
Autor: Vincent Vin
Tytuł: Prześmiewca
Data premiery: 19.06.2026
Wydawnictwo: Wydawnictwo Borgis
Liczba stron: 520
Gatunek: thriller, kryminał
„(…) – Czym jest według ciebie zło? – zadał podchwytliwe pytanie Logan, zbliżając się do niej.
– Zło jest brakiem dobra, Loganie. Zło jest tym, czego nie ma w dobru. Ty nie jesteś dobry. Teraz widzę to bardzo wyraźnie (…)”
Nie wiem, czy istnieje pytanie bardziej niebezpieczne od tego, które Vincent Vin rzucił między kartki Prześmiewcy. Przez chwilę wydaje się przecież, że odpowiedź jest banalnie prosta. W końcu od dziecka wychowujemy się w przekonaniu, że dobro stoi po jednej stronie, zło po drugiej, a granica między nimi jest wyraźna niczym biała linia wymalowana na środku asfaltowej drogi. Problem polega na tym, że życie z wyjątkową złośliwością uwielbia rozmazywać takie linie, a literatura – ta dobra literatura – jeszcze chętniej bierze człowieka za rękę i prowadzi dokładnie tam, gdzie przestaje czuć się bezpiecznie.
Właśnie dlatego tak dobrze czytało mi się Prześmiewcę. Nie dlatego, że autor napisał kolejną historię o seryjnym mordercy. Tych na rynku jest przecież tyle, że gdyby każdą ułożyć jedna na drugiej, spokojnie można byłoby wspiąć się na dach przeciętnego wieżowca. Vincent Vin zrobił coś znacznie ciekawszego. Zamiast zapytać, jak rodzi się potwór, postanowił zapytać, czy potwór w ogóle rodzi się potworem.
To zupełnie inna rozmowa. I znacznie bardziej niewygodna.
Poznajemy Logana jeszcze wtedy, gdy jest chłopcem. Nie ikoną zła. Nie człowiekiem, którego nazwisko wywołuje lęk. Nie legendą. Chłopcem. Dzieckiem, które, jak każde inne, powinno dostać od świata odrobinę ciepła, poczucia bezpieczeństwa i przekonanie, że jest dla kogoś ważne. Vincent Vin z chirurgiczną precyzją pokazuje jednak, że dzieciństwo nie zawsze pachnie świeżo skoszoną trawą i kakao wypitym przed snem. Bywa również zimnym pokojem, samotnością, niezrozumieniem i ranami, których nie widać na zdjęciach z rodzinnego albumu. I właśnie wtedy w głowie czytelnika pojawia się pierwsza rysa. Coraz trudniej nienawidzić człowieka, którego historię poznaje się od samego początku.
A przecież nie o usprawiedliwianie tutaj chodzi.
To chyba największa siła tej powieści.
Vincent Vin nie oczekuje współczucia dla zbrodni. On jedynie zmusza, żeby przez chwilę spojrzeć kilka kroków wcześniej. Tam, gdzie wszystko dopiero się zaczynało.
Nie pamiętam chwili, w której ta książka naprawdę mnie wciągnęła, ponieważ chyba nie było jednego spektakularnego momentu. Po prostu któregoś wieczoru usiadłam z zamiarem przeczytania kilkudziesięciu stron, a później z coraz większym zdziwieniem odkrywałam, że liczba zakładek maleje w tempie, którego kompletnie się nie spodziewałam. Ponad pięćset stron przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Została wyłącznie ciekawość. Taka zwyczajna, dziecięca ciekawość, która nie pozwala zgasić lampki, choć rozsądek od dobrej godziny podpowiada, że rano zadzwoni budzik.
Na tę ciekawość pracuje nie tylko sama historia, ale również sposób jej opowiadania. Dzisiaj autorzy bardzo często wybierają narrację pierwszoosobową, próbując przekonać nas, że siedzimy w głowie bohatera i słyszymy każde jego drgnienie. Vincent Vin idzie w przeciwnym kierunku. Od pierwszej strony oddaje głos narratorowi, który stoi z boku, obserwuje, komentuje, czasem zwraca się wprost do czytelnika, czasem delikatnie go prowokuje, a czasem – nie będę ukrywać – zdradza odrobinę więcej, niż moim zdaniem powinien. Paradoks polega na tym, że nawet wtedy trudno się na niego obrazić. Miałam raczej wrażenie, że ktoś usiadł obok mnie na kanapie i z ogromną satysfakcją opowiada historię, którą zna od początku do końca, od czasu do czasu uśmiechając się pod nosem, kiedy widzi moje błędne tropy.
To bardzo odważne rozwiązanie. I bardzo mi się spodobało.
I chyba właśnie dlatego najmocniej zapamiętam Emily. Nie dlatego, że jest spektakularną bohaterką, lecz dlatego, że patrzy na świat dokładnie tak, jak patrzy każdy z nas. Najpierw wierzy temu, co widzi. Potem zaczyna wierzyć temu, co czuje. A kiedy obie te rzeczy przestają się ze sobą zgadzać, zostaje już tylko strach. Nie ten tani, rodem z horrorów, w których zza drzwi wyskakuje potwór, ale znacznie gorszy – strach przed odkryciem, że człowiek, którego kochamy, może być kimś zupełnie innym, niż przez całe życie chcieliśmy wierzyć.
Pomysł z wizjami uważam za jeden z najmocniejszych elementów tej powieści, choć wcale nie dlatego, że jest efektowny. W literaturze widzieliśmy już podróże w czasie, sny prorocze i paranormalne zdolności. Tutaj jednak nie chodzi o widowisko. Emily nie dostaje przecież szansy zmienienia przeszłości. Skazana jest na rolę bezsilnego świadka. Zagląda do mieszkań, garaży, samochodów i lasów, obserwując ludzi w ostatnich chwilach przed tragedią. Wie, że za moment wydarzy się coś strasznego, ale nie może krzyknąć, nie może ostrzec, nie może choćby dotknąć ramienia człowieka, którego za chwilę dosięgnie śmierć. Jest jak duch przywiązany do cudzych wspomnień. Ta bezradność udziela się również czytelnikowi i właśnie dlatego kolejne rozdziały czytałam z coraz mocniej zaciśniętymi palcami na okładce.
Przyznam, że od dawna nie spotkałam thrillera, który tak umiejętnie budowałby napięcie bez nieustannego epatowania przemocą. Owszem, krew się tutaj leje, trup ściele się gęsto, a Vincent Vin nie należy do autorów przesadnie delikatnych, jednak najgorsze rzeczy dzieją się znacznie wcześniej. Rodzą się w słowach. W spojrzeniach. W decyzjach podejmowanych przez ludzi przekonanych, że robią coś słusznego. To one zostają w głowie najdłużej.
Przez całą lekturę wracało do mnie jedno zdanie. Nie z książki. Z życia.
Największe zło bardzo rzadko przychodzi z tabliczką „jestem złem”.
Przychodzi ubrane w dobre intencje. Przychodzi z przekonaniem, że świat po tej jednej decyzji stanie się lepszy. Przychodzi z pychą człowieka, który uwierzył, że wolno mu decydować za innych.
I właśnie tutaj Prześmiewca przestaje być wyłącznie thrillerem. Staje się opowieścią o pokusie oceniania ludzi. O tym, jak łatwo wydajemy wyroki, znając wyłącznie ostatni rozdział czyjegoś życia, a jak niechętnie zaglądamy do pierwszego. Vincent Vin nie oczekuje, że zaczniemy usprawiedliwiać zbrodniarzy. Wręcz przeciwnie. Zmusza nas jedynie do zadania sobie pytania, czy naprawdę wszystko jest tak proste, jak chcielibyśmy wierzyć.
I właśnie za to tę książkę szanuję najbardziej.
Nie próbowała mnie szokować na siłę. Nie próbowała udowodnić, że jest najmroczniejszym thrillerem roku. Nie siliła się na tanie zwroty akcji tylko po to, żeby czytelnik mógł napisać w internecie: „Ale mnie autor zaskoczył!”.
Zamiast tego cierpliwie budowała historię, która z każdą stroną coraz mocniej podgryzała moje przekonania o tym, czym właściwie jest dobro. Bo może Emily miała rację, mówiąc:
„Zło jest brakiem dobra, Loganie. Zło jest tym, czego nie ma w dobru.”
A może nie miała jej wcale. Może właśnie dlatego zamknęłam tę książkę z głową pełną pytań, a nie odpowiedzi.
I wiecie co?
Coraz bardziej dochodzę do wniosku, że właśnie takich historii szukam. Takich, które nie traktują czytelnika jak ucznia czekającego na gotową odpowiedź pod koniec podręcznika. Takich, które pozwalają mu samodzielnie pobłądzić, zirytować się, zmienić zdanie i na chwilę zwątpić we własne przekonania.
Czy Prześmiewca jest książką idealną? Nie. Narrator bywa momentami zbyt rozmowny i zdarza mu się odebrać czytelnikowi przyjemność samodzielnego odkrywania pewnych rzeczy. Paradoks polega jednak na tym, że ten sam narrator jest jednocześnie jednym z największych atutów tej powieści. Jego obecność nadaje historii charakter niemal gawędy. Odnosiłam wrażenie, że siedzę przy kominku, a ktoś z wyraźną satysfakcją opowiada mi historię, od czasu do czasu puszczając porozumiewawcze oko, jakby chciał powiedzieć: „Poczekaj. To jeszcze nie wszystko.”
Pięćset stron minęło mi zaskakująco szybko. Prostota języka, naturalne dialogi i świetne tempo sprawiają, że tę cegłę pochłania się z łatwością, nie czując ani przez moment ciężaru jej objętości. A kiedy odłożyłam ją na stolik, nie pomyślałam o liczbie ofiar, najbardziej brutalnej scenie ani nawet o zakończeniu.
Myślałam o chłopcu. O dziecku, które kiedyś mogło dostać szansę na zwyczajne życie.
I o pytaniu, które Vincent Vin zostawił mi gdzieś między ostatnimi stronami, choć wcale nie zapisał go wprost.
W którym momencie przestajemy ratować człowieka, a zaczynamy jedynie karać potwora?
To jedno z tych pytań, które nie kończą się wraz z ostatnią stroną. I właśnie dlatego Prześmiewca zostanie ze mną na długo. Nie jako historia o seryjnym mordercy. Jako historia o człowieku. A to, wbrew pozorom, robi znacznie większe wrażenie.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.


[…] wyraźnie zobaczyłam tę zmianę podczas lektury „Prześmiewcy” Vincenta Vina. Prześmiewca – Vincent Vin Autor mógł przedstawić Logana jako gotowego potwora. Wyciągnąć go na scenę już z całym […]