Recenzje

„Miasteczko Nonstead” – Marcin Mortka

Autor: Marcin Mortka
Tytuł: Miasteczko Nonstead

Data premiery: 30.09.2025
Wydawnictwo:Sine Qua Non
Liczba stron: 352
Gatunek: fantasy, science fiction

„Nie istnieje człowiek zdolny do całkowitego przemodelowania własnej osobowości. Nie wystarczy zmiana akcentu i wymyślone po drodze nazwisko. Nie da się usunąć wspomnień, nawyków i upodobań tylko po to, by… by narodzić się na nowo?
Kolejny absurd. Taki jak szukanie spokoju w Nonstead”.

Człowiek może zmienić nazwisko, fryzurę, numer telefonu, garderobę, akcent, miejsce zamieszkania i wersję wydarzeń przedstawianą ciekawskim. Może nawet wmówić sobie, że właśnie rozpoczął nowe życie. Niestety pamięć jest wyjątkowo wredną współlokatorką. Nie płaci czynszu, wyjada resztki godności z lodówki i najchętniej odzywa się nocą, kiedy wszystkie rozsądne argumenty już śpią.

Nathaniel McCarnish przekonuje się o tym boleśnie.

Nathan jest młodym brytyjskim pisarzem, któremu udało się zrobić coś, o czym większość autorów marzy między sprawdzaniem statystyk sprzedaży a kolejnym atakiem egzystencjalnego bólu: napisał bestseller. Jego „Szepty”, zbiór opowiadań grozy, zrobiły furorę, zachwyciły czytelników i otworzyły przed nim drzwi do literackiej kariery. Tyle że za tymi drzwiami nie czekało szczęście. Czekały sława, natrętny agent, tragedia jednego z czytelników, poczucie winy i wspomnienie Fiony – kobiety, która pewnego dnia zniknęła z jego życia, pozostawiając po sobie pustkę wielkości kontynentu.

Nathan robi więc to, co każdy rozsądny człowiek zrobiłby na jego miejscu.

Pakuje swoje rzeczy, zmienia wygląd i jedzie do Nonstead – amerykańskiej dziury otoczonej lasami, w której wcześniej przeżył z Fioną kilka najpiękniejszych dni. Liczy, że znajdzie tam spokój, uleczy złamane serce i być może nauczy się oddychać bez poczucia, że każdy wdech jest kolejnym argumentem przeciwko niemu.

Plan doskonały. Mniej więcej tak doskonały jak samotny spacer po piwnicy w horrorze, kiedy właśnie wysiadło światło, pies warczy na pusty kąt, a ktoś od wewnętrznej strony drapie paznokciami po drzwiach.

Bo Nonstead nie jest miasteczkiem, do którego przyjeżdża się po spokój. Nonstead tylko sprawia takie wrażenie. Kilka ulic, supermarket, przydrożna knajpa, kościół, las, jezioro i mieszkańcy, którzy znają się od zawsze, ale o sobie wiedzą wyłącznie tyle, ile nie wymaga zadawania pytań. Wszystko wygląda zwyczajnie, dopóki człowiek nie zacznie patrzeć odrobinę uważniej. Wtedy dostrzega, że motel, w którym kiedyś nocował, stoi opuszczony. Radio uruchamia się bez kluczyka w stacyjce i nadaje audycję, której nie powinno odbierać. Dziecko rozmawia w pustym pokoju z kimś, kogo nie widać. Pastor reaguje na dźwięk telefonu, jakby po drugiej stronie czekał sam diabeł z reklamacją. Ludzie znikają w lesie, a kiedy wracają, lepiej byłoby nie pytać, gdzie byli.

Gdzieś między drzewami stoi również Samotnia. Stara chata, którą już próbowano spalić, a która najwyraźniej nie uznała tego za wystarczający powód, żeby przestać istnieć.

To miasteczko pachnie mokrym drewnem, dymem papierosowym i kłamstwem. Mgła wciska się między domy, las pochyla nad drogami, a mieszkańcy zgodnie udają, że wszystko jest w porządku. Nawet kiedy zdecydowanie nie jest. Zwłaszcza wtedy.

Marcin Mortka nie wyskakuje zza drzewa z plastikowym demonem i wiadrem krwi. Zamiast tego cierpliwie rozszczelnia rzeczywistość. Przesuwa jeden element, potem drugi. Pozwala, by coś mignęło na granicy wzroku. Podrzuca dźwięk, którego nie powinno być. Stawia człowieka w miejscu, w którym przed chwilą nikogo nie było. Nie wiadomo jeszcze, co nadchodzi, ale skóra już wie, że należy zacząć się bać.

I właśnie ten bliżej nieokreślony lęk kupił mnie najbardziej.

Nie potwór pokazany w pełnym świetle, z instrukcją obsługi, rodowodem i numerem seryjnym. Nie rzeź urządzona tylko po to, żeby czytelnikowi zrobiło się niedobrze. Najlepiej działa przekonanie, że coś obserwuje Nathana z ukrycia. Że miasteczko wie o nim więcej, niż powinno. Że każda dziwna sytuacja może mieć rozsądne wyjaśnienie, ale tych rozsądnych wyjaśnień zebrało się już stanowczo za dużo.

Trochę „Twin Peaks”? Zdecydowanie. Mortka zresztą sam puszcza do czytelnika oko i przywołuje ten tytuł. Nie kopiuje jednak Lyncha, choć korzysta z podobnego rodzaju dyskomfortu. Nonstead również ma własny rytm, lokalne sekrety oraz społeczność, która dawno temu zawarła milczącą umowę: nie widzimy, nie słyszymy, nie pytamy, bo jeszcze ktoś odpowie.

Pod powierzchnią zwyczajności coś się porusza. Powoli. Cierpliwie. Jakby wiedziało, że prędzej czy później człowiek sam podejdzie bliżej.

Na szczęście Nathan nie zostaje ze swoim szaleństwem zupełnie sam. Na drodze spotyka Skinnera – drwala, byłego żołnierza, specjalistę od naprawiania wszystkiego oraz obrażania ludzi w sposób, który dziwnie przypomina okazywanie uczuć. Skinner jest człowiekiem, który na wieść o możliwym potrąceniu autostopowicza nie wygłasza kazania, tylko analizuje, czy ktoś widział samochód i jak bardzo obaj mają przerąbane.

Właśnie: obaj.

„Nathan poczuł dziwną ulgę, gdy usłyszał liczbę mnogą w słowach drwala”.

To jedno z najlepszych zdań tej książki. Skinner mówi „mamy”, choć przecież niczego nie zrobił. Bierze część cudzego koszmaru na siebie, zanim Nathan zdąży poprosić o pomoc.

Relacja tej dwójki jest emocjonalnym sercem powieści. Nathan za dużo myśli, Skinner najchętniej polałby problem benzyną i sprawdził, czy dobrze się pali. Jeden analizuje pęknięcia rzeczywistości, drugi bierze latarkę, narzędzia i jedzie zobaczyć, co siedzi w lesie. Obaj są poturbowani, samotni i znacznie bardziej wrażliwi, niż chcieliby przyznać. Ich dialogi ociekają ironią, wulgaryzmami i czarnym humorem, ale pod całą tą warstwą bezczelności rodzi się lojalność.

Nie taka instagramowa, z kubkiem kawy i podpisem „przyjaciele na zawsze”.

Taka, w której kumpel patrzy na ciebie, kiedy wyglądasz, jakby życie najpierw cię zjadło, potem przeżuło, a na koniec wysrało, i mówi: „Jedźmy do domu”.

Autor wykorzystuje tu bardzo ciekawy motyw: strach nabiera mocy, kiedy zostaje nazwany i opowiedziany. Człowiek przeżywa koszmar, ktoś go opisuje, ktoś inny czyta, a granica między doświadczeniem a fikcją zaczyna przypominać mokry papier. Jeszcze chwila i pęknie.

Powieść ma też swoje słabsze miejsca. Nie będę udawała, że z każdej strony kapała mi literacka ambrozja, bo jeszcze ktoś poślizgnie się w komentarzach. Autor czasami przesadza z metaforami i nie zawsze ufa atmosferze, którą sam stworzył. Scena już niepokoi, las już patrzy, telefon już brzmi jak zapowiedź zgonu, a Mortka dorzuca jeszcze przyspieszone bicie serca, zimny pot i dreszcz biegnący po plecach, żebyśmy przypadkiem nie pomylili horroru z folderem wakacyjnym.

Mimo to historia pozostaje spójna, dynamiczna i bardzo dobrze przemyślana. Drobne anomalie stopniowo układają się w większy obraz, chociaż rozwiązanie jednej tajemnicy wcale nie oznacza, że Nonstead przestaje mieć kolejne. Finał daje odpowiedzi, lecz nie zabija niepokoju. Przeciwnie. Ostatnie strony zostawiają uchylone drzwi i sprawiają, że człowiek jeszcze przez chwilę zastanawia się, czy na pewno chce wiedzieć, co stoi po ich drugiej stronie.

Najmocniejsze pozostaje jednak samo miasteczko.

Nonstead nie potrzebuje wyszczerzyć zębów. Wystarczy, że milczy. Że mieszkańcy odwracają wzrok. Że czarne zwierzę przemyka między drzewami. Że w pustym pomieszczeniu zaczyna dzwonić telefon, chociaż nikt nie powinien znać numeru.

Opinie o tej serii są różne i rozumiem dlaczego. Czytelnik oczekujący brutalnego horroru może uznać ją za zbyt spokojną. Wielbiciel Kinga dostrzeże znajome tropy. Fan całkowitej niejednoznaczności może mieć Mortce za złe, że próbuje wyjaśniać zbyt wiele. Ja natomiast dostałam dokładnie ten rodzaj grozy, który lubię: bezkształtny, lepki i trudny do wskazania palcem.

Nie powiem, że „Miasteczko Nonstead” rzuciło mnie na kolana. Nie było wielkiego „WOW” po każdym rozdziale. Było coś innego – narastające przekonanie, że za oknem zrobiło się ciemniej, chociaż przecież jeszcze przed chwilą był dzień.

I ten cholerny las.

Ciągle miałam wrażenie, że coś stoi między drzewami. Nie rusza się. Nie podchodzi bliżej. Nawet nie próbuje mnie przestraszyć.

Po prostu czeka, aż sama je zauważę.

A kiedy już zauważysz Nonstead, miasteczko również zaczyna patrzeć na Ciebie. 😉


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *