
Autor: Fernando Gamboa
Tytuł: Ostatni Skarb
Data premiery: 18.11.2025
Wydawnictwo: Autornia
Liczba stron: 56
Gatunek: powieści przygodowe i historyczne
Tłumaczenie: Piotr Jarco
„Mam niezwykły talent do pakowania się w kłopoty – niestety do rozwiązywania ich już nie do końca.”
Nie wiem, jak Wy, ale ja mam słabość do takich facetów. Nie tych z korporacyjnych open space’ów, co żyją z kalendarza Google’a i diety pudełkowej. Tylko tych, co toną z uśmiechem, klną w sześciu językach i zawsze, absolutnie zawsze, mają na koncie jakąś katastrofę, z której cudem wychodzą cało. Ulises Vidal – bohater krótkiego opowiadania „Ostatni skarb” Fernando Gamboa – jest właśnie takim typem. Niegrzeczny, przystojny, po przejściach, śmierdzący solą, benzyną i kłopotami. Facet, który lubi piwo, morze i kobiety – niekoniecznie w tej kolejności. Gdyby życie miało przycisk „powtórz poziom”, on wciskałby go codziennie.
Ale od początku. To historia, którą Fernando Gamboa napisał jak przystawkę – nie do wina, tylko do przygody. Krótki oddech między codziennością a głębiną. Bo zanim zacznie się „Ostatnia krypta” – czyli ta wielka, monumentalna opowieść o skarbie, tajemnicy i szaleństwie poszukiwań – dostajemy tu małą próbkę tego, czym oddycha ten świat. Karaiby, Cartagena de Indias, dźwięk motorówek, zapach potu i soli. Mężczyzna w neoprenie, który nurkuje w mętnej wodzie w poszukiwaniu legendy, i los, który – jak zwykle – nie ma wobec niego litości.
Całe opowiadanie zaczyna się jak klasyczna scena filmowa: dno morza, rekiny krążące w tle, wykrywacz metali, alarmujący dźwięk, i on, facet, który nie potrafi odpuścić nawet wtedy, gdy kończy mu się powietrze. Kiedy w końcu wynurza się na powierzchnię z trzema złotymi monetami w kieszeni, myślisz, że to sukces. Ale w świecie autora sukces to zawsze preludium do katastrofy. Bo chwilę później Cartagena zamienia się w pułapkę – miasto gorące, lepkie, oślepiające słońcem, pełne ludzi. I zaczyna się pogoń, taka, po której nawet Hemingway wymiękłby przy barze.
Fernando pisze to z rozmachem i ironią, której nie da się podrobić. Każde zdanie pachnie potem, kurzem i piwem. Akcja pędzi jak motorówka, ale zamiast hollywoodzkich fajerwerków mamy coś lepszego – poczucie, że to mogło się naprawdę wydarzyć. Ulises ucieka przez Cartagenę jak człowiek, który sam siebie wrobił w film sensacyjny. Z antykwariatu na ulicę, z ulicy do cudzej willi, z willi na policyjną maskę samochodu, z samochodu pod autobus. I w każdej z tych scen jest ten sam absurdalny wdzięk człowieka, który wie, że jego życie to wieczna kompromitacja, tylko w tropikalnej scenerii.
To nie jest historia, która ma cię nasycić – to raczej łyk morskiej wody, który pali gardło i zostawia niedosyt. Autor nie tłumaczy niczego do końca. Po prostu wrzuca cię w środek chaosu, a ty musisz płynąć. I w tym tkwi cała jego siła – w tym wrażeniu, że czytasz fragment większej całości, moment przed czymś, co dopiero się wydarzy.
Zresztą sama forma opowiadania ma w sobie coś z filmowego montażu. Cięcia są gwałtowne, dialogi oszczędne, ale za każdym razem, gdy wydaje ci się, że akcja przyhamuje, pojawia się nowa scena, nowy absurd. I gdy już myślisz, że to czysta komedia omyłek, Fernando jednym zdaniem przypomina ci, że to świat, w którym życie kosztuje mniej niż butelka piwa.
Bo tu nie chodzi o skarb. Skarb to tylko pretekst, jak zawsze. Chodzi o ten moment, gdy człowiek zrozumie, że nie ma już odwrotu, że albo wypłynie, albo pójdzie na dno. Ulises w każdej scenie balansuje między śmiercią a przypadkiem, a cała historia jest jak długa, absurdalna lekcja pokory: że nawet jeśli znajdziesz złoto, nie zatrzymasz go długo.
I wiesz co? Właśnie dlatego go lubię. Bo Gamboa nie tworzy herosów. Tworzy ludzi, którzy robią głupoty z wdziękiem. Którzy mają plan, dopóki coś nie wybuchnie. I którzy nawet wtedy, z rozciętą koszulą, rozbitą głową potrafią powiedzieć: „chyba się potknąłem”.
To opowiadanie ma niecałe sześćdziesiąt stron, a czyta się je jak przygodę życia. Zaczynasz z ciekawości, kończysz z mokrymi dłońmi i lekko idiotycznym uśmiechem. Nie dlatego, że to wielka literatura. Dlatego, że autor przypomina, po co się w ogóle czyta przygodówki – żeby zapomnieć o fakturach, korkach i codziennym sensie, albo bezsensie 😉 Żeby na chwilę uwierzyć, że można rzucić wszystko i wypłynąć, choćby na zardzewiałym kutrze, byle z daleka od tego, co bezpieczne.
I jeszcze jedno – ten tekst pachnie. Wiem, że to dziwne zdanie o literaturze, ale tak właśnie jest. Pachnie wilgotnym drewnem antykwariatu, potem, przypaloną benzyną i wodą morską. Kiedy autor pisze o Cartagenie, czujesz jej duszność, te tynki odpadające od słońca, krzyk kobiet sprzedających owoce, i to nieustanne wrażenie, że świat się rozpadnie, ale jeszcze nie teraz, jeszcze za chwilę. To jest język zmysłów, nie metafor. Dlatego działa.
A końcówka? Jak przystało na autora – wcale nie kończy historii. To raczej zawieszenie oddechu, moment przed kolejnym rozdziałem życia Ulisesa Vidala. Bo tu, pod pozorem zabawnej anegdoty, zaczyna się właściwa przygoda, ta, która eksploduje już w „Ostatniej krypcie”. Kiedy kończysz czytać „Ostatni skarb”, masz wrażenie, że ktoś otworzył przed tobą drzwi i kazał wejść dalej.
Widzisz tylko horyzont, czujesz wiatr, słyszysz echo słów: „Odkrywaj. Marz. Eksploruj.” – i wiesz, że to dopiero początek.
To opowiadanie jest jak ten pierwszy łyk rumu – pali, ale obiecuje coś więcej. Nie zaspokaja, tylko rozbudza. I może właśnie o to chodziło. Żeby przypomnieć nam, że każda wielka przygoda zaczyna się od małej decyzji: zejść pod wodę, choćby miało się skończyć źle.
A Fernando, jak to Fernando – nie moralizuje, nie tłumaczy, tylko puszcza ci oko. Bo wie, że prawdziwe życie smakuje najlepiej wtedy, gdy toniesz po uszy.
Więc jeśli chcesz zrozumieć, kim jest Ulises Vidal, zanim ruszy na swoją najgłośniejszą wyprawę – przeczytaj „Ostatni skarb”. To jak pierwsze zanurzenie przed pełnym nurtem oceanu. I gdy już wynurzysz się z tej krótkiej historii, ociekając solą i adrenaliną, zrozumiesz, że wszystko dopiero się zaczyna.
A już 18 listopada pod moim patronatem medialnym ukaże się „Ostatnia krypta”. I wtedy naprawdę wypłyniemy na poszukiwanie przygody.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

