
Autor: Tom Hindle
Tytuł: Morderstwo nad jeziorem Garda
Data premiery: 02.07.2025
Wydawnictwo:Czarna Owca
Liczba stron: 400
Gatunek: kryminał
„Ludzie kłamią. Fakty nie.”
Jezioro Garda. Prywatna wyspa. Zabytkowy zamek. Włoskie słońce odbijające się od tafli wody tak bezczelnie błękitnej, że człowiek powinien natychmiast otworzyć Google Maps, sprawdzić ceny lotów do Werony i oznajmić rodzinie, że przez najbliższy tydzień obiady będą z zamrażarki, ponieważ matka właśnie przeżywa kryzys geograficzny.
Do tego ślub bogatego Anglika z włoską influencerką, dwie rodziny, których wzajemne relacje przypominają elegancko nakryty stół ustawiony na beczce prochu, sekrety, pieniądze, zdrady, dawne winy i trup panny młodej znaleziony jeszcze przed ceremonią.
Powiedzcie sami: co mogło pójść nie tak?
Otóż prawie wszystko.
Sięgnęłam po „Morderstwo nad jeziorem Garda” Toma Hindle’a z nadzieją, że książka idealnie wkomponuje się w moją wakacyjną akcję #włoskiklimat. Oczami wyobraźni już widziałam siebie, jak czytam o stromych uliczkach, nagrzanych murach, pachnących cytrusami ogrodach i małych portach, po czym zamiast przewracać kolejną stronę, porzucam lekturę na piętnaście minut, żeby sprawdzić w Google Maps, czy opisywane miejsce istnieje naprawdę i ile kosztowałoby mnie spontaniczne porzucenie dotychczasowego życia.
Nie porzuciłam. Nawet nie otworzyłam map. Moje walizki mogą spać spokojnie.
Laurence Heywood, syn bogatej i wpływowej brytyjskiej rodziny, ma poślubić Evę Bianchi – włoską influencerkę, kobietę piękną, popularną i przyzwyczajoną do tego, że świat powinien ustawiać się pod odpowiednim kątem, aby dobrze wyglądała na zdjęciu. Ceremonia ma się odbyć w Castello Fiore, zabytkowym zamku położonym na prywatnej wyspie na jeziorze Garda. Lista gości jest krótka, otoczenie luksusowe, a wydarzenie zaplanowane z precyzją właściwą ludziom, którzy wydają na jeden weekend tyle, ile przeciętny człowiek przeznaczyłby na mieszkanie, samochód i kilka lat terapii.
Na wyspę przybywają rodziny przyszłych małżonków, druhny, przyjaciele, fotografka, agentka Evy oraz Robyn – dziewczyna Toby’ego, młodszego brata pana młodego. Robyn od początku czuje się w tym towarzystwie jak ktoś, kto przypadkiem wszedł na bankiet dla arystokracji, bo szukał toalety. Nie ma odpowiedniego nazwiska, majątku ani umiejętności udawania, że wszystkie te luksusy są dla niej równie naturalne jak promocja na masło. Szybko okazuje się również, że za starannie wyprasowanymi garniturami i sukienkami droższymi niż zdrowy rozsądek kryje się zestaw ludzi, którzy zdecydowanie nie powinni znajdować się razem w zamkniętej przestrzeni.
Brzmi dobrze. I rzeczywiście – sama intryga jest ciekawa.
Problem polega na tym, że zanim Hindle pozwoli jej naprawdę nabrać rozpędu, każe czytelnikowi przebrnąć przez kilkaset stron przygotowań, spojrzeń, niedopowiedzeń i sekretów podawanych po jednym okruszku, jakby ktoś wyjątkowo skąpo dozował karmę gołębiom. Autor bardzo długo rozstawia pionki na planszy. Każdemu przypisuje motyw, każdemu wciska do kieszeni podejrzane zachowanie, po czym przechadza się między nimi i mruga do czytelnika: „A może to on? A może ona? A może osoba, o której od trzydziestu stron próbujesz sobie przypomnieć, kim właściwie jest?”.
Konstrukcja zdecydowanie pachnie Agathą Christie. Mamy ograniczone grono podejrzanych, odcięte od świata miejsce, ofiarę, za którą trudno było przepadać, rodzinne animozje i amatorskie śledztwo prowadzone przez osobę pozornie najmniej do tego przygotowaną. Jeśli ktoś kocha klasyczne kryminały, zapewne poczuje się tutaj jak na wakacjach z ulubioną ciotką: trochę staroświecko, ale bezpiecznie i znajomo.
Ja za Agathą Christie nie przepadam.
Cenię jej znaczenie dla gatunku, lecz podczas lektury jej powieści zwykle mam ochotę otworzyć okno i wpuścić do środka trochę chaosu. Tutaj doświadczałam podobnego zniecierpliwienia. Zamiast narastającego napięcia długo dostawałam eleganckie przekładanie podejrzeń z jednej osoby na drugą. Niby trup już leży, niby każdy ma coś na sumieniu, ale ja nadal siedzę nad jeziorem Garda i emocjonalnie czuję się tak, jakbym czekała w urzędzie, aż ktoś wywoła mój numerek.
Największe rozczarowanie przyniósł jednak włoski klimat. A właściwie jego dotkliwy niedobór.
Jezioro Garda powinno uwodzić. Powinno wlewać się między zdania światłem, zapachem rozgrzanych kamieni, wilgocią unoszącą się nad wodą i cieniem gór otaczających jezioro. Castello Fiore powinno być bohaterem równie ważnym jak panna młoda, sztylet i morderca. Chciałam czuć pod palcami chropowatość murów, słyszeć włoskie rozmowy odbijające się echem od dziedzińca, oglądać małe miejscowości rozrzucone wzdłuż brzegu. Liczyłam, że książka będzie turystyczną pokusą z trupem w pakiecie.
Dostałam dekorację.
Ładną, owszem, ale wymienną. Gdyby przenieść tę historię na prywatną wyspę w Grecji, francuski zamek albo luksusowy hotel nad mazurskim jeziorem, fabuła specjalnie by na tym nie ucierpiała. Garda błyszczy gdzieś w tle, lecz rzadko pozwala się naprawdę poczuć. Włoskość sprowadza się głównie do nazwisk, kilku zwrotów, upału, wody i rodzinnych emocji. Zabrakło soczystości. Koloru. Tego szczególnego rodzaju literackiego bezwstydu, po którym człowiek patrzy na własny balkon i czuje się osobiście oszukany przez geografię.
Język Hindle’a jest prosty, przejrzysty i podporządkowany fabule. Nie potyka się o własne ambicje, ale też rzadko czymkolwiek zachwyca. Autor pisze filmowo: krótkie rozdziały, zmieniające się perspektywy, sceny kończone w momencie, który ma zmusić do przewrócenia strony. Czyta się to sprawnie, choć sprawnie nie zawsze oznacza porywająco. Czasami oznacza jedynie, że człowiek nie cierpi, ale też nie ma powodu, żeby pisać znajomym o drugiej w nocy: „Rzuć wszystko i czytaj”.
Bohaterowie zostali skonstruowani przede wszystkim jako elementy zagadki. Każdy ma sekret, potencjalny motyw i zachowanie wystarczająco podejrzane, by przez kilka rozdziałów nosić plakietkę z napisem „może zabójca”. W tej historii szczególnie mocno wybrzmiewa temat przywileju. Laurence oraz jego otoczenie przywykli, że problemy można usunąć, jeśli zna się właściwe osoby i ma wystarczająco gruby portfel. Prawda jest dla nich przeszkodą wizerunkową, a sprawiedliwość – usługą, której jakość zależy od zasobności konta. Pod tym względem powieść robi się znacznie ciekawsza niż jej początkowa, weselna dekoracja.
I właśnie zakończenie uratowało moje wrażenia.
Kiedy poszczególne tajemnice zaczynają się łączyć, a czytelnik odkrywa, że nie wszystkie podejrzane działania należą do jednego planu, fabuła nabiera potrzebnej energii. Finał przynosi kilka dobrych zwrotów, emocjonalnie komplikuje prosty podział na winnych oraz niewinnych i pokazuje, że czasami zemsta zaczyna się jako próba zdobycia sprawiedliwości, a kończy w miejscu, w którym człowiek już sam nie wie, po której stronie granicy stoi.
Nie zapomniałam dzięki temu o nudniejszych fragmentach, ale przynajmniej poczułam, że cierpliwość nie została całkiem zmarnowana.
„Morderstwo nad jeziorem Garda” miało być dla mnie włoską ucztą z kryminalnym daniem głównym. Ostatecznie dostałam poprawnie zastawiony stół, na którym długo pojawiały się same przystawki, a widok na jezioro zasłaniała mi klasyczna zagadka w stylu, za którym nie tęsknię. Dopiero finał podał coś, co miało wyrazisty smak.
Intryga jest pomysłowa. Rozwiązanie satysfakcjonujące. Droga do niego – zdecydowanie zbyt długa i zbyt mało emocjonująca.
W ramach akcji #włoskiklimat liczyłam na literackie wakacje nad Gardą. Dostałam brytyjskie rodzinne brudy przewiezione do Włoch w eleganckiej walizce.
A przecież doskonale wiemy, że sam adres nad jeziorem jeszcze nikomu nie zapewnił włoskiego temperamentu.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

