Recenzje

„Pies Baskerville’ów” – Arthur Conan Doyle

Autor: Arthur Conan Doyle
Tytuł: Pies Baskerville’ów
Data premiery: 14.06.2017
Wydawnictwo: Wydawnictwo MG
Liczba stron: 180
Gatunek: kryminał, thriller
Tłumaczenie: Ewa Łozińska-Małkiewicz

„Panie Holmes, to były ślady olbrzymiego psa!”

Nie mogłam zacząć inaczej. Ten okrzyk, ta nutka grozy wśród racjonalności, to szczelne pęknięcie w porządku świata, przez które wślizguje się coś dzikiego – to właśnie ten moment, w którym Doyle wbija paznokcie w ramię czytelnika i mówi: uważaj. Bo może myślisz, że wszystko da się wytłumaczyć, ale noc ma swoje prawa, a człowiek – swoje lęki, które najchętniej zostawiłby za progiem rozumu.

I może właśnie dlatego wróciłam do tej książki. Nie dla nostalgii – nostalgia jest tania, pachnie świeczką o zapachu „old books” z sieciówki. Ja wróciłam dla języka. Dla rytmu. Dla tego rytualnego mrugnięcia, jakie literatura kiedyś miała, gdy mówiła: usiądź, nie biegnij, świat ci nie ucieknie, ale mogę sprawić, że będziesz patrzeć uważniej.

Wróciłam też dlatego, że współczesne książki – pomimo całej ich krzykliwej ekspresyjności – coraz częściej brzmią jak instrukcja aplikacji bankowej. „Wciśnij. Czuj. Reaguj. Już.” Wszystko szybko. Wszystko natychmiast. Zero mgły, zero wyciszenia, zero przestrzeni. A ja, jak to czasem bywa po zbyt wielu thrillerach, w których trup ściele się szybciej niż przecinki, poczułam, że muszę wyczyścić język. Odtruć się z krótkich zdań, które wchodzą ostro, ale wypalają się jak zapałka.

Nie wróciłam do Doyle’a jako uczennica z zadaniem domowym w ręku. Wróciłam jako dojrzała kobieta, która wie, że elegancja w literaturze nie jest fanaberią – jest aktem oporu wobec świata, który chce nam wmówić, że subtelność jest stratą czasu. Więc tak, usiadłam znów naprzeciw Sherlocka, tego dziwnego mężczyzny o umyśle ostrym jak żyletka i chłodzie właściwym chirurgowi dusz, który rozcina złudzenia jak tkanki, zostawiając tylko to, co niepodważalne.

I to zdumiewające – jak bardzo ten język nie stracił blasku. Ba, im bardziej rozgościł się internet w naszym życiu, tym mocniej Doyle świeci. Z tą swoją powściągliwą elegancją. Z ironią, która nie musi wrzeszczeć. Z szacunkiem do odbiorcy – takim, którego dziś często nie uświadczysz, bo dzisiaj pisarz boi się, że jeśli nie poda ci wszystkiego łyżeczką, to przewrócisz oczami i wrócisz do scrollowania. Doyle wierzył, że możesz zrozumieć. Że chcesz zobaczyć więcej niż widać na powierzchni. Że masz cierpliwość, by dać zdaniu wybrzmieć.

A ja tę cierpliwość mam. A przynajmniej chcę mieć. Dlatego weszłam z powrotem w ten świat – w Londyn, gdzie deszcz nigdy nie jest tylko deszczem, a noc nie jest zwykłą nocą. W świat Baker Street, gdzie mężczyzna o przenikliwych oczach wygina dłoń nad skrzypcami, a Watson – tak, Watson, mój ukochany Watson, ten wieczny świadek, lojalny jak mało kto – stoi obok i z cierpliwością znosi zarówno błysk geniuszu, jak i cienie jego kaprysów.

Holmes nigdy nie był przyjemny. Nie miał być. Gdyby żył dziś, nosiłby zapewne okulary transparentne, miał ironiczny uśmiech i mówiłby „naprawdę to tak widzisz?” tonem, który robi z człowieka jednocześnie dziecko i pacjenta na kozetce. Ale właśnie to w nim działało. Ta chłodna jasność. Ta bezwzględna logika. I kontrapunkt Watsona – ciepły, empatyczny, ludzki.

„Pies Baskerville’ów” to nie tylko tajemnica. To teatr. Scena, na której mgła gra główną rolę, wrzosowisko mówi więcej niż świadkowie, a stary ród Baskerville’ów nosi na sobie klątwę tak namacalną, że aż czujesz, jak osiada na twoich włosach, kiedy przekraczasz progi posiadłości.

Jest w tej historii coś pierwotnego. Ten niepokój, że gdy zapada noc, rozum nie zawsze wygrywa. Że człowiek, choćby nie wiem jak dumny z własnej inteligencji, jest tylko istotą z sercem, które potrafi przyspieszyć przy dźwięku kroków w pustym korytarzu. I Doyle to rozumiał. Wiedział, że największy horror to ten, który nie musi się wydarzyć na naszych oczach – wystarczy, że o nim pomyślimy.

„Świat pełen jest rzeczy oczywistych, których nikt nie raczy dostrzegać.”

No powiedz mi, który współczesny autor zdaje się ufać czytelnikowi tak bardzo, by wrzucić mu taki tekst i nie dopisywać przypisu „to znaczy: patrz uważniej, głupku”? Dziś wszystko jest podkreślone trzy razy, wytłumaczone, przetłumaczone i jeszcze raz omówione. Jakby ktoś bał się, że metafora ukąsi czytelnika w kostkę i trzeba będzie dzwonić po literacki pogotowie ratunkowe.

A Doyle? Doyle mówi: tu masz mgłę. Idź. Jak się zgubisz – zobaczysz więcej.

Fabuła? Owszem, jest trup. Jest tajemnica. Jest ród, który niesie brzemię, i posiadłość, która widziała więcej, niż powinna. Jest pies, ale nie taki, którego chcesz przytulić. A jednak to nie zbrodnia jest tu sednem, choć stanowi kręgosłup. Sednem jest atmosfera. Cierpliwe tkanie napięcia. To, jak każde zdanie kładzie się warstwą na poprzednim, aż nagle – nie wiesz kiedy – tkwisz po kolana w torfie, serce masz podszyte lękiem, a w uszach dźwięczy ci echo.

Holmes w tej powieści jest jak zimny błysk noża – pojawia się, znika, zostawia po sobie chłód i precyzję. A Watson? Watson robi coś więcej. On pozwala nam być w tej historii. Bo jego perspektywa to nie tylko opis śledztwa. To przywilej bycia świadkiem.

Kiedy piszę o tej książce, czuję się tak, jakbym mówiła o starym winie – takim, które otwierasz nie po to, by się pochwalić, ale żeby przypomnieć sobie, dlaczego w ogóle warto pić wino. Bo literatura klasyczna w swojej najlepszej formie nie jest trudna. Jest wymagająca – a to ogromna różnica. Ona zakłada, że chcesz. Że masz ciekawość. Że szukasz czegoś więcej niż adrenaliny.

Czy to znaczy, że współczesna literatura jest zła? Nie. Jest inna. Potrzebujesz Sherlocka, który mówi: usiądź, weź lupę, świat jest ciekawszy, kiedy patrzysz wolniej.

Czy dziś da się jeszcze pisać tak jak Doyle? Nie wiem. Może nie trzeba. Może wystarczy czasem wrócić. Otworzyć te strony. Pozwolić, żeby zdanie otuliło cię rytmem, jakby było północą, a za oknem ktoś cicho puka laską o bruk.

„Nie ma nic bardziej zwodniczego niż fakt pozornie oczywisty.”

Chciałabym, żeby więcej autorów miało odwagę, by nie tłumaczyć wszystkiego po trzy razy. Żeby zaufali. Czytelnik naprawdę nie jest dzieckiem, które trzeba przeprowadzać przez fabułę jak po pasach. A jednak mam wrażenie, że świat literatury wpadł dziś w pułapkę tej obsesji „łatwości”. A łatwość, paradoksalnie, zabija pamięć. Bo to, co podane bez wysiłku, równie szybko wypada z głowy.

Doyle uczy czegoś, czego brakuje nam w epoce przyspieszenia: uważności. Nie tylko tej z aplikacji, która mówi „oddychaj przez trzy sekundy i myśl o niczym”, tylko tej uważności, którą buduje język. Ta książka każe ci zatrzymać wzrok na zdaniu. Zbudować obraz. Pomyśleć, zanim pójdziesz dalej.

I może właśnie dlatego – w świecie, w którym wielu gubi sens między powiadomieniami – Holmes jest bardziej potrzebny niż kiedykolwiek.

Bo powrót do Doyle’a nie jest podróżą w przeszłość. Jest przypomnieniem, że literatura może być czymś więcej niż rozrywką. Może być rozmową. Wyciszeniem. Ostrzeniem myśli. I miejscem, gdzie język jest przywilejem, nie przeszkodą.

Tak, jestem dorosłą kobietą, która wychowała się na Sherlocku Holmesie. I nie zamierzam udawać, że współczesność może mi to zastąpić. Bo gdy świat krzyczy, Doyle szeptał. A szept, paradoksalnie, potrafi być głośniejszy niż wrzask.

Więc jeśli pytasz mnie, po co czytać „Psa Baskerville’ów” w 2025 roku, odpowiem: nie po to, żeby znać fabułę. Po to, żeby pamiętać, jak smakuje dobre zdanie. Jak brzmi język, który nie boi się być piękny. I jak to jest, kiedy książka nie prowadzi cię za rękę – tylko zaprasza, żebyś sama za nią poszła.

A jeśli ktoś powie ci, że to klasyka i „na pewno trudna”, możesz mu złośliwie uśmiechnąć się pod nosem i odpowiedzieć: trudne to jest życie, kochanie. Doyle to czysta przyjemność. Tylko trzeba umieć smakować.

I jeśli trzeba będzie powtórzyć to sto razy – powtórzę.

Słowo może być piękne.

I ta książka o tym przypomina.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

1 komentarz

  1. Największą satysfakcją w życiu jest zrobić coś, o czym ludzie mówią, że jest niemożliwe. Walter Bagehot

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *