Recenzje

„Po drugiej stronie ulicy”- Marlena Męcka

Autor: Marlena Męcka
Tytuł: Po drugiej stronie ulicy

Data premiery: 21.07.2025
Wydawnictwo: Residport Sp z o. o.
Liczba stron: 364
Gatunek: kryminał, thriller

„Dając jej milczącą zgodę, również przyłożyliśmy się do twojego cierpienia.”

Wiecie, co jest gorsze od człowieka, który głośno wygłasza swoje uprzedzenia? Kilka osób siedzących obok niego przy stole, sączących wino i udających, że nic nie słyszą. Bo przecież jest miło. Grill skwierczy, mięso pachnie, dzieci oglądają film, a nikt nie ma ochoty psuć wieczoru rozmową o tym, że czyjaś „prywatna opinia” właśnie wbiła się drugiemu człowiekowi pod skórę.

„Po drugiej stronie ulicy” Marleny Męckiej przeczytałam w ramach booktouru i mam po niej uczucia tak ambiwalentne, że mogłabym nimi obdzielić połowę tej ulicy. Z jednej strony pierwsza połowa książki solidnie wystawiła moją cierpliwość na próbę. Z drugiej – końcówka wreszcie złapała mnie za gardło i częściowo wynagrodziła wcześniejsze znużenie. Nie na tyle, żebym nagle zapomniała o wszystkim, co mnie uwierało, ale wystarczająco, żebym nie odłożyła tej historii z obojętnym wzruszeniem ramion.

Tess mieszka w spokojnej dzielnicy, w której największą weekendową sensacją powinno być co najwyżej przypalone mięso i sąsiad koszący trawnik o szóstej rano. Wraz z Elen i Harrym oraz Ingrid i Peterem tworzą zamkniętą paczkę. Ich dzieci dorastają razem, dorośli spędzają wspólnie wolny czas, a granice pomiędzy przyjaźnią i rodziną dawno zdążyły się zatrzeć. Znają swoje zwyczaje, sekrety i słabości. A przynajmniej tak im się wydaje.

Po jednym z takich spotkań Tess zostaje znaleziona martwa przy własnym basenie. Zginęła od ciosu nożem. Ostatnią osobą widzianą przed jej domem była Elen, która przyszła porozmawiać z nią o podejrzanie bliskiej relacji z Peterem. Problem w tym, że Peter już raz zdradził Ingrid, a Elen postanowiła osobiście dopilnować, żeby historia się nie powtórzyła. Bo wiadomo – kiedy cudze życie zaczyna wyglądać podejrzanie, zawsze znajdzie się ktoś gotowy wejść do niego bez pukania i jeszcze przestawić meble.

Tyle że po śmierci Tess wychodzi na jaw, że kobieta przez klikanaście lat nie powiedziała przyjaciołom całej prawdy. Nie nazywała się tak, jak wszyscy sądzili. Miała drugie życie, wieloletnią tajemnicę i osobę, o której istnieniu najbliżsi nie mieli pojęcia. Nagle każdy wspólny wieczór, każda podróż i każda rozmowa zaczynają wyglądać inaczej.

I tutaj powinnam napisać, że zaczęłam podejrzewać wszystkich po kolei, zmieniałam zdanie co trzy rozdziały i dałam się autorce wyprowadzić w pole.

Nie zaczęłam.

Już od pierwszych stron wytypowałam osobę odpowiedzialną za śmierć Tess. Co więcej, prawidłowo odgadłam również motyw. Oczywiście nie znałam jeszcze szczegółów ani drogi prowadzącej do finału, ale nazwisko sprawcy mogłabym zapisać na kartce, zamknąć w kopercie i wyjąć pod koniec z miną nieznośnie zadowolonej wróżki kryminalnej.

Może dlatego pierwsza połowa tak bardzo mi się dłużyła. Autorka pokazuje te same wydarzenia z perspektywy kolejnych postaci. Wracamy do wspólnych rozmów, podejrzeń, zachowań i momentów, które już znamy, tylko tym razem zaglądamy do innej głowy. Rozumiem zamysł – każdy widzi coś innego, każdy coś ukrywa, a prawda zależy od miejsca, w którym akurat stoisz. Tyle że mnie ten sposób prowadzenia historii nie wciągnął. Zamiast coraz mocniej zaciskać pętlę wokół bohaterów, narracja chwilami krążyła po tej samej ulicy bez wyraźnego celu.

Czułam znużenie. Nie takie dramatyczne, przy którym człowiek rzuca książką przez pokój i obraża się na literaturę do następnego poranka. Raczej ciche i uparte. Czytałam dalej, ale zamiast napięcia towarzyszyło mi pytanie: kiedy wreszcie naprawdę coś się wydarzy?

Najbardziej brakowało mi poczucia niepewności. Tego charakterystycznego dla dobrego kryminału swędzenia z tyłu głowy, kiedy każdy może kłamać, każdy ma powód, a ty już trzy razy zmieniłaś podejrzanego i po raz czwarty obiecujesz sobie, że tym razem na pewno masz rację. Tutaj moje pierwsze podejrzenie zostało ze mną do końca.

Ale nie mogę powiedzieć, że ta książka nie wzbudziła we mnie emocji. Wzbudziła – tylko przez długi czas nie były to emocje związane z zagadką kryminalną.

Wkurzała mnie Elen. Och, jak ona mnie wkurzała. Ta jej potrzeba kontrolowania wszystkiego, wchodzenia z butami w cudze życie i powtarzania poglądów ojca, jakby były rodzinną porcelaną przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Najgorsze jednak nie były nawet słowa Elen. Najgorsze było milczenie pozostałych. Ludzi, którzy podobno myśleli inaczej, ale przez lata pozwalali jej mówić. Bo straciła dziecko. Bo dużo przeszła. Bo jest trudna. Bo po co się kłócić.

Zawsze znajdzie się jakieś „bo”, którym można przykryć własne tchórzostwo.

I właśnie w historii Tess najmocniej wybrzmiewa cena takiego milczenia. Jedna uwaga rzucona przy pierwszym spotkaniu sprawia, że kobieta zaczyna kłamać. Najpierw niewinnie, żeby nie zostać odrzuconą. Później musi dokładać kolejne kłamstwa, żeby ochronić poprzednie. W końcu tworzy dla przyjaciół wersję siebie, którą łatwiej im zaakceptować.

To było dla mnie znacznie bardziej przejmujące niż samo morderstwo.

Tess przez lata siedziała przy wspólnym stole, śmiała się, była matką chrzestną, przyjaciółką i niemal członkiem rodziny, a jednocześnie ani przez chwilę nie mogła być tam naprawdę sobą. Jej bliscy kochali kobietę, którą znali, nie wiedząc, ile kosztowało ją codzienne odgrywanie tej roli. I im dłużej o tym myślałam, tym mocniej zastanawiałam się, czy można mówić o prawdziwej przyjaźni, jeśli jedna osoba musi amputować kawałek siebie, żeby druga pozwoliła jej zostać.

Dopiero w ostatnich rozdziałach książka wyraźnie przyspiesza. Pojawia się więcej napięcia, rozpaczliwych decyzji, ukrywania prawdy i konsekwencji, których nie można już cofnąć. Bohaterowie przestają wyłącznie podejrzewać się nawzajem i zaczynają działać. A kiedy już ruszają, to nie bawią się w półśrodki.

Końcówka obudziła mnie z czytelniczego letargu.

Nie zaskoczyła mnie odpowiedzią na pytanie „kto?”, ale poruszyła tym, co wydarzyło się później. Bo okazuje się, że jedna śmierć to za mało, kiedy dorośli zaczynają „naprawiać” tragedię po swojemu. Pod płaszczykiem miłości, ochrony i troski można zrobić rzeczy potworne, a następnie wmówić sobie, że nie było innego wyjścia.

Szczególnie mocno uwierało mnie powtarzane zapewnienie: „To nie twoja wina”. Rozumiem potrzebę ochrony kogoś bliskiego. Rozumiem strach, szok i desperację. Ale nie potrafię zaakceptować miłości, która polega na zdejmowaniu odpowiedzialności z jednej osoby i przerzucaniu jej na wszystkich dookoła. Na zdradę. Na uprzedzenia. Na dorosłych. Na strach. Na okoliczności.

Można wskazać cały łańcuch ludzi, którzy dołożyli rękę do tragedii. Można mówić o słowach, milczeniu, kłamstwach i ranach zadawanych dużo wcześniej. Nie zmienia to jednak faktu, że w pewnym momencie ktoś podejmuje własną decyzję. I właśnie ten moralny bałagan pozostawił mnie z największym niepokojem.

„Po drugiej stronie ulicy” nie okazała się dla mnie kryminałem, który trzymał w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Jednocześnie nie potrafię tej książki po prostu skreślić.

Bo pod przewidywalnym „kto zabił?” kryje się znacznie ciekawsze pytanie: kto stworzył warunki, w których do tej zbrodni mogło dojść? Człowiek z nożem? Zdradzający mąż? Kobieta karmiąca otoczenie uprzedzeniami? A może wszyscy, którzy przez lata słyszeli jej słowa i ani razu nie powiedzieli: wystarczy?

Końcówka częściowo wynagrodziła mi mozolną drogę. Nie wymazała znużenia, ale sprawiła, że po zamknięciu książki nie odłożyłam jej obojętnie. Zostałam ze złością, dyskomfortem i przekonaniem, że czasami najwięcej szkody wyrządzają nie obcy ludzie czyhający w ciemności, lecz ci siedzący z nami przy jednym stole.

Bo możesz przez kilkanaście lat znać człowieka mieszkającego po drugiej stronie ulicy.

Możesz tylko nigdy nie poznać jego prawdziwego życia.


Odkryj więcej z Zbrodnie na widelcu

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Możesz również polubić…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *