Recenzje

„Zmowa tarota”-Barbara Baraldi

Autor: Barbara Baraldi
Tytuł: Zmowa tarota
Data premiery: 29.05.2026
Wydawnictwo: Wydawnictwo LeTra 
Liczba stron: 359
Gatunek: kryminał, thriller
Tłumaczenie: Joanna Płuska

„W tarocie nie ma nic, czego nie mielibyśmy już w sobie.”

Mam ogromny problem ze „Zmową tarota”. Taki prawdziwy, uczciwy problem czytelniczy, który nie pozwala zamknąć książki, wzruszyć ramionami i przejść do kolejnej premiery, bo ilekroć próbuję poukładać sobie w głowie ostateczną opinię, tylekroć wracam do tego samego punktu i mam ochotę powiedzieć: Barbara, dlaczego ty mi to zrobiłaś?

Bo widzisz, najłatwiej ocenia się książki złe. Te, które nudzą po trzydziestu stronach, bohaterów mają z kartonu, a fabułę tak przewidywalną, że człowiek zaczyna trafnie typować rozwiązanie jeszcze zanim zdąży zaparzyć herbatę. Takie powieści są jak randki, po których nie pamięta się nawet koloru oczu drugiej osoby.

Znacznie gorzej jest z książkami, które przez większość czasu robią wszystko dobrze. Które uwodzą atmosferą, obiecują wielkie emocje, kuszą tajemnicą i sprawiają, że zamiast iść spać o rozsądnej porze, przewracasz kolejną stronę, tłumacząc sobie, że przecież jeszcze tylko jeden rozdział.

„Zmowa tarota” należy właśnie do tej kategorii.

Nie wiem, czy Barbara Baraldi świadomie zastawiła pułapkę, czy po prostu wyszło jej to naturalnie, ale dawno nie trafiłam na książkę, która tak skutecznie wykorzystałaby moją własną ciekawość przeciwko mnie.

Bo przecież wszystko zaczyna się niewinnie.

Kobieta po czterdziestce siedzi na rozmowie kwalifikacyjnej i próbuje przekonać świat, że nadal jest potrzebna. Maia Bellini nie przypomina bohaterek thrillerów, które z gracją przebiegają przez katastrofy życiowe, nie gubiąc przy tym ani włosa, ani poczucia własnej wartości. Jej życie wygląda raczej jak mieszkanie po przeprowadzce – wszędzie stoją kartony, nic nie jest na swoim miejscu, a człowiek coraz częściej zastanawia się, czy w ogóle warto to wszystko jeszcze rozpakowywać.

Rozpad małżeństwa.

Choroba matki.

Utracona praca.

Porzucone marzenia.

I nagle w ten bałagan wchodzi Emma.

Siostra.

Policjantka.

Kobieta, z którą Maia od dawna nie potrafi rozmawiać bez wyciągania starych rachunków.

Przynosi wiadomość, która brzmi jak kiepski żart. Przy dwóch zamordowanych osobach znaleziono karty tarota pochodzące z talii zaprojektowanej przez Maię. Talii, która nie powinna istnieć.

I tutaj Barbara Baraldi zaciska pierwszą pętlę. Bo człowiek od razu zaczyna zadawać pytania.

Kto ma te karty?

Skąd je wziął?

Dlaczego zostawia je przy zwłokach?

I dlaczego ofiary wyglądają tak, jakby ktoś wybierał je według klucza, którego jeszcze nie znamy?

To jest ten moment, w którym większość autorów zaczęłaby bawić się w seryjnego mordercę podpisującego swoje dzieła efektownym symbolem. Baraldi robi coś znacznie ciekawszego. Każda kolejna śmierć zamiast przybliżać nas do rozwiązania, otwiera następne drzwi prowadzące w przeszłość. Nagle okazuje się, że pomiędzy ofiarami istnieją powiązania, których na pierwszy rzut oka nie widać. Stare znajomości. Dawne imprezy. Ludzie z dobrych domów. Wpływowe nazwiska. Bogactwo. Przywileje. I jedna noc, o której nikt nie chce rozmawiać.

A ja takie historie uwielbiam. Nie dlatego, że jest w nich trup. Dlatego, że jest pamięć. Bo pamięć to najbardziej mściwy bohater literatury. Możesz ją ignorować przez dziesięć lat. Możesz zakopać pod pieniędzmi, terapią, nowym związkiem albo kolejnym kieliszkiem wina. Ona i tak wróci.

I właśnie wokół tego zbudowana jest „Zmowa tarota”.

Nie wokół morderstw. Nie wokół policji. Nie wokół zagadki. Wokół ludzi, którzy byli przekonani, że pewna historia została zakończona.

Nie została.

No powiedz mi, jak można się na to nie złapać?

Ja się złapałam natychmiast.

I to nie dlatego, że fascynuje mnie tarot. Wręcz przeciwnie. Większość historii wykorzystujących ten motyw wpada zwykle w tę samą pułapkę: trochę świeczek, trochę tajemniczych symboli, obowiązkowa przepowiednia i gotowe. Tymczasem Baraldi robi coś znacznie ciekawszego. Tarot nie służy tutaj do przepowiadania przyszłości. Nie jest magicznym GPS-em prowadzącym bohaterów do rozwiązania zagadki. Nie pełni funkcji taniego rekwizytu mającego nadać historii pozory głębi.

Tarot staje się lustrem.

I właśnie wtedy zaczęłam się zakochiwać w tej książce.

Bo każda karta działa tutaj jak niewygodne pytanie. Nie o to, co wydarzy się jutro, ale o to, co wydarzyło się dawno temu. O rzeczy, które bohaterowie próbowali zakopać. O winę, której nie da się zagłuszyć pieniędzmi. O wspomnienia, które wracają nocą, nawet jeśli za dnia człowiek skutecznie udaje, że ich nie ma.

Największą siłą tej historii nie jest więc morderca. Nie jest nią nawet zagadka.

Największą siłą jest przeszłość.

Ta przeszłość, która siedzi cicho przez lata, pozwala ludziom budować kariery, zakładać rodziny, kupować piękne mieszkania i opowiadać sobie, że wszystko jest już za nimi, po czym pewnego dnia wraca, staje w drzwiach i pyta, czy naprawdę myśleli, że udało się jej pozbyć.

Baraldi prowadzi nas przez Triest, galerie sztuki, luksusowe apartamenty, środowisko ludzi bogatych, wpływowych i przyzwyczajonych do tego, że problemy można rozwiązywać pieniędzmi. A ja uwielbiam takie historie, bo pod eleganckimi garniturami i drogimi perfumami zawsze najlepiej widać ludzką podłość.

Im dalej wchodzimy w fabułę, tym wyraźniej okazuje się, że ofiary nie zostały wybrane przypadkowo. Między nimi istnieją powiązania. Dawne znajomości. Sekrety. Jedna noc. Jedna tragedia. Jedna decyzja, która dla kogoś okazała się końcem życia, a dla innych początkiem wieloletniego milczenia.

I tutaj książka naprawdę pokazuje pazury.

Bo nagle okazuje się, że nie czytam już kryminału o kartach tarota.

Czytam historię o ludziach, którzy byli przekonani, że wystarczy milczeć wystarczająco długo, a prawda sama umrze ze starości.

Nie umarła.

Przez cały czas siedziała w kącie i czekała.

Najbardziej podobało mi się to, że Maia nie jest kolejną papierową bohaterką stworzoną po to, żeby imponować czytelnikom. Jest zmęczona. Popełnia błędy. Bywa zagubiona. Czasami reaguje emocjonalnie. Czasami podejmuje decyzje, które trudno nazwać rozsądnymi. I właśnie dlatego wydaje się prawdziwa.

Emma również wypada świetnie. Konflikt między siostrami nie jest tanią rodzinną dramą dorzuconą do fabuły dla ozdoby. To relacja pełna starych ran, niedopowiedzeń i pretensji, które przez lata obrastały kolejnymi warstwami żalu.

A potem pojawia się Ricardo. Uwielbiam takich bohaterów.

Są jak pięknie oprawione książki stojące na najwyższej półce biblioteki. Człowiek od razu przeczuwa, że w środku kryje się coś znacznie bardziej niebezpiecznego, niż sugeruje okładka.

I właśnie wtedy zaczyna się moje największe przekleństwo związane z tą powieścią.

Bo Barbara Baraldi przez kilkaset stron nieustannie podnosi stawkę. Podrzuca nowe tropy. Odkrywa kolejne warstwy tajemnicy. Każe patrzeć coraz głębiej. Sprawia, że człowiek zaczyna oczekiwać czegoś naprawdę wielkiego.

Nie bardzo dobrego.

Wielkiego.

A dostaje coś po prostu dobrego.

Wyobraź sobie koncert, podczas którego orkiestra przez dwie godziny prowadzi cię do wielkiego finału. Smyczki wspinają się coraz wyżej. Perkusja przyspiesza rytm. Powietrze gęstnieje od oczekiwania. Dyrygent unosi ręce.

I wtedy wybrzmiewa ostatni akord.

Ładny.

Poprawny.

Dobrze zagrany.

Tylko że przez cały wieczór przygotowywano cię na coś, co miało zatrzymać serce.

Właśnie tak czułam się po zamknięciu „Zmowy tarota”.

Najgorsze nie są książki złe.

Najgorsze są książki, które przez kilkaset stron pokazują ci wielkość stojącą tuż obok, a potem nie mają odwagi po nią sięgnąć.

Bo wszystko tutaj było.

Tarot potraktowany inteligentnie. Świetna bohaterka. Triest, który żyje, oddycha i pachnie morzem. Motyw winy. Motyw odpowiedzialności. Motyw ludzi bardziej przerażonych skandalem niż śmiercią drugiego człowieka. Pakt milczenia. Wszystkie karty leżały na stole. Dosłownie i metaforycznie.

I właśnie dlatego finał boli. Nie dlatego, że jest zły. Nie dlatego, że nie ma sensu. Nie dlatego, że autorka oszukuje. Rozczarowuje dlatego, że jest zbyt ostrożny, zbyt sztampowy.

Przez większą część książki miałam wrażenie, że Baraldi prowadzi mnie do historii brutalniejszej moralnie, bardziej bezlitosnej wobec bohaterów i odważniejszej w rozliczaniu ich z przeszłości. Tymczasem w chwili, gdy przyszła pora na ostatnie rozdanie, autorka postanowiła zagrać bezpiecznie.

I tutaj wracamy do początku.

Do mojego problemu.

Bo gdyby „Zmowa tarota” była słaba, nie siedziałabym teraz nad tą recenzją i nie próbowałabym ubrać własnej frustracji w słowa. Słabe książki znikają z pamięci szybciej niż promocje w dyskontach.

Ta nie znika. Wraca. Przypomina o sobie. Każe wracać do Mai. Do kart. Do tamtej nocy. Do pytania, które w gruncie rzeczy jest osią całej powieści.

Ile razy można odwrócić wzrok, zanim samemu stanie się częścią zbrodni?

Dlatego nie potrafię tej książki ani bezwarunkowo pokochać, ani uczciwie skreślić. Bo jest za dobra, żeby o niej zapomnieć. I jednocześnie zbyt zachowawcza, żeby uznać ją za wybitną.

To jedna z tych historii, które kończy się z poczuciem, że autor miał w dłoniach komplet asów, po czym wygrał rozdanie, nie pokazując wszystkich kart. A ja naprawdę chciałam zobaczyć je do końca.

I może właśnie dlatego wracam do „Zmowy tarota” częściej, niż wracam do książek, które zachwyciły mnie bez zastrzeżeń.

Bo najłatwiej zapomina się rzeczy przeciętne.

Najdłużej pamięta się te, które były o włos od wielkości.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *