
Autor: Richard Matheson
Tytuł: Jestem legendą
Data premiery: 10.01.2020
Wydawnictwo: Mag Seria: Artefakty
Liczba stron: 224
Gatunek: horror
Tłumaczenie: Paulina Braiter, Robert Waliś
„Świat nie kończy się wybuchem, ani nawet jękiem. Świat kończy się ciszą, w której zostaje tylko jeden człowiek i chór potworów pod jego oknem.”
Nie ma w tej książce zdania, które lepiej ustawia ton od początku do końca, bo nie chodzi tu o widowiskową apokalipsę ani o kiczowaty taniec wampirów w świetle księżyca, ale o świat, w którym każdy świt jest dowodem, że przeżycie nie jest zwycięstwem, tylko przekleństwem. Matheson robi coś, czego nie robił nikt przed nim i mało kto po nim: zdejmuje z ramion literatury grozy cały płaszcz teatralności i zostawia ci człowieka samego wobec ciszy, a cisza ta jest potężniejsza niż wszystkie potwory razem wzięte.
Robert Neville nie przypomina herosa, który w innych książkach i filmach staje z maczetą przeciw hordzie. To zwykły facet, który powtarza te same czynności z zegarkową regularnością, bo inaczej by oszalał: wbija kołki w serca trupów, wynosi zwłoki na stos, zakrywa okna deskami, a nocą zamyka drzwi, by słuchać wycia swojego dawnego sąsiada, który codziennie o tej samej porze, jak refren pieśni, wrzeszczy pod oknem jego imię. I w tym nie ma nic heroicznego, nie ma nic widowiskowego, to nie jest film, to jest monotonia, rytuał samotności, który z każdym kolejnym dniem zżera go od środka.
Najbardziej uderza jednak nie to, że Neville został sam w świecie, w którym wszystko gnije, ale to, jak Matheson każe ci poczuć ciężar tej samotności na własnej skórze. Nie ma tu ckliwych opisów tęsknoty ani patetycznych monologów o stracie. Jest cisza, która dzwoni w uszach. Jest butelka whisky, która staje się jedynym towarzyszem. Jest mikroskop, w który Neville wpatruje się godzinami i próbuje zrozumieć bakterię, której ruch widzi pod soczewką mikroskopu.
I dlatego ta książka działa. Bo nie straszy cię wymyśloną mitologią, tylko tym, co najbardziej realne – absolutną pustką. Potwory można oswoić, wytłumaczyć, można z nimi walczyć, ale nie da się wygrać z ciszą, która rozsadza ci głowę. Matheson wie, że człowiek nie potrzebuje hordy wrogów, by się złamać. Wystarczy pusta ulica i świadomość, że nikt nigdy nie powie ci już „dzień dobry”.
Nie będę udawać, że nie dałam się nabrać na jego okruchy nadziei. Pojawia się pies, i nagle człowiek, który przez dziesiątki stron był więźniem własnego domu i własnych obsesji, ma przed sobą coś żywego, kruchego, drżącego, ale prawdziwego. I ty razem z nim zaczynasz wierzyć, że może jeszcze coś się da ocalić. Ale Matheson nie jest autorem, który daje ci prezenty. On najpierw pozwala ci poczuć ciepło, a potem zabiera je tak brutalnie, że zostajesz z zimnem w gardle. To, co się dzieje z psem, nie jest tanią sztuczką narracyjną. To jest przypomnienie, że w świecie Neville’a każda iskra zostaje zadeptana, zanim zdąży się rozniecić.
Tak samo działa każdy inny błysk złudzenia, każda iluzja, którą podsuwa ci autor. Matheson nieustannie przypomina, że ta historia nie jest o ocaleniu, ale o rozpadzie. Neville to nie heros, który ocali ludzkość. To ostatni człowiek, który próbuje wytłumaczyć sobie świat nauką, mikroskopem, podręcznikami z biblioteki. W tym jest coś poruszającego – ten upór, by nadać sens temu, co dawno przestało mieć sens. Ale w tym upartym czytaniu o leukocytach, bakteriofagach i przetrwalnikach jest też desperacja kogoś, kto boi się, że jeśli przestanie rozumieć, to przestanie istnieć.
Matheson pisze prosto, niemal sucho i właśnie dlatego jego proza tnie jak żyletka. Nie znajdziesz tu barokowych opisów ani efektownych porównań. Każde zdanie jest jak uderzenie, krótkie i zimne. To literatura, która nie karmi, tylko głodzi. Która nie pociesza, tylko odbiera. A w tym odbieraniu tkwi jej siła.
I tak naprawdę nie chodzi o wampiry. Chodzi o samotność, o rutynę. I o to, że w pewnym momencie role się odwracają, a pytanie „kto tu jest potworem” zaczyna brzmieć coraz bardziej niewygodnie. Matheson nie daje ci odpowiedzi na tacy, ale zmusza, byś zaczęła myśleć o tym, że potwór to nie zawsze ten, kto stoi pod twoim oknem i krzyczy: „Neville wychodź!”, że czasem potworem staje się ten, kto zbyt długo był sam, kto zbyt długo wbijał kołki, aż sam zamienił się w legendę, w opowieść, którą inni będą szeptać.
I właśnie na tym polega siła tytułu. Jestem legendą nie znaczy tu „jestem bohaterem”, wybrzmiewa jak wyrok. Neville Staje się mitem. Straszakiem. Potworem, którego imię szeptać będą dzieci. Neville rozumie, że świat obrócił się przeciwko niemu, nie dlatego, że to on się zmienił, ale dlatego, że powstał nowy porządek, a on jest tylko reliktem. A Matheson z zimnym uśmiechem zostawia cię z tym odwróceniem ról, które uderza mocniej niż wszystkie strzelaniny świata. Nie ma w tym krzty dumy ani triumfu.
I dlatego właśnie ta książka robi wrażenie większe niż wszystkie hollywoodzkie próby jej ekranizacji. Bo żadna z nich nie miała odwagi powiedzieć tego, co mówi Matheson: że nie ma happy endów, że nie ma triumfów, że świat nie kończy się wybuchem, tylko ciszą, w której zostaje jedno zdanie, powiedziane bez dumy, ale z pełną świadomością: JESTEM LEGENDĄ.
Matheson napisał książkę, która jest ponadczasowa. Możesz ją czytać jako horror, możesz jako science fiction, możesz jako filozoficzną przypowieść o samotności.
Dla mnie — mistrzostwo. Nie ma znaczenia, ile ekranizacji to spartoliło, ile razy Hollywood próbowało dorobić happy end. Oryginał jest jeden: zimny, bezlitosny, cholernie prawdziwy.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
