
Autor: Michalina Remisz
Tytuł: Otok
Data premiery: 26.07.2025
Wydawnictwo:Darwin & Watson Publishing
Liczba stron: 254
Gatunek: kryminał, thriller
„Powiedziała, że jest tu od trzech dni. Ale my szukaliśmy jej od miesiąca.”
„Czas się tu nie tylko rozjeżdża – on pierdolnie, jak nie umiesz patrzeć”
czyli rozmowa o „Otoku” Michaliny Remisz.
(w której czas, zapach marihuany i wspomnienie koncertu Bajagi grają na jednej strunie)
– No i co, skończyłaś?
– Tak. I nie wiem, czy mam się położyć na podłodze i płakać z tęsknoty, czy rzucić tą książką o ścianę za ten epilog.
– Uuu. Grubo. Czyli jednak?
– Tak. Bo to nie była zwykła książka. To był cholerny tunel czasoprzestrzenny zbudowany z soli, kobiecych krzyków i teorii względności. I to jeszcze pod przykrywką „zaginięcia turystki”. Pffff.
– Czekaj, aż tak?
– Gorzej. Bo ja to przecież zaczęłam sobie czytać na luzie. Wakacyjna książka, Chorwacja, trochę sensacji, cykady, jakieś wino, trochę słońca i może jakaś mafia dla smaczku. A tu jeb. Trzy rozdziały i jestem już w połowie lat 40., między Teslą a czymś, co przypomina scenografię z serialu „Dark”, tylko że z duszną wilgocią i zapachem spalonej trawy.
– Czyli fabuła Ci siadła?
– Fabuła? To nie „siadła”. To było jak kop w klatkę piersiową od babki, która przez pół życia siedziała za murem elektromagnetycznym i uczyła się, jak rozrywać ludzi na części samym spojrzeniem.
Bo wiesz co? Tu nie chodzi o Teslę, tu nie chodzi o mafię. Tu chodzi o czas. I to nie taki czas, że zegarek Ci się śpieszy o pięć minut. To czas, który ci się zapętla, przeskakuje, topnieje w rękach.
To nie jest zwykła recenzja. Bo to nie była zwykła książka.
To była podróż. Ale nie taka, którą planujesz, zapisujesz w kalendarzu i pakujesz w nią paszport. To była podróż mentalna, emocjonalna, geograficzna i trochę psychodeliczna. A że zgrało się to z moimi wspomnieniami z Chorwacji — z jazdą przez Čiovo, ze wspinaniem się na Trogirskie mury, z tą popieprzoną drogą ze Sveti Rok wzdłuż wybrzeża zamiast autostrady — to „Otok” nie tylko wszedł mi do głowy, ale wszedł mi w ciało. W mięśnie. W skórę. W nozdrza.
Michalino, to będzie recenzja, ale pisana z trzewi. Nie z głowy. Bo po tej książce nie da się spokojnie wstać, poprawić spódnicy i powiedzieć: „Cóż za interesująca fabuła”.
Nie.
Po tej książce się siada w ciemnym pokoju, włącza Bajagę i odpala sobie papierosa, nawet jeśli się nie pali.
Zaczęło się od dźwięku..
Byłam w Trogirze. Na koncercie Bajagi i Instruktori. Noc była gorąca, pachniało rybą, potem i petardami. Z głośników „Plavi safir”, ludzie podskakują, niektórzy płaczą. I to wspomnienie, zapomniane gdzieś w odmętach lata, wróciło do mnie jak tsunami w momencie, gdy w „Otoku” pojawiła się pierwsza wzmianka o bramie.
A ja? Ja to czułam na własnej skórze.
Każdy fragment wyspy opisywany przez bohaterów — jechałam tam palcem po mapie.
Skręt za mostem? Znam.
Objazd wzdłuż wybrzeża? Robiłam.
Taxi? Jechałam.
Czułam zapach tej drogi, słyszałam ten upiorny śpiew cykad, czułam kurz, gdy Ilona przymykała oczy i mówiła, że jest tu dopiero od trzech dni.
Kurcze, jak bardzo byłam z nią.
I wtedy coś pękło
Bo „Otok” zaczyna się od kobiety. I kończy się na kobietach. Ale po drodze…
Po drodze jest eksperyment Tesli, lokalna mafia, dziadek, który nie powinien żyć, kobiety zamykane jak towar w chłodni i czas, który płynie tak, jak mu się podoba.
Nie będę zdradzać fabuły.
Ale muszę powiedzieć jedno: Remisz zrobiła rzecz, którą potrafią tylko najodważniejsi – zaczęła od realistycznego thrillera i po cichu, bez ostrzeżenia, przeszła w coś, co zahacza o metafizykę i teorię Einsteina.
A ja to łyknęłam. Całe. Ze łzami, z zachwytem, z niedowierzaniem.
Bo to było tak dobrze osadzone, że jak nagle przeczytałam słowo „Tesla”, to nie było: „oho, teraz odleciała.”
To było: „kurwa, to jest dobre.”
A potem odruchowo, jakbym weszła w tryb śledczy, sięgnęłam w odmęty internetu — i poleciało:
Nikola Tesla, jego śmierć w 1943, teorie spiskowe, Wardenclyffe Tower, fale elektromagnetyczne, nieukończone projekty, zdjęcia wieży, promieniowanie, teleportacja.
I wtedy już nie czytałam „Otoku” — ja go odpalałam.
Jak urządzenie. Jak rezonator. I siedziałam dalej z tą książką jak z detonatorem w ręce.
Ilona, Jelena, Monika, Martina
Każda z nich jest inna. Każda z nich przeżywa inną wersję piekła. Ale łączy je jedno:
czas odmawia im współpracy. Jedna znika na „parę godzin” i okazuje się, że nie było jej całą noc.
Druga mówi: „jestem tu od trzech dni”, a świat: „halo, szukamy cię od miesiąca”.
To nie są kobiety z thrillerów. To są kobiety z krwi, z kości, z bólu, z pragnienia.
Czuję, jak pachnie ich strach. Słyszę, jak sztywnieje im kark.
Kiedy Ilona w altanie widzi haki i rozkładane łóżko, ja mam ciary.
Bo ta altana to nie tylko miejsce.
To wehikuł czasu. Dosłownie.
Ale też symbol.
Symbol wszystkiego, co mężczyźni próbują z kobietami robić, kiedy myślą, że nikt nie patrzy.
Ale epilog… o nie
I tu muszę przestać się zachwycać. Bo przyszedł epilog.
I ja go czytałam jak ktoś, kto przeszedł przez wojnę, a na końcu dostaje watę cukrową i fajerwerki.
Nie mówię, że musi się wszystko kończyć źle.
Nie jestem z tych, co tylko dramat.
Kurka był moim jedynym chłopem, którego chciałam w tym świecie. Miał styl, miał cynizm, miał tę minę: „Nie wierzę, że właśnie to robię, ale zrobię, bo inaczej nie zasnę.”
– Czyli…
– Epilog.
Ten epilog, który… NIE.
Ten epilog był za słodki. Za gładki.
W książce, w której wszystko było drapieżne i obce, dostajemy karmelową polewę z happy endem.
A ja… nie chciałam deseru. Chciałam, żeby została rana. Taka, którą się liże przez lata.
Chcę, żeby świat nie wymagał takiego resetu. Ale jak już go robisz — to miej odwagę zostawić ślad.
A tu mam wrażenie, że ostatnia strona została napisana na czysto, bez krwi.
– Czyli to byłby dla Ciebie ideał bez epilogu?
– Może nie bez. Ale z innym zakończeniem.
Melancholijny. Jakieś drżenie w powietrzu. Jakby wszystko było dobrze, ale … żeby zostało niedopowiedzenie.
Przecież to był świat o tym, że czas niszczy, krzywi, rozciąga i w końcu rozcina.
To nie zmienia faktu, że „Otok” to książka mocna, bezkompromisowa, genialnie skonstruowana.
Że historia działa, że napięcie rośnie jak temperatura asfaltu o 14:00 w sierpniu, że emocje sięgają brzucha i nie chcą puścić.
Że kobiety tu są pełne gniewu, krzywdy i woli przetrwania.
Że to thriller, sci-fi i poetycka medytacja nad czasem — w jednym.
I że ja, osobiście, czuję się przez tę książkę rozjechana.
Znowu byłam na Čiovo.
Znowu słyszałam Bajagę.
Znowu czułam sól na udach i dym z tarasu.
Znowu zobaczyłam Chorwację nie jako miejsce, ale jako stan świadomości.
– Poleciłabyś?
– Poleciłabym.
Nie każdemu. Nie temu, kto szuka „lekkiej wakacyjnej lektury”. Nie temu, kto się boi, że czas to coś oczywistego. Ale każdemu, kto lubi, jak mu się coś w głowie rozjedzie.
Jak bohater mówi: „Byłam tam trzy dni”, a inny mówi: „Zaginęłaś miesiąc temu.”
Jak czytasz i nie wiesz, czy ruina to jeszcze ruina, czy już pałac.
Jak ufasz kobiecie, która ci robi herbatę, a potem cię dusi.
– Mocne.
– No. „Otok” to książka, po której już nie sprawdzasz godziny tak samo.
A jak zobaczysz staruszka z gołębiem na herbie… to uciekaj.
Jeśli nie boisz się wkurwić na zakończenie i przez to jeszcze bardziej pokochać historię.
To czytaj.
A potem przyjdź. I pogadamy.
O czasie. O Tesli. O kobietach. O gniewie.
I o tym, że literatura — dobra literatura — robi ci z głowy wehikuł.
Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

[…] https://www.zbrodnienawidelcu.pl/otok-michalina-remisz/ […]