokolwiek dziwić. Zaskoczyło mnie coś znacznie bardziej niebezpiecznego.
Po zamknięciu książki zdałam sobie sprawę, że przez większość czasu nie zastanawiałam się, czy Kuba Sobański zostanie złapany. Zastanawiałam się, jak tym razem z tego wybrnie. To niewielka różnica. A jednak właśnie w niej kryje się cały fenomen tej serii. Adrian Bednarek nie napisał historii seryjnego mordercy. Napisał historię o tym, jak łatwo manipulować naszym współczuciem. Kuba nie prosi o litość. Jest pewny siebie, cyniczny, błyskotliwy i bezczelny. To człowiek, który doskonale wie, że jest inteligentniejszy od większości ludzi, i ani przez chwilę nie zamierza tego ukrywać.
A my…
…zaczynamy patrzeć na świat jego oczami. Nie dlatego, że zgadzamy się z jego zbrodniami. Dlatego, że literatura zrobiła z nami dokładnie to, co psychopaci robią z ludźmi od dziesięcioleci. Zdobyła nasze zaufanie.
Schechter zwraca uwagę na jedną cechę, która przewija się w opisach wielu psychopatów. Potrafią doskonale odczytywać oczekiwania otoczenia i dopasowywać do nich własne zachowanie. Nie muszą odczuwać empatii, żeby przekonująco ją odgrywać. Rozumieją emocje innych ludzi jak język obcy – nie dlatego, że go czują, ale dlatego, że nauczyli się go używać. To niezwykle ważna różnica. Przez lata wmawiano nam, że psychopata jest człowiekiem pozbawionym emocji. Nie. On potrafi emocje rozpoznać. Potrafi przewidzieć, jak zareagujesz. Potrafi wykorzystać Twoje słabości. Nie dlatego, że jest nadczłowiekiem. Dlatego, że traktuje relacje jak układ logiczny.
I właśnie dlatego Kuba Sobański działa tak dobrze jako bohater literacki. On nie manipuluje wyłącznie bohaterami. Manipuluje również czytelnikiem. Każdy kolejny rozdział sprawia, że zaczynamy myśleć dokładnie tak, jak autor chce, żebyśmy myśleli. Policjant przestaje być bohaterem. Staje się przeszkodą. Śledztwo nie jest drogą do sprawiedliwości. Jest zagrożeniem dla protagonisty, którego przecież śledzimy od kilkuset stron. To odwrócenie perspektywy jest mistrzowskie. I jednocześnie bardzo niebezpieczne. Bo nagle orientujemy się, że zaczęliśmy używać języka psychopaty.
Mówimy: „oby mu się udało”. „Niech jeszcze trochę ich powodzi za nos”. „Jeszcze nie teraz”.
W rzeczywistości nigdy nie wypowiedzielibyśmy takich słów. Ale literatura jest bezpiecznym laboratorium. Pozwala nam sprawdzić, gdzie przebiegają granice własnej moralności, nie narażając nikogo na cierpienie. Dlatego nie uważam, że popularność Kuby Sobańskiego świadczy o tym, że czytelnicy fascynują się przemocą. Świadczy o czymś znacznie ciekawszym. Fascynuje nas możliwość zajrzenia do głowy człowieka, którego nigdy nie chcielibyśmy spotkać naprawdę.
To zresztą nie jest wynalazek Adriana Bednarka.
Peter Vronsky opisuje, jak media przez dziesięciolecia budowały podobny mechanizm wokół prawdziwych seryjnych morderców. Każda kolejna publikacja koncentrowała się na sprawcy. Jego dzieciństwie. Inteligencji. Cytatach z przesłuchań. Zainteresowaniach. Relacjach z kobietami. Stopniowo nazwisko stawało się marką, a człowiek – ponurą gwiazdą kultury masowej. Ofiary znikały w cieniu tej opowieści.
Czy nie robimy dziś dokładnie tego samego? Ile razy potrafimy wymienić nazwiska seryjnych morderców, a ile razy pamiętamy imiona ludzi, których zamordowali? To pytanie nie jest oskarżeniem. To lustro. Bo może największym sukcesem psychopatów wcale nie jest liczba odebranych istnień. Może największym sukcesem jest to, że nawet po śmierci nadal potrafią skupiać na sobie całą uwagę świata.
Czy naprawdę fascynuje nas psychopata… czy może fascynuje nas odkrycie, że tak łatwo pozwoliliśmy mu wejść do własnej głowy?
Dlaczego kochamy potwory bardziej niż bohaterów?
Spróbujmy przeprowadzić mały eksperyment. Pomyśl o dziesięciu najbardziej znanych seryjnych mordercach świata.
Ted Bundy.
Jeffrey Dahmer.
John Wayne Gacy.
Richard Ramirez.
David Berkowitz.
Charles Sobhraj.
Dennis Rader.
Ed Kemper.
Aileen Wuornos.
Zodiac.
Podejrzewam, że bez większego wysiłku rozpoznałeś większość tych nazwisk. Być może od razu przed oczami stanęły Ci zdjęcia z policyjnych kartotek, fragmenty dokumentów Netfliksa albo sceny z filmów inspirowanych ich życiem.
Teraz spróbuj zrobić coś znacznie trudniejszego. Wymień choćby dziesięć nazwisk ich ofiar.
Zapadła cisza…..
I właśnie ta cisza jest jednym z najbardziej przerażających odkryć Petera Vronsky’ego. Autor pokazuje, że współczesna kultura stworzyła osobliwy paradoks. Seryjni mordercy stali się rozpoznawalni niczym gwiazdy rocka. Ich twarze trafiają na okładki książek, plakaty dokumentów, koszulki, kubki i internetowe memy. Tymczasem ludzie, którym odebrali życie, znikają z pamięci niemal natychmiast. Nie dlatego, że byli mniej ważni. Dlatego, że nie opowiada się o nich równie chętnie.
To nie jest wyłącznie problem mediów. To problem naszej uwagi. Bo uwaga jest dziś najcenniejszą walutą świata. A psychopaci od zawsze potrafili ją zdobywać. Nie przez empatię. Przez szok. Przez przekraczanie granic. Przez robienie rzeczy, których większość ludzi nie potrafi sobie nawet wyobrazić. Media doskonale wiedzą, że nagłówek „Mężczyzna zamordował pięć osób” przyciągnie więcej kliknięć niż historia pięciu rodzin próbujących poskładać swoje życie po tej tragedii. To brutalna prawda rynku informacji. Emocje sprzedają się lepiej niż żałoba. Sensacja wygrywa z ciszą. Twarz sprawcy wygrywa z albumem rodzinnym ofiary.
I zanim zaczniemy oburzać się na dziennikarzy, warto zadać sobie niewygodne pytanie. Kto właściwie tworzy ten rynek? Przecież to my klikamy. My oglądamy. My kupujemy kolejne książki o Bundym, Dahmerze czy Ramirezie. Nikt nie zmusza nas do wpisywania ich nazwisk w wyszukiwarkę. Robimy to sami.
Elliott Leyton zauważa, że społeczeństwa od wieków próbowały nadać sens zbrodniom, które wydawały się niewytłumaczalne. Dawniej tworzono legendy o demonach, wilkołakach czy wampirach. Dzisiaj rolę tych potworów przejęli seryjni mordercy. Nadal potrzebujemy wierzyć, że zło ma twarz kogoś całkowicie innego od nas. Kogoś, kogo można wskazać palcem i powiedzieć: „to nie człowiek, to potwór”.
Bo jeśli uznamy, że był zwyczajnym człowiekiem…
…będziemy musieli zadać sobie znacznie trudniejsze pytania.
Jak to możliwe, że nikt wcześniej tego nie zauważył?
A odpowiedź, której najczęściej nie chcemy przyjąć do wiadomości, brzmi wyjątkowo niewygodnie. Bo większość psychopatów nie ukrywa się za maską. Oni zakładają twarz, którą społeczeństwo samo uznaje za godną zaufania. I być może właśnie dlatego tak rzadko ich dostrzegamy. Nie dlatego, że są niewidzialni. Dlatego, że patrzymy dokładnie tam, gdzie oni chcą, żebyśmy patrzyli.
Dlaczego Piotr Kościelny przeraża bardziej niż Hannibal Lecter
Jest jeszcze jeden autor, do którego wracałam podczas przygotowywania tego felietonu.
Piotr Kościelny.
Nie dlatego, że jego książki są najbardziej brutalne. Na rynku znajdziemy znacznie bardziej dosadne opisy przemocy. Nie dlatego, że jego psychopaci są najbardziej inteligentni, wręcz przeciwnie. Wielu literackich antagonistów prowadzi bardziej wyrafinowaną grę z policją. Wracałam do nich z zupełnie innego powodu. Bo Kościelny konsekwentnie odbiera psychopatom to, co kultura masowa przez lata im dawała.
Mit.
Weźmy choćby Gurdaka z „Kuśnierza”.
To nie jest człowiek, którego chciałoby się cytować na Facebooku. Nie jest eleganckim manipulatorem, którego można podziwiać za błyskotliwe riposty. Nie przypomina filmowych geniuszy zbrodni. Im dłużej obserwujemy jego działania, tym wyraźniej widać, że nie patrzymy na chłodnego stratega, lecz na człowieka pogrążającego się we własnym obłędzie. Zbrodnia nie czyni go silniejszym. Wręcz przeciwnie – każda kolejna decyzja coraz bardziej go wyniszcza. I właśnie dlatego jest tak wiarygodny. Kościelny nie romantyzuje zła. On pokazuje jego brzydotę. To ogromna różnica.
Przez lata kino nauczyło nas utożsamiać psychopatę z człowiekiem niemal doskonałym. Każdy ruch zaplanowany. Każde słowo przemyślane. Każdy ślad zatarty. Tymczasem rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Schechter opisuje dziesiątki przypadków, w których seryjni mordercy wpadali przez najbardziej banalne błędy. Zostawiali ślady biologiczne. Wracali na miejsce zbrodni. Rozmawiali z policją przekonani o własnej niezwyciężoności. Nie przegrywali z geniuszem śledczych. Przegrywali z własną pychą. To niezwykle ludzka cecha. I właśnie dlatego tak niebezpieczna. Bo pycha nie jest cechą psychopatów. Jest cechą ludzi. Psychopaci, choć często sprawiają wrażenie ludzi doskonale kontrolujących sytuację, bardzo często stają się ofiarami własnego narcyzmu. Im dłużej unikają odpowiedzialności, tym bardziej zaczynają wierzyć, że są nietykalni. W pewnym momencie przestają planować. Zaczynają improwizować. Przestają analizować ryzyko. Zaczynają wierzyć we własną legendę. A legenda jest najgorszym doradcą. To właśnie w tym miejscu literatura spotyka się z rzeczywistością. Bo kiedy czytamy o psychopatach, lubimy wyobrażać sobie zimne maszyny do zabijania. Ludzi pozbawionych emocji i słabości. Prawda jest znacznie mniej efektowna. Psychopata nie przestaje być człowiekiem. Nadal popełnia błędy. Nadal ulega własnemu ego. Nadal podejmuje irracjonalne decyzje. Nadal potrafi się przestraszyć. I chyba właśnie to przeraża mnie najbardziej. Nie myśl, że największym zagrożeniem jest człowiek, który wygląda jak filmowy potwór. Największym zagrożeniem jest człowiek, który wygląda całkowicie zwyczajnie, a jednocześnie jest święcie przekonany, że świat nie może go zatrzymać. Bo historia pokazuje, że właśnie wtedy zaczynają się największe tragedie. I być może dlatego po zamknięciu książek Kościelnego nie pamiętałam przede wszystkim opisów zbrodni. Pamiętałam coś znacznie bardziej niepokojącego. Myśl, że granica między pewnością siebie a megalomanią jest znacznie cieńsza, niż większości z nas się wydaje. A psychopaci bardzo często przekraczają ją tak niepostrzeżenie, że sami nie zauważają chwili, w której przestali być łowcami…
…i zaczęli stawać się własną ofiarą.
Najbardziej przerażający bohater nie zabija. Przekonuje, że ma rację.
Kilka lat temu, gdyby ktoś zapytał mnie, co najbardziej przeraża mnie w kryminałach, odpowiedziałabym bez zastanowienia:
Zbrodnia.
Dzisiaj odpowiedziałabym zupełnie inaczej.
Najbardziej przerażają mnie ludzie, którzy potrafią przekonać samych siebie, że zbrodnia była jedynym rozsądnym rozwiązaniem. To ogromna różnica. Bo morderstwo jest skutkiem. Najpierw pojawia się historia, którą sprawca opowiada sam sobie. To nie ja jestem zły. To świat mnie zmusił. To oni na to zasłużyli. To ja przywracam sprawiedliwość.
Brzmi znajomo?
Jeżeli czytałeś „Dentystę” Piergiorgia Pulixiego, prawdopodobnie już wiesz, dlaczego ta książka nie daje o sobie zapomnieć długo po odłożeniu jej na półkę.Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda jak klasyczny thriller. Ktoś porywa ludzi, którzy uniknęli odpowiedzialności za wyjątkowo odrażające przestępstwa. Społeczeństwo dostaje możliwość głosowania. Żyć czy umrzeć? Jedno kliknięcie. Jeden kciuk w górę. Jeden w dół. Prosty mechanizm. A jednak już po kilku rozdziałach orientujemy się, że autor wcale nie testuje psychiki porywacza. Testuje naszą. To był jeden z najbardziej niekomfortowych momentów mojej tegorocznej lektury. Nie dlatego, że opisy przemocy były brutalne. Dlatego, że zaczęłam rozumieć, dlaczego tłum tak chętnie bierze udział w tym makabrycznym spektaklu. Nie popierać. Rozumieć. I właśnie ta granica jest piekielnie cienka. Pulixi z chirurgiczną precyzją pokazuje mechanizm, który psychologia społeczna opisuje od dziesięcioleci. Człowiek w tłumie podejmuje decyzje, których prawdopodobnie nigdy nie podjąłby sam. Odpowiedzialność rozmywa się pomiędzy tysiącami anonimowych osób. Wystarczy jedno kliknięcie. Przecież to tylko głos. To nie ja pociągam za spust. Czy na pewno? To pytanie wracało do mnie jeszcze długo po zakończeniu książki. Bo nagle zdałam sobie sprawę, że największym bohaterem „Dentysty” nie jest ani morderca, ani policjantki Mara Rais i Eva Croce. Najważniejszym bohaterem jest społeczeństwo. To ono decyduje. To ono ocenia. To ono wydaje wyrok. A przecież dokładnie to samo dzieje się każdego dnia poza kartami powieści. Nie potrzebujemy tajemniczego Dentysty.
Wystarczy internet. Jedno nagranie. Jedno zdjęcie. Jedna informacja wyrwana z kontekstu. Kilkaset komentarzy. Kilka tysięcy udostępnień. I człowiek zostaje publicznie osądzony, zanim jeszcze ktokolwiek sprawdzi fakty.
Peter Vronsky zwraca uwagę, że seryjni mordercy niezwykle często wykorzystywali ciekawość społeczeństwa oraz potrzebę uczestniczenia w spektaklu przemocy. Wysyłali listy do gazet. Kontaktowali się z policją. Zostawiali wiadomości. Nie wystarczało im zabijanie. Chcieli być oglądani. Chcieli wpływać na emocje milionów ludzi. Potrzebowali publiczności.
I nagle uświadomiłam sobie coś wyjątkowo niewygodnego. Publiczność nigdy nie zniknęła. Zmieniła tylko ekran. Dzisiaj nie stoimy pod szubienicą. Siedzimy na kanapie z telefonem w dłoni. Klikamy. Komentujemy. Udostępniamy. Oburzamy się. Ekscytujemy. A algorytmy robią dokładnie to, co zawsze robiła ludzka natura. Pokazują nam jeszcze więcej zła. Bo wiedzą, że właśnie ono najdłużej zatrzymuje nasz wzrok.
Dlatego „Dentysta” nie jest dla mnie wyłącznie świetnym thrillerem. To jedna z najbardziej celnych diagnoz współczesnego społeczeństwa, jakie przeczytałam w ostatnich latach. Pulixi nie pyta, dlaczego istnieją psychopaci. To pytanie zadawano już tysiące razy. On pyta coś znacznie bardziej niewygodnego.
Dlaczego my tak chętnie siadamy na widowni, kiedy zaczyna się spektakl przemocy?
I mam wrażenie, że właśnie na to pytanie najtrudniej znaleźć uczciwą odpowiedź.
A jeśli największym zagrożeniem wcale nie jest psychopata?
Im dłużej czytałam Schechtera, Leytona i Vronsky’ego, im częściej analizowałam dziesiątki przeczytanych kryminałów, tym bardziej miałam wrażenie, że wszyscy ci autorzy – choć piszą o czymś zupełnie innym – prowadzą do jednego, wspólnego wniosku. Psychopaci są rzadkością. Znacznie częściej spotykamy coś innego. Ludzi, którzy odwracają wzrok. To oni pojawiają się niemal w każdej historii. Sąsiad, który słyszał krzyki, ale uznał, że „to nie jego sprawa”. Przełożony, który widział niepokojące zachowania pracownika, lecz bał się zareagować. Znajomi tłumaczący agresję stresem, alkoholem albo trudnym dzieciństwem. Rodzina, która przez lata powtarza: „on taki już jest”.
Kiedy czytamy o seryjnych mordercach, bardzo łatwo uwierzyć, że zło zaczyna się w chwili pierwszego zabójstwa.
Nie.
Zło bardzo często zaczyna się znacznie wcześniej. Od milczenia. Zauważyłam, że niezależnie od tego, czy czytałam Pulixiego, Kościelnego, Bednarka, Cartera, Baraldi, jeden motyw powracał nieustannie. Nie samotny psychopata. Samotność ofiary. Ofiary przez długi czas próbują mówić. Sygnalizują, że coś jest nie tak. Proszą o pomoc wprost albo wysyłają subtelne sygnały. A otoczenie? Najczęściej reaguje dokładnie tak samo.
„Przesadzasz.” „Na pewno źle to zrozumiałaś.” „On przecież zawsze był miły.” „Nie wygląda na takiego.”
To zdanie…
„Nie wygląda na takiego.”
…powinno chyba trafić do podręczników jako jedno z najbardziej niebezpiecznych zdań, jakie wymyśliliśmy.
Bo jak właściwie wygląda psychopata? Czy ma wypisane diagnozy na czole? Czy nosi tabliczkę z ostrzeżeniem? Czy różni się od ludzi, których codziennie mijamy w pracy, sklepie albo windzie?
Odpowiedź brzmi: nie.
I właśnie dlatego tak często się mylimy.
Schechter opisuje sprawców, których sąsiedzi określali jako spokojnych, uprzejmych i pomocnych. Vronsky przytacza relacje ludzi, którzy do końca nie wierzyli, że ktoś, z kim pili kawę lub pracowali przez lata, mógł dopuścić się tak niewyobrażalnych czynów. Leyton pokazuje, że społeczeństwo niemal zawsze próbuje znaleźć prostą odpowiedź na coś, co z natury jest skomplikowane.
A my?
My nadal szukamy potwora. Bo wtedy świat wydaje się bezpieczniejszy. Jeżeli zło ma konkretną twarz, łatwo uwierzyć, że wystarczy ją rozpoznać. Znacznie trudniej zaakceptować myśl, że najbardziej niebezpieczni ludzie bardzo często nie budzą żadnych podejrzeń. I tutaj kryminały robią coś niezwykle cennego. One uczą nas jednego. Nie ufaj pozorom.
To nie jest przypadek, że najlepsze powieści kryminalne niemal nigdy nie pokazują zabójcy jako człowieka jednoznacznie złego od pierwszej strony. Gdyby tak było, nie byłoby śledztwa. Nie byłoby napięcia. Nie byłoby tajemnicy. Literatura doskonale rozumie to, czego często nie rozumiemy w prawdziwym życiu.
Najgroźniejszy człowiek to nie ten, którego wszyscy się boją. Najgroźniejszy jest ten, którego wszyscy lubią. I może właśnie dlatego czytam kryminały od tylu lat. Nie dlatego, że fascynują mnie morderstwa. Fascynuje mnie człowiek. To, jak łatwo potrafimy zaufać. Jak łatwo budujemy opinie na podstawie uśmiechu, sposobu mówienia, wykształcenia czy dobrze skrojonej marynarki. I jak boleśnie zaskoczeni jesteśmy później, kiedy okazuje się, że przez cały czas patrzyliśmy na niewłaściwą osobę. Bo być może największą lekcją, jaką dają nam zarówno książki naukowe, jak i najlepsze kryminały, nie jest wiedza o psychopatach.
Największą lekcją jest wiedza o… nas. O tym, jak bardzo chcemy wierzyć, że zło zawsze będzie wyglądało inaczej niż dobro. A ono bardzo często wygląda dokładnie tak samo. I to właśnie sprawia, że jest tak trudne do dostrzeżenia.
Największy mit o psychopatach stworzyliśmy sami
Kiedy zaczynałam pisać ten felieton, wydawało mi się, że będzie o psychopatach. O seryjnych mordercach. O ludziach pozbawionych empatii. O najciemniejszych zakamarkach ludzkiego umysłu. Im więcej jednak czytałam, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że to wszystko jest tylko dekoracją.
Tak naprawdę ten tekst od początku był o nas.
Harold Schechter uczy, że psychopaci są znacznie mniej niezwykli, niż chcielibyśmy wierzyć. Elliott Leyton pokazuje, że nie rodzą się w próżni, lecz wyrastają z konkretnych społecznych mechanizmów. Peter Vronsky przypomina, że od dziesięcioleci sami robimy z nich gwiazdy kultury masowej.
A literatura?
Literatura wykorzystuje tę wiedzę z niezwykłą precyzją.
Adrian Bednarek sprawia, że kibicujemy Kubie Sobańskiemu i dopiero po czasie orientujemy się, jak łatwo daliśmy się uwieść jego narracji. Piotr Kościelny brutalnie zdziera z psychopatów aurę niezwyciężonych geniuszy i pokazuje ludzi przeciętnych, którzy coraz bardziej zapadają się we własnym obłędzie. Piergiorgio Pulixi odbiera nam komfort obserwatora i sadza nas na ławie przysięgłych, pytając, czy jedno kliknięcie naprawdę nic nie znaczy.
Trzy zupełnie różne spojrzenia. Jedna wspólna odpowiedź. Najciekawszym bohaterem tych historii nigdy nie był psychopata. Najciekawszy zawsze był człowiek, który stanął naprzeciw niego. Czasem policjant. Czasem ofiara. Czasem przypadkowy świadek. A czasem…
…czytelnik.
Bo każda dobra powieść kryminalna jest eksperymentem psychologicznym. Autor zamyka nas na kilkaset stron z człowiekiem, którego w rzeczywistości unikalibyśmy za wszelką cenę, a potem z ciekawością obserwuje, czy zaczniemy go rozumieć. Nie usprawiedliwiać. Nie naśladować. Po prostu rozumieć. I bardzo często mu się to udaje. To nie znaczy, że kryminały czynią z nas gorszych ludzi. Wręcz przeciwnie. Dają nam bezpieczną przestrzeń do zmierzenia się z pytaniami, których na co dzień unikamy. Jak łatwo ulegamy pierwszemu wrażeniu? Dlaczego bardziej interesuje nas sprawca niż ofiara? Czy naprawdę potrafilibyśmy rozpoznać psychopatę, gdyby usiadł obok nas w pracy? A może najtrudniejsze pytanie brzmi zupełnie inaczej.
Czy bylibyśmy gotowi uwierzyć ofierze, gdyby oskarżyła człowieka, którego wszyscy lubią?
To pytanie wracało do mnie przez cały czas pracy nad tym tekstem. I myślę, że właśnie ono zostanie ze mną najdłużej.
Bo być może największym błędem nie jest fascynacja psychopatami. Największym błędem jest przekonanie, że zło zawsze przychodzi z hałasem. Historia pokazuje coś zupełnie odwrotnego. Najczęściej przychodzi spokojnie. Jest uprzejme. Pomocne. Uśmiechnięte. Budzi zaufanie. A kiedy wreszcie pokazuje prawdziwą twarz…
…bardzo często jest już za późno.
Dlatego po przeczytaniu kilkudziesięciu kryminałów i kilku fundamentalnych opracowań o seryjnych mordercach nie boję się psychopatów bardziej niż wcześniej. Boję się naszej pewności, że zawsze będziemy potrafili ich rozpoznać. Bo właśnie ta pewność wydaje się ich najwierniejszym sprzymierzeńcem.
I chyba właśnie dlatego warto czytać kryminały.
Nie po to, żeby oswoić się ze złem. Ale po to, żeby lepiej zrozumieć człowieka. Bo największą zagadką każdego śledztwa nigdy nie jest odpowiedź na pytanie: „Kto zabił?”
Największą zagadką od zawsze pozostaje inne pytanie.
„Dlaczego tak długo nie potrafiliśmy tego dostrzec?”
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

