Recenzje

Sanguis. Księga upadłych aniołów – Emilia J.Lee

Autor: Emilia J.Lee
Tytuł: Sanguis. Księga upadłych aniołów.

Data premiery: 06.12.2024
Wydawnictwo: KDW
Liczba stron: 497
Gatunek: fanatsy

„Każde życzenie ma swoją cenę.”

To nie jest cytat, który ma robić klimat. To jest regulamin.

Jedno zdanie, zero ozdobników, zero ściemy. I dokładnie w tym momencie „Sanguis. Księga Upadłych Aniołów” mówi czytelnikowi: jeśli liczysz na bajkę, to zły adres. Tu się nie marzy. Tu się płaci.

Ta książka zaczyna się tak, jak powinny zaczynać się wszystkie historie o życzeniach – od ostrzeżenia, którego nikt rozsądny nie potraktuje serio. Bo przecież zawsze wydaje nam się, że my będziemy tym wyjątkiem. Tym mądrzejszym. Tym, który „poprosi tylko o coś małego”. Emilia J. Lee doskonale o tym wie i dlatego nie zaczyna współczesną historią, tylko cofa nas do miejsca, w którym wszystko się zepsuło po raz pierwszy.

Eleonora. Rok 1692. Austria.

I nie – to nie jest uroczy prolog „dla klimatu”. To jest źródło skażenia.

Eleonora nie jest czarownicą z wyboru. Jest dziewczyną postawioną pod ścianą. Zaraza, śmierć, strach, rozpadająca się wspólnota. I księga. Nie jako artefakt mocy, tylko jako ostatnia deska ratunku, kiedy wszystkie modlitwy zawiodły. Cud się wydarza. Ludzie zostają ocaleni. Ale potem robią to, co ludzkość w tamtych czasach robi najlepiej: znajdują winnego, oskarżają o czary i palą na stosie.

Ten prolog jest brutalny w swojej prostocie. Nie epatuje przemocą, ale zostawia po sobie metaliczny posmak. Bo Eleonora nie płaci za złe intencje. Ona płaci za cud. Za to, że coś się udało. Zostawia po sobie coś znacznie gorszego – świadomość, że księga nie powstała z chciwości, tylko z bólu. A to sprawia, że cała reszta historii przestaje być prostą opowieścią o złu. Bo jeśli geneza jest ludzka, to konsekwencje też będą ludzkie. Nawet jeśli przyjmą nieludzką formę.

I to jest moment, w którym rozumiesz, że ta księga nie została stworzona po to, by pomagać. Ona została stworzona, by równoważyć. Coś dać. Coś zabrać. Bez emocji. Bez litości.

I ta energia ciągnie się przez całą powieść jak pęknięcie w szkle.

Wiedeń. Współcześnie.

Emma przyjeżdża tu bez wielkich planów i bez dramatycznych zapowiedzi. Nie jest wybrańcem. Nie ma na czole znaku przeznaczenia. Jest dziewczyną w trybie „reset”, co każdy dorosły człowiek doskonale zna. Zmiana kraju, praca au pair, cudze dzieci, cudze reguły, cudzy dom. Tymczasowość wpisana w każdy dzień. Nic stabilnego. Nic pewnego. Idealny grunt pod to, żeby jedno życzenie zaczęło brzmieć jak bardzo rozsądny pomysł.

Emma jest bohaterką, którą da się lubić właśnie dlatego, że nie jest przerysowana. Bywa zagubiona, bywa sceptyczna, bywa naiwna, bywa zmęczona. Nie rzuca się w ramiona magii tylko dlatego, że to wygodne fabularnie. Próbuje tłumaczyć świat po swojemu. Racjonalnie. Logicznie. Do czasu.

I wtedy pojawia się Elliot.

Nie będę go idealizować, bo ta książka też tego nie robi. Elliot nie jest księciem z mroku ani chłopcem do zakochania. Jest problemem w ludzkiej skórze. Spokojny tam, gdzie spokój powinien zapalać czerwoną lampkę. Zbyt świadomy. Zbyt opanowany. Ktoś, kto nie sprzedaje bajek, tylko rzuca zdania, które zostają w głowie i nie chcą wyjść.

Relacja Emmy i Elliota nie jest romansidłem. Ona się nie klei z cukru i obietnic. Ona się plącze. Jest niejednoznaczna. Czasem przyjemna, czasem niepokojąca. I właśnie dlatego działa. Bo najbardziej niebezpieczne historie zaczynają się od zdania: przecież nic złego się nie dzieje.

Księga.

Nie krzyczy. Nie świeci. Nie kusi złotą okładką. Jest ciężka, stara i dziwnie obojętna. Jak przedmiot, który widział za dużo i nie ma potrzeby nikogo przekonywać. I to jest jedna z najlepszych decyzji tej książki – brak teatralności. Tu nie ma efektów specjalnych. Jest cisza. I świadomość, że jeśli coś działa, to dlatego, że tak ma być.

Pierwsze życzenia są małe. I to jest najbardziej przerażające.

Nie ma tu żądania władzy, miłości po grób ani świata na własność. Są drobiazgi. Komfort. Spokój. Znaki. Takie rzeczy, które każdy z nas potrafiłby usprawiedliwić jednym wzruszeniem ramion. Przecież to nic takiego. I dokładnie w tym momencie czytelnik orientuje się, że sam wszedłby w to bez większego oporu.

Martwa cisza.

Elliot nazywa ją Panią Ciemności. I to określenie jest kluczem do zrozumienia całej powieści. Nie demon. Nie anioł. Nie wszechmocny byt. Kobieta. To mechanizm. Coś, co nie negocjuje. Nie ocenia. Nie tłumaczy. Działa. Cena istnieje zawsze, tylko nie zawsze wiadomo, kiedy zostanie pobrana. I nie zawsze od tej osoby, która składała życzenie.

To, co najciekawsze, to sposób, w jaki autorka unika demonologii. Nie buduje mitologii dla samej mitologii. Nie tłumaczy wszystkiego, nie zamyka świata w sztywne ramy. Pozwala czytelnikowi czuć, że tu nie chodzi o metafizykę, tylko o konsekwencję. O to, że każde przesunięcie równowagi musi zostać wyrównane. Że napięcie rośnie. Że skoro był cud, to musi być rachunek. I że ten rachunek niekoniecznie będzie symboliczny.

I że ktoś zawsze za to zapłaci.

Styl i emocje

„Sanguis” nie jest pisane pod linijkę. Język bywa gęsty, czasem chłodny, czasem intymny, ale nigdy słodki. Ironia działa jak wentyl bezpieczeństwa, a cynizm nie jest ozdobą – jest reakcją na świat, który nie gra uczciwie. Emocje nie są opisywane wprost. One wynikają z sytuacji. Z ciszy. Z decyzji, które zapadają wtedy, kiedy nikt nie patrzy.

To książka, która nie tłumaczy się czytelnikowi. Nie uspokaja go. Nie obiecuje, że „wszystko będzie dobrze”. Zostawia z pytaniem, które zaczyna uwierać im dalej wchodzisz w historię.

 

I na koniec.

„Sanguis. Księga Upadłych Aniołów” nie kończy się odpowiedzią. I to nie jest wada tej historii, tylko jej najuczciwszy gest. Zamiast wyjaśniać, autorka zostawia czytelnika z pytaniami i zmusza do jednego, niewygodnego ruchu: cofnięcia się myślami przez całą opowieść i sprawdzenia, co tak naprawdę było faktem, a co potrzebą uwierzenia w opowieść.

To nie jest powieść, która prowadzi za rękę ani nie rozdaje interpretacyjnych protez. Ona testuje czujność. Sprawdza, czy czytelnik woli proste wyjaśnienia, czy jest gotów przyjąć, że niektóre historie istnieją tylko dlatego, że ktoś musiał je sobie opowiedzieć, żeby przeżyć. I że granica między tym, co realne, a tym, co wyobrażone, bywa cienka dokładnie tam, gdzie ból jest największy.

Dlatego Sanguis działa najmocniej nie wtedy, gdy czyta się ją dosłownie, ale wtedy, gdy pozwala się jej zachwiać własną pewnością. To książka o mechanizmach obronnych, o narracjach, które porządkują chaos, i o cenie, jaką płaci się nie za życzenia – lecz za potrzebę sensu. Im dalej w tekst, tym wyraźniej widać, że nie chodzi o magię ani o byty z mroku, tylko o ludzką skłonność do budowania historii tam, gdzie rzeczywistość okazuje się nie do udźwignięcia.

Zamyka się ją w ciszy. Nie dlatego, że wszystko zostało powiedziane, ale dlatego, że nie wszystko powinno zostać dopowiedziane. I właśnie w tej niedopowiedzianej przestrzeni Sanguis zostaje na dłużej, nie jako opowieść o spełnionych życzeniach, lecz jako pytanie, czy zawsze naprawdę chcemy znać odpowiedź.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *