
Autor: Jolanta Żuber
Tytuł: Oziębłość
Data premiery: 15.09.2025
Wydawnictwo: Jolanta Żuber
Liczba stron: 280
Gatunek: thriller, kryminał
„Samochód stoi nieruchomo. Patrzę na niego z niepokojem, zupełnie jakby miał mi zaraz coś wykrzyczeć, zdradzić światu to, co zrobiłam.”
Od tego zdania zaczęłam i od razu wiedziałam, że to nie będzie lektura „na dobranoc”. Bo wiesz, są książki, które możesz sobie czytać w kolejce do lekarza, między scrollowaniem Facebooka a obieraniem ziemniaków, i nic się nie stanie, jak zgubisz wątek. A są takie, które trzeba czytać po cichu, trochę tak, jakbyś podsłuchiwała rozmowę za drzwiami, wiedząc, że za chwilę usłyszysz coś, czego wcale nie chcesz wiedzieć. „Oziębłość” Jolanty Żuber to właśnie ta druga kategoria. To książka, której nie chcesz brać do łóżka, bo boisz się, że sny zamienią się w koszmary.
Ale to dopiero preludium. Autorka prowadzi nas do świata kobiety, którą łatwo byłoby uznać za produkt czasów Instagrama — bo właśnie tam, w obiektywie telefonu i w sztucznym blasku lampy pierścieniowej, rozgrywa się główny teatr tej książki. W relację matki i córki. Nie w taką słodką, lukrowaną wersję z reklam czekoladek, gdzie matka patrzy z dumą, a córka odwzajemnia spojrzenie pełne wdzięczności. Nie. Tu mamy chłód, ciszę, spojrzenia, które przypominają ostrza, i miłość, która – jeśli istnieje – to w wersji wybrakowanej, ośmieszonej, wykastrowanej.
Anna, matka Judyty, kreuje siebie na uosobienie poświęcenia, cierpienia i heroizmu. Świat ogląda ją na live’ach, lajki spływają jak monety do kapelusza, a „prawda” jest tym, co odpowiednio wyreżyserowane. Jej córka, krucha i zepchnięta do roli „ofiary”, staje się nie tyle człowiekiem, ile surowcem — materiałem do budowy narracji, która ma poruszać serca, otwierać portfele i zapewniać miejsce w panteonie ofiar, które nie pozwalają światu zasnąć spokojnie. Tyle że Judyta nie jest jedynie „produktem” do sprzedania w opakowaniu z folii bąbelkowej i filtrów. Judyta to nastolatka, dziewczyna z poddasza, dziewczyna, której tożsamość zostaje przyciśnięta do ściany, odarta z naturalnej intymności, wystawiona na publiczne podglądactwo.
Narracja prowadzona jest z dwóch stron. Raz mówi Judyta, nastolatka zamknięta na poddaszu, która od dziecka uczy się, że ciepło trzeba zasłużyć, że nie ma nic za darmo. Jej głos jest pełen ciszy, napięty, jakby każde zdanie było pisane wstrzymanym oddechem. A potem wchodzi Anna, jej matka, i zaczyna swoje solo. To narracja zimna, wyrachowana, czasem wręcz hipnotyczna – jakby mówiła do Ciebie kobieta, która dawno temu pozbyła się złudzeń i teraz opowiada o życiu jak o biznesie: co się opłaca, co przynosi stratę, co jeszcze można sprzedać. I nie, to nie jest zabieg literacki w stylu: „pokażmy dwie perspektywy, będzie ciekawie”. To jest cios w brzuch, bo czytasz i zdajesz sobie sprawę, że prawda nigdy nie jest jedna. Że to, co dla dziecka jest raną, dla matki jest strategią.
I to właśnie ten dwugłos sprawia, że książka tak mocno drąży. Nie można odetchnąć, bo kiedy już zaczynasz współczuć jednej, wchodzi druga i każe Ci wszystko podważyć. To jak niekończąca się kłótnia, w której nigdy nie ma wygranej, tylko kolejne rany.
Co mnie najbardziej uderzyło, to sposób, w jaki autorka pokazuje dzisiejszy świat. Wiesz, ten świat, w którym lajki zastąpiły rozmowę, a „live” jest ważniejszy niż to, czy ktoś naprawdę patrzy ci w oczy. Anna to matka, która nie tylko nie potrafi kochać, ale też przelicza każdy gest na reakcje odbiorców. To kobieta, dla której ból jest walutą, a cierpienie – strategią marketingową. I wiesz co? Najgorsze jest to, że czytasz i wcale się nie dziwisz. Bo tak właśnie wygląda dzisiejsza rzeczywistość. Bo każdy z nas zna kogoś, kto opowiada o własnym dramacie w mediach społecznościowych, licząc na komentarze i współczucie, które na jeden wieczór zastąpią prawdziwą bliskość. Żuber nie wymyśla futurystycznego koszmaru. Ona po prostu robi zrzut ekranu z tego, co dzieje się tu i teraz. W świecie, w którym każdy z nas ma w kieszeni narzędzie do transmitowania własnego życia, Żuber pokazuje, co się dzieje, kiedy to narzędzie staje się ważniejsze niż człowiek. Kiedy lajki mają większą wartość niż łzy dziecka. Kiedy prawda przestaje być tym, co się wydarzyło, a zaczyna być tym, co się dobrze klika. I to jest moment, w którym czytelnikowi robi się naprawdę niewygodnie, bo nagle zaczynasz myśleć, ile razy sama sprzedałaś kawałek siebie za garść cudzej uwagi.
Nie myśl jednak, że to książka tylko o Instagramie. To książka o chłodzie, który płynie w żyłach jak trucizna. O matkach, które nie umieją dawać, i o córkach, które przez całe życie uczą się, że nie są wystarczające. O tym, że trauma nie kończy się na jednym pokoleniu, tylko przechodzi dalej, jak choroba, jak przeklęte dziedzictwo, które ktoś wpycha ci do kieszeni, zanim jeszcze nauczysz się mówić.
To nie jest historia, którą można połknąć jednym tchem. Ja czytałam powoli, czasem wracając do fragmentów, bo były jak ciosy w brzuch. Bo jak inaczej czytać o relacjach matka–córka, kiedy matka przypomina Ci bardziej kata niż opiekuna, a córka desperacko szuka ciepła tam, gdzie od początku wiadomo, że go nie ma?
Czasem, się zastanawiam, czy: „Można być złym człowiekiem, ale dobrą matką”. Po tej książce nie jestem już tego taka pewna. Bo Autorka pokazuje, że jedno wyklucza drugie. Że jeżeli w środku jesteś oziębła, to prędzej czy później ten chłód spali wszystko, co dotkniesz – partnerów, dzieci, przyjaciół. Nie da się oddzielić „złej” kobiety od „dobrej” matki. I to boli najbardziej, bo przecież każda z nas, nawet jeśli nie mówi tego na głos, boi się, że kiedyś kogoś zawiedzie, że powieli błędy, które sama pamięta z dzieciństwa.
Język książki jest surowy, ostry, czasem teatralny, ale nigdy nie jest nijaki. Czytasz i masz wrażenie, że każde zdanie zostało wykute jak stalowy pręt, którym ktoś właśnie wali cię po plecach. Nie ma tu miejsca na ozdobniki, na literackie lukry, które mogłyby przykryć brzydotę. Ta historia nie potrzebuje dekoracji – broni się gołą prawdą. I może właśnie dlatego chwilami miałam ochotę odłożyć książkę, bo było za dużo, bo miałam już dosyć tego zimna. Ale zaraz wracałam, jak wraca się do rany, którą drapie się do krwi, choć wie się, że będzie boleć jeszcze bardziej.
Czy są wady? Może kilka. Momentami miałam poczucie, że autorka za bardzo lubi swoje własne metafory, że czasem dokłada patosu tam, gdzie wystarczyłoby jedno mocne słowo. Ale wiesz co? W tej książce to się wybacza. Bo nawet jeśli momentami jest zbyt, to i tak nie da się przejść obojętnie. A to dla mnie ważniejsze niż literacka perfekcja.
I teraz powiem ci coś, co może zabrzmi banalnie, ale wcale takie nie jest: „Oziębłość” to książka, po której człowiek inaczej patrzy na własne relacje. Na to, jak mówi do dziecka, na to, jak rozmawia z matką, na to, jak łatwo przechodzi się z miłości w chłód. To nie jest historia, którą się czyta i odkłada na półkę. To jest historia, która zostaje, wchodzi pod skórę, przemieszcza się po krwiobiegu i nie daje o sobie zapomnieć.
A zakończenie? Nie będę zdradzać. Powiem tylko, że nie ma tu cudownych przemian ani objawień w ostatniej chwili. Bo życie tak nie działa. Bo chłód nie znika tylko dlatego, że ktoś wreszcie powie „kocham”. I w tym jest największa siła tej książki. Że zostawia cię z niedosytem, z gniewem, z poczuciem, że chciałabyś inaczej, ale wiesz, że inaczej się nie da. I siedzisz z tym jak z kieliszkiem czerwonego wina, którego nie możesz dopić, bo jest już za ciężkie, za gorzkie, a jednak ciągle je obracasz w dłoni.
Bo tak właśnie działa dobra literatura. Nie daje ukojenia. Daje blizny.
Recenzja powstała w ramach współpracy reklamowej z Autorką – Jolantą Żuber.
Dziękuję
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
